Znacie to uczucie, gdy chcecie się napić pysznego, zimnego napoju, a w nos drapie was gruby kawał plastiku? Zapewne tak, bo najwięksi producenci już od kilku lat wprowadzają nowe rozwiązanie na rynek. Teraz kończy się faza przygotowawcza: od poniedziałku we wszystkich nowo wyprodukowanych butelkach i kartonach o pojemności do 3 litrów nakrętka ma być przymocowana na stałe. To część unijnej dyrektywy o ograniczaniu jednorazowego plastiku, więc podobna dyskusja toczy się w całej wspólnocie.
Po pierwsze: ja też znam to uczucie i też musiałem się przyzwyczaić. Optymistyczna wiadomość jest taka, że trening czyni mistrza: pierwsze próby były niezdarne, ale szybko wypracowałem dobrą technikę, dzisiaj picie z nakrętką wychodzi mi bez strat w napoju i szkód dla własnego nosa. Piszę o tym, bo dyskusja o nakrętkach szybko osiągnęła nieznany wcześniej w branży recyklingu poziom absurdu. Lawiny memów, filmików, utyskiwań poważnych polityków, którzy widzieli w przytwierdzonych nakrętkach bez mała koniec europejskiej gospodarki i zagrożenie dla zdrowia i życia konsumentów.
Zostawiając absurdy: nie lubimy, gdy narzuca się nam ograniczenia bez powodu, i słusznie. Jeśli macie wątpliwości, czy regulacje nakrętkowe to element „bezsensownej unijnej biurokracji” i kolejna próba „prostowania bananów”, oto kilka argumentów, które mogą was przekonać, że jest inaczej.
Po pierwsze: skala problemu
Z perspektywy konsumenta widzimy jedną nakrętkę na jednej butelce. Z perspektywy mórz i oceanów sprawa wygląda zupełnie inaczej. Ilość śmieci bada się co roku na europejskich plażach. W 2022 r. na każdych 100 metrach wybrzeża znaleziono średnio 480 plastikowych odpadów – dekadę temu było to niewiele ponad 100. A jednym z najczęstszych przedmiotów są właśnie nakrętki, które łatwo gubimy i wyrzucamy. Stanowią od 6 do nawet 15 procent wszystkich śmieci, które wyrzucają na brzeg morza i oceany.
Dla porządku dodam, że małe, łatwe do połknięcia śmieci w tej ilości stanowią poważną presję nie dla pojedynczych zwierząt, lecz dla całych ekosystemów (których my też jesteśmy częścią).
Po drugie: można powiedzieć, że przecież wystarczy wyrzucić nakrętkę do kosza, a nie za siebie i problem z głowy.
Tylko że w ten sposób nakrętka (zrobiona z grubego, jakościowego plastiku, który naprawdę nadaje się do przetworzenia) staje się jednorazowa: w sortowniach śmieci wpada w sita jako „frakcja drobna” i najczęściej idzie po prostu do spalenia albo na składowisko. Gdy jest przymocowana do butelki i wrzucona do żółtego kosza, prawie na pewno plastik zostanie wykorzystany ponownie. Inaczej tracimy cenny (na tyle, że wszyscy pamiętamy charytatywne zbiórki nakrętek) surowiec i musimy produkować jeszcze więcej nowego plastiku.
Ktoś mógłby w tym momencie krzyknąć: „to zmieńmy działanie sortowni”. Taką wersję promowali niektórzy producenci napojów, lamentując nad wysokimi kosztami dostosowania fabryk do nowego prawa. Pytanie, co jest prostsze i bardziej realne: zmiana całej technologii przetwarzania odpadów (zapewne sfinansowana z publicznych pieniędzy), czy odpowiednie obrócenie zakrętki przed wzięciem łyka z butelki.
To jest trzeci argument: warto zauważyć, że tym razem Unia nie uciekła w wydumaną biurokrację, tylko stara się rozwiązać realny problem prostym wymogiem technologicznym.
Największy wysiłek (modernizacja linii produkcyjnych) słusznie ponoszą wielkie korporacje, a nie zwykli konsumenci. My w tej sytuacji ryzykujemy co najwyżej lekko odrapany nos.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















