Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wierzymy indywidualnie

Wierzymy indywidualnie

21.03.2015
Czyta się kilka minut
Dla statystycznego Polaka wiara się indywidualizuje. W Kościele tego jednak nie słyszymy, bo o religii chcemy mówić za pomocą plakatów.
Błażej Strzelczyk/foto: Michał Łepecki/Agencja Gazeta
W

Wyobrażam sobie, że polscy chrześcijanie jadący na misję – załóżmy – do jakiegoś kraju Afryki, najpierw uczą się lokalnego języka. Później sprawdzają w co wierzą ludzie, do których pojechali. Jakie mają praktyki religijne. Jaki jest ich temperament. Z czym mają największe problemy. Dopiero po przeanalizowaniu tych wszystkich istotnych spraw misjonarze zastanawiają się nad sposobem i metodami współpracy z mieszkańcami do których przyjechali. Później swoją ewangelizacją opierają na tym, co zastali. My, w Polsce, tej lekcji nie odrobiliśmy. Na zmieniający się temperament Polaków odpowiadamy starymi metodami. Czas na weryfikację i zmiany.

Wiara

Od kilku lat mówi się w Kościele, że role się odwróciły. Że w gruncie rzeczy tam, w Afryce (czy jak to mówi Franciszek – na peryferiach) tętni życie, podczas gdy tu, w Europie, nastąpił jakiś kryzys.

Mówi to papież, mówią to misjonarze, mówi to wreszcie Polski Kościół. Ile już razy słyszeliśmy gorzkie słowa, zwracające uwagę na laicyzujący się europejski świat? Owszem, badania CBOS potwierdzają te sądy. Wynika z nich, że wiara Polaków się indywidualizuje i prywatyzuje. Jak rozumiem, wierzący Polacy w dużej mierze nie identyfikują się z religijnymi praktykami Kościoła Katolickiego. W parze z prywatyzacją wiary pogłębia się antyklerykalizm.

Jednocześnie, okazuje się, że potrzebujemy jakiegoś doświadczenia ciszy, spokoju, stabilizacji, wejrzenia w głąb siebie, duchowego doświadczenia. Coraz więcej jest szkół jogi, powiększa się ruch medytacyjny. Słowem: Polacy na własną rękę szukają głębi. Miejsca, które da im duchową stabilizacją.

Praktyka

Ci, którzy do kościoła w niedzielę nie idą, wolny dzień spędzają w parkach, restauracjach albo w domu. Odpoczywają. Symbolem współczesnych trzydziestoparolatków stają się leżaki, które łatwo znaleźć w niemal każdej modnej knajpie. I paradoksalnie wiążę to z ruchem medytacyjnym. Odchodzimy od instytucjonalizacji wiary i szukamy jej w innych przestrzeniach życia. Odkładamy też życiowe decyzje na później. Chcemy zwolnić tempo. Wybieramy ekologiczne produkty spożywcze. Wypisujemy się z wyścigu szczurów. Na tej kanwie powstały nawet nowe ruchy religijne. W Rosji dla przykładu: dzwoniące cedry. Czy w takim trybie życie jest miejsce dla spotkania z Bogiem? Dla wiary?

No właśnie tak! Problem w tym, że nie widzimy w Kościele prób realizacji tych potrzeb.

Pamiętam, jak kilka lat temu pisałem o medytacji chrześcijańskiej. Modlitwie ojców pustyni. Modlitwie oddechem. Która wycisza, koi emocje, a jednocześnie jest skierowana na Boga. Pamiętam jak moi ortodoksyjni współbracia w wierze odsądzali mnie od czci i wiary, że rozmydlam wiarę, bo szukam praktyk medytacyjnych w Buddyzmie.

Instytucja

Jak praktykujemy religijność? Jak uczymy do "dojrzałości religijnej"? Niech świadczy o tym tak haistoria:

Kozienice. Parafia św. Rodziny. Wchodzę do kościoła na mszę o godzinie 18. Rozpocznie się za 10 minut. W kościele kończy się nabożeństwo różańcowe. Obok kościoła w Kozienicach są garaże. Gdy jest 17.55, zza garaży wychodzi grupa gimnazjalistów dogaszających pety. W rękach trzymają książeczki. To takie indeksy, w których zbierają podpisy księdza – forma zaliczenia obecność na nabożeństwie różańcowym, potrzebna podczas przygotowania do sakramentu bierzmowania. Oczywiście obowiązkowa. Wchodzą. Kucają na podniesienie Najświętszego Sakramentu, wstają, ustawiają się w kolejce i wędrują dumnie do zakrystii z prośbą o podpis. Ksiądz podpisuje, bo „troszczy się o rozwój kandydatów do bierzmowania”.

To jakiś układ? My wam podpisujemy te książeczki na ładne oczy, wy siedzicie i palicie szlugi za garażami. Gdyby ktoś pytał, to wszystko z „troską”, a co złego, to „liberalne media” i „wrogi kulturze chrześcijańskiej dżęder”?

