West end, czyli końcówka

Tutaj jest inaczej niż jeszcze gdzieniegdzie na kontynencie. Sentymenty zostawiamy w szatni.
Czyta się kilka minut

Publiczność godzi się wzruszyć, ale nie za mocno, bo wyjdzie i nie wróci, sto funtów od łebka już nie zapłaci. Publiczność należy rezolutnie rozbawić, a w odpowiednim momencie wyjąć małego pieska, aby uzyskać efekt „wow”. Projekcje i tricki mile widziane, aktorzy niekoniecznie, chyba że Nicole Kidman lub pani z Archiwum X.
Zanim popylimy na West End, przepróbujemy w jeszcze dotowanym National Theatre, gdzie nazwy kolejnych sal sprzedajemy sponsorom. Pecunia non olet, nad Tamizą, w Londinium. Inne standardy demokracji teatralnej, point de reveriesCity never sleeps.
A teraz case study. W Gielgud Theatre ma miejsce permanentny sold out, w którym poniekąd uczestniczyłem, a nawet nie wyszedłem w przerwie, w akcie poświęcenia w ramach badań terenowych nad różnicami kulturowymi. Jedna z najlepszych produkcji ever, nagrodami obsypana, maksymalną ilością gwiazdek, piłeczek, kulek, bombek, znaczków wszelakich obdarzona, po prostu Hiroszima sezonu. W sali sprzed lat stu odpowiednio duszno, nie tylko dlatego, żeby przyoszczędzić grosiwo na klimie, ale pewnie po to, aby podkręcić sprzedaż obarczonych rezolutną marżą napojów w przerwie. Na trzypiętrowej widowni upchnięty tysiąc widzów – przepraszam – klientów, złaknionych godziwego spędzenia wieczoru, z możliwie korzystną relacją cena–jakość. Co na scenie? Dekoracji brak (projekcje są tańsze). Zawartość? Mix „Rain Mana” oraz serialu obyczajowego, chłopiec z autyzmem bądź Aspergerem (wdzięczne do zagrania, wzruszliwe), w środku perypetie, smrodek dydaktyczny na zakończenie. Niedługie, niekrótkie, lecz w sam raz.
Najciekawsze jednakowoż nastąpiło zaraz po spektaklu, najciekawsze, czyli brawa. I to kolejna różnica pomiędzy metropolią a peryferiami kapitalizmu. Mianowicie w polskim teatrze gwóźdź programu ma miejsce na bankietach: im bardziej artystyczny, bezwzględnie oskarżycielski spektakl, tym bardziej bezwzględnie (choć mimowolnie) autooskarżycielski artystyczny bankiet. Proporcja trwania 1:1, czyli wariant wagnerowski. Natomiast na West Endzie mimowolnie autooskarżycielskie, bezwzględnie samoobnażające były oklaski. Odpowiednio wzruszona i zaspokojona teatralnie publiczność momentalnie poderwała się do standingu, biła brawo maksymalnie około 20–30 sekund, po czym momentalnie wyszła „na miasto”. Efektywność podziwu godna, zaiste. Natychmiastowa gratyfikacja w pigułce. Zapłacić-zabawić się-zapomnieć. Widziałem przyszłość teatru. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 04/2015