Jak KGB niszczyła ludzi i więzi między nimi

W czasach komunizmu ukraińscy artyści byli nie tylko pod obserwacją tajnej policji. KGB prowadziła też operacje mające niszczyć ludzi i więzi między nimi. Był wśród nich pewien młody poeta.

12.08.2023

Czyta się kilka minut

Zaszczuli Hrycia
Hryhorij Czubaj / ARCHIWUM PRYWATNE SOŁOMIJI CZUBAJ

To było chyba 13 stycznia 1972 r. Ktoś zapukał do drzwi mieszkania przy ul. Kawaleryjskiej we Lwowie, gdzie mieszkałem z rodzicami. W drzwiach ujrzałem Hałynę Czubaj, a za nią jej szwagra. Rzuciła krótkie i rozpaczliwie: „Zabrali Hrycia!”.

Później okazało się, że fala rewizji i aresztowań przeszła nie tylko przez nasze miasto, ale ogarnęła całą Ukrainę. Hałyna wiedziała już, że zatrzymano jej sąsiadki, dysydentki Stefanię Szabaturę i Irynę Kałynec. Mąż tej ostatniej, poeta i jeden z liderów lwowskiej opozycji Ihor Kałynec, był wtedy poza domem, jego los był nieznany. W domu Czubajów, po całodziennym kipiszu, skonfiskowano rękopisy i książki, w tym egzemplarz wydanego przez nas podziemnego almanachu „Skrynia”, którego nie zdążyliśmy nawet skopiować w większych ilościach.

Nie mieliśmy czasu, by rozmawiać dłużej – Hałyna musiała biec, by uprzedzić innych, a ja musiałem pozbyć się mojej „bibuły”. Zamiast zniszczyć, postanowiłem przerzucić ją do przyjaciela niezwiązanego ze sprawami „tego typu”. Był to odważny i uczciwy człowiek, i nie odmówił mi takiej, zdawałoby się, drobnej przysługi. Skrytka okazała się niezawodna, ale nie miało to znaczenia. KGB chciało złowić grubą rybę. Na drobnicę szykowało inne narzędzia.

W TAMTEJ CHWILI nie byłem świadomy, że początek roku 1972 był kresem pewnej epoki w historii Ukrainy i ukraińskiej literatury. Oraz w życiu Hryhorija Czubaja.

Poznałem go wiosną 1970 r. w mieszkaniu Iryny Kałynec, bibliotekarki wyrzuconej rok wcześniej z pracy w mojej szkole. Przyjaźniłem się z nią, choć właściwie była to relacja mentorska. Będąc uczniem, z szacunkiem zwracałem się do niej „Iryno Onufriwno”. Ona weszła w rolę nauczycielki, postrzegając to raczej w sensie biblijnym, a nie w pedagogicznym rozumieniu czasów Związku Sowieckiego. Odkryła przede mną świat wydawanych oficjalnie, ale raczej nierekomendowanych poetów lat 60. – szistdesiatnyków. Potem pokazała mi sprowadzane półlegalnie czechosłowackie wydania ukraińskich klasyków, zakazanych w Związku Sowieckim, Bohdana Ihora Antonycza i Wołodymyra Wynnyczenki z fantastycznymi przedmowami ukrainoznawców Oresta Ziłynskiego i Mychajła Molnara.

Wreszcie, w 1970 r., gdy skończyłem dziesiątą klasę, otworzyła przede mną drzwi do najpoważniejszych pozycji podziemnej literatury: od prac Iwana Dziuby przez artykuły Wiaczesława Czornowoła i Jewhena Swerstiuka po pamflety Walentyna Moroza, w tym antyleninowski felieton „Widziałem Mahometa”.

DO IRYNY KAŁYNEC zwykle przychodziłem sam (tak było bezpieczniej przekazać „bibułę”), choć czasem towarzyszyło mi dwóch kolegów z klasy, których nazwisk nie będę tu wymieniał ze względu na ich późniejszą szczerą „spowiedź” w KGB. Tamtego wieczora odwiedziliśmy ją we trzech i zastaliśmy młodego mężczyznę ubranego w stylu bohemy, z chustką na szyi, gęstymi rudawymi wąsami i spojrzeniem wesołego Mefistofelesa. Jego imię i nazwisko – Hryhorij Czubaj – nic nam nie mówiło. Iryna poprosiła, aby przeczytał nam swój wiersz (chyba spytał: „Który?” – „Oczywiście »Szopkę«!”). Po pierwszych strofach nie mieliśmy wątpliwości – przed nami stał poeta pierwszej klasy, może jeden z najlepszych w Ukrainie.

Czubaj miał genialną aktorską dykcję, roztaczał wokół hipnotyzującą energię. Wierszom w jego wykonaniu nie można było się oprzeć. Nic mocniejszego od „Szopki” w ówczesnej ukraińskiej poezji nie znałem. Publicystyczna retoryka, która pociągała mnie wtedy najmocniej, łączyła się w tym poemacie z filozoficznymi i egzystencjalnymi motywami, które odbierałem raczej intuicyjnie niż świadomie.