Misja

Gdybyśmy w Kościele rzeczywiście widzieli problemy Polaków i chcieli na nie odpowiedzieć, a nie skupiali się na tym, co nam się wydaje, że jest problemem, to z jednej strony nie wpadlibyśmy na pomysł, by o grzechach mówić na bilbordach, a z drugiej, badania CBOS wyglądałyby inaczej.

Czas zrozumieć, że Polska stała się dla Kościoła krajem misyjnym (o słabnącej wierze świadczą badania i słowa biskupów). Skoro zatem Polska jest krajem misyjnym, to księża, biskupi i zwykli wierni stają się misjonarzami. Chcemy rościć sobie prawo do wpływania na Polaków. To dla nas ważne. W myśl zasady z pierwszego akapitu, że zanim zacznie się ewangelizować, najpierw trzeba „poznać teren”, powinniśmy wyciągnąć wnioski z ostatnich badań CBOS. Mówią nam one o prywatnej religijności. Skoro wiara Polaków staje się indywidualna, to również indywidualne staje się wszystko, co tej wiary dotyczy: modlitwa, moralność, grzech.

Czy nam się to podoba czy nie, jeśli na tej podstawie nie zaczniemy mówić o Bogu, to nieuzasadnione staną się lamenty na pogłębiającą się laicyzację.

O tym, że pierwszej lekcji nie odrobiliśmy – że nie przeanalizowaliśmy temperamentu i praktyk religijnych Polaków – świadczą błędy z ostatnich tygodni.

Grzech

Nie ma w religii, poza modlitwą, chyba nic bardziej intymnego, niż doświadczenie grzechu. Brzydzimy się go. Doskwiera nam. Drążni nas. Wprowadza w zakłopotanie. Psuje relacje z ludźmi, których kochamy. Psuje nam też relację z Bogiem. Jest naszą sprawą prywatną i intymną.

Pisałem niedawno, że aby zrozumieć grzech i go zwalczyć, najpierw musimy zrozumieć miłość Boga. Że jeśli grzeszymy i nie mamy perspektywy miłości Boga, to w gruncie rzeczy grzech nic dla nas nie znaczy. Zrozumienie miłości Boga staje się pierwszym etapem w rozumieniu swojego grzechu, swoich błędów, i jest jedną z motywacji do zerwania z grzechem.

Oprócz tego pierwszego etapu, w którym rozumiemy miłości Boga. I oprócz drugiego etapu, w którym dzięki miłości Boga rozumiem nasz grzech, jest jeszcze trzeci etap.

Nie poszlibyśmy do spowiedzi i nie prosilibyśmy Boga o oczyszczenie, gdybyśmy nie sądzili, że grzech jest silniejszy od nas. Że nie możemy sobie z nim poradzić. Grzech jest – owszem – silniejszy od nas, ale nie jest przecież silniejszy od Boga. Zatem postanowienie poprawy musi nastąpić w relacji z Bogiem. Z jego miłością.

Mówię więc: grzeszę. Nie mogę sobie z tym poradzić. Muszę iść do spowiedzi. Odpuszczają mi się grzech. I wreszcie: Boże, teraz też Cię potrzebuję, bo sam nie dam rady.

Na tym zatem polega miłosierdzie Boga. Ono nie jest bagatelizowaniem grzechów. Ktoś, kto powołuje się na miłosierdzie Boga, nie mówi wcale, że można robić, co mu się żywnie podoba. Że wszystko wolno. Miłosierdzie oznacza rodzaj współpracy z Bogiem. Również współpracy podczas walki z grzechami.

I jest w tym wszystkim również sprawiedliwość. Ale sprawiedliwość Boga nie polega przecież na sprawiedliwości rozumianej po ludzku. W której oznacza karę za złe i nagrodę za dobre czyny.

Sprawiedliwość Boga polega na jego miłosierdziu. A miłosierdzie Boga na jego sprawiedliwości. Przesadzanie w jedną, albo drugą stronę, jest zaburzeniem tej logiki.

Sprawa Billboardu o cudzołóstwie pokazuje nam więc jakąś smutną prawdę o pojęciu grzechu w Kościele. Nie krytykuję samej idei. Krytykuję głównie tych, którzy billboard chwalą.

Plakat po pierwsze nie pokazuje nam czym w istocie jest grzech, bo pomija dwie kluczowe perspektywy: że Bóg nas kocha i że Bóg jest silniejszy od grzechu. We właściwej perspektywie lepszy byłby komunikat: Cudzołóstwo to grzech. Bóg pomoże Ci go zwalczyć.

Stąd też krytycy billboardu mówią, że nie ma w nim pozytywnego przesłania. Nie ma, bo nic, co jest oskarżeniem, nie ma dość siły, by nas pociągnąć i za tym pójść.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Może to jest banał, ale niestety wielu zdaje się tego nie dostrzegać. Billboard wygląda dokładnie tak, jak zazwyczaj wyglądają lekcje religii - mówi, że coś jest grzechem, nie mówi dlaczego i brak na nim miejsca na zadawanie pytań.

pozbawiona intymności, ciszy...Krzyczy z plakatów, mediów i przeróżnych innych ambon, dosłownie wszędzie przebrana w najbardziej wymyślne szatki, urzędowa, prezydentowa, kawiarniana...usystematyzowana...dzieci piszą grzechy na kartkach i oddają duszpasterzom do poprawki.Ponadto co nuż przybywa nam nowych 'przykazań',bo świat przecie nie stoi w miejscu, a skoro tak na chrześcijanina czyha cała masa nowych pokus i niebezpieczeństw. Jest więc grzech gender, jest homoseksualizm jest in vitro, jest kapłaństwo kobiet... Nie dziwi więc, że kto rozumie czego chce w wierze nie brnie bezmyślne w takie pseudoreligijne działania. Mowa duszpasterzy stała się wygłaszaniem sądów nad światem, a wierzący publiką, która owe sądy ma konstatować. Obawiam się, ze nawet papież nie rozumie polskiego katolicyzmu. Dramat, prawdziwy dramat. Czas otrząsnąć się trochę zadając sobie pytanie co jeszcze jest wiarą, co tradycją polsko-katolicką, a co interesem niektórych duszpasterzy.

uderzający jest rozdźwięk pomiędzy Kościołem w eleganckim garniturze pod krawatem, a Kościołem, który reprezentują Jeane Vanier, czy 'Ksiądz kloszardów'

Tworzy się pojecie grzechu, najlepiej takie powszechne, takie które będzie udziałem całej populacji ludzkiej, każdego bez wyjątku. Następnie należy wmówić wszystkim, że "karą za grzech jest śmierć" i nieważnym tu jest czy ta "śmierć" to piekło, unicestwienie, czy odwrócenie się od niewyobrażalnie wspaniałej i cudownej miłości Bóstwa, grunt by człowiek się tego bał (strach przed utratą miłości bliskiego być może jest najskuteczniejszą tu manipulacją). Na koniec wmawiamy, że ma się monopol na odpuszczanie tego grzechu i każdy kto w to uwierzy będzie posłuszny i będzie chodził jak na sznureczku. Istnienie obiektywne pojęcia grzechu jest może i słuszne (jako szkodzenia sobie czy innym), ale grzechu nie da się odpuścić autorytarnie z zewnątrz. Konsekwencje zostaną poniesione, niemniej można minimalizować jego skutki i unikać jego powtórzenia poprzez pracę nad sobą. Katolicka spowiedź to zbyt wielki nacisk na tezę o "czystości" uzyskującego "rozgrzeszenie", a zbyt zaniedbywalny aspekt "postanowienia poprawy i zadośćuczynienia", ale jakże ma być inaczej? jak katolickie pojęcie grzechu jest rozbudowane do monstrualnych rozmiarów i grzechem jest niemal wszystko.

Tak więc umarł i zmartwychwstał, abyśmy życie mieli, w obfitości. Drogi, 'Hugin-muninie' jeżeli mi wolno tak pisać, myślę że śmierci w świetle Ewangelii nie trzeba inaczej tłumaczyć jak tylko tym, czym jest, a jest Przejściem do nowego życia,również 'tu i teraz'. Coś umiera, a coś rodzi się, taka jest kolej rzeczy. Ponadto nie chodzi o uśmiercenie człowieka, ale grzechu. Piekło też ma niejeden wymiar, często wyraża ogień miłości w którym spala się, oczyszcza. Nie wyobrażam sobie, aby zamiar wyznania swoich grzechów nie był połączony z postanowieniem poprawy. Sądzę, że już w momencie gdy pojawia się myśl, pragnienie przebaczenia: grzeszyłem przeciw Tobie... dusza doznaje oczyszczenia, napełnia się pokojem. Owszem bywa, ze grzechem nazywamy nie wykonanie jakiejś czynności związanej z nabożnym przestrzeganiem przykazań kościelnych tymczasem nie dostrzegamy bardziej istotnych zaniedbań.

Jeśli określenie "drogi" jest tu wyrazem pryncypialnego poczucia "własnej moralnej wyższości" to nie życzę sobie. Co do logiki pani wypowiedzi to jeśli "karą za grzech jest śmierć", a śmierć jest tylko przejściem do "lepszego stanu" jak zdaje się pani sugerować to dochodzimy do konkluzji, że to nie kara a nagroda, że trzeba "grzeszyć" by uzyskać nagrodę lepszego(nowego) życia, cóż zależy teraz jak zdefiniujemy grzech? bym mógł się ewentualnie z taką koncepcja zgodzić (lub nie).

Oczywiście, że nie trzeba, tylko jak to zrobić. Błogosławiona wina. P.S. Ustalmy, że jesteśmy tak daleko od siebie, iż trudno o ustalenie hierarchii. Mnie to nie dotyczy.

Wystarczy, że grzechem nazwie się tylko celowe i niuzasadnione szkodzenie sobie i innym, a pojecie "szkody" nie będzie definiowane przez kogoś nadmiernie "wrażliwego", wtedy choć moja opinia o ludziach nie jest nadmiernie pozytywna to uznam, że jednak w większości grzeszymy sporadycznie, a całkiem sporo z nas jest bezgrzeszna.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]