Dla nas, nastolatków, ważna była nie tyle treść utworu, co spotkanie z poezją tego poziomu i z takim poetą. Była to realna alternatywa dla nudnej i fałszywej literatury oficjalnej. To było upojne odczucie: nie jesteśmy sami, nie tylko my tak myślimy, istnieje równoległy świat utalentowanych i uczciwych ludzi, cała ich wspólnota! Świadomość ta inspirowała, uskrzydlała. O tym rozmawialiśmy, wracając od Iryny Kałynec, choć brakowało nam słów. Wrażenie było zbyt silne.

SKORZYSTAŁEM Z ZAPROSZENIA rzuconego mimochodem przez Hryhorija (nazywano go zdrobniale: Hryć) i odwiedziłem jego pokoik w domu teściów na lwowskiej Pohulance, gdzie mieszkał z młodą żoną Hałyną i nowo narodzonym synem. Szybko się zaprzyjaźniliśmy. Był starszy tylko o cztery lata, ale jego status i zachowanie dodawały mu kolejne pięć, a może i dziesięć lat. Cechowało go poczucie literackiego powołania, był świadomy swego talentu. Świadomie grał rolę, a wzorem dla niego byli Lorca i Apollinaire.

Jego opinie o literaturze były kategoryczne, a zarazem kompetentne. Orientował się w nowych książkach, miał wspaniałą bibliotekę, gdzie – prócz dzieł ukraińskich i rosyjskich – można było znaleźć wydania w innych słowiańskich językach, głównie po polsku. Chętnie pożyczał nam różne publikacje i z radością doradzał teksty, z którymi warto się zapoznać.

Dzięki niemu odkrywałem prawdziwą literaturę ukraińską i zagraniczną. To on pokazał mi wiersze współczesnych ukraińskich poetów Mykoły Worobiowa, Wasyla Hołoborodki, Wiktora Korduna, tomiki „Wesoły cmentarz” Wasyla Stusa (którego, jak uważał, kijowianie przeceniają) i „Wędrówka ciał” Bohdana Bojczuka (jego werdykt był sceptyczny), utwory swojego przyjaciela Mychajła Saczenki ekscentrycznego poety Mykoły Chołodnego.

POŻYCZAŁ MI KAFKĘ I CAMUSA, Eliota i Faul-knera, doradzał zakup rosyjskich wydań Kawabaty i Cortázara, które zalegały wtedy na półkach księgarń (moda na nich zapanowała u nas później). Zarekomendował mi prenumerowanie czasopisma „Wseswit”, gdy w 1971 r. jego redaktorem naczelnym został Dmytro Pawłyczko (tłumacz i poeta, w latach 1999-2001 ambasador Ukrainy w Polsce). Orientował się w nowościach teatralnych i muzycznych. Często chodziliśmy na koncerty i wernisaże we dwóch, w trójkę albo czwórkę – z Hałyną i poetą Olehem Łyszehą, który mieszkał niedaleko w akademiku.

To z Łyszehą najczęściej zaglądaliśmy do Czubaja – na herbatę, butelkę wina lub po prostu, by wymienić się opiniami, książkami lub własnymi tekstami. Odwiedzało go też wielu innych naszych rówieśników oczarowanych Hryciem i atmosferą nieformalnych zebrań. Nawiązałem tam znajomość z poetą i filozofem Romanem Kisiem, muzykiem Wiktorem Morozowem, rzeźbiarzem Orestem Jaworskim, ceramikiem Wołodymyrem Onyszczenką.

Ożywcze poczucie wspólnoty intelektualnej zachęcało nas do aktywności, której wcieleniem był almanach „Skrynia” – przykład raczej awangardowej niż politycznej publikacji podziemnej.

Święto, którym było każde nasze spotkanie, nie mogło trwać wiecznie. Mimo pozornej apolityczności Czubajowskiego środowiska było ono stuprocentowo antysowieckie, a to ze względu na samą swoją istotę: duch wewnętrznej wolności i intelektualnej niezależności oraz głębokie, choć raczej estetyczne ignorowanie socjalizmu. Przejawiało się to nie tyle w manifestach czy rozmowach, co po prostu w pogardliwym niedostrzeganiu systemu.

ZA KRATY Czubaj trafił nie tyle za „Skrynię”, co za dawniejsze sprawy, o których nam wspominał, choć nigdy szczegółowo. W ogóle mało wiedzieliśmy o jego życiu przed przybyciem do Lwowa w 1969 r. Z jego słów można było wnosić, że uczył się w Kijowie, skąd wyjechał z wilczym biletem – choć wprost nigdy nam tego nie powiedział.

Fala aresztów w styczniu 1972 r. przeszła po całej Ukrainie. Hryhorija szybko wypuszczono i to okazało się dla niego tragedią. Po Lwowie poszły plotki o jego współpracy z KGB, które dla wielu były usprawiedliwieniem dla własnego sumienia, by zerwać z nim kontakt. Hryhorij przeżył to boleśnie. Pamiętam, jak przed sztuką w zatłoczonym foyer teatru Zańkoweckiej (pracował tam jako montażysta sceny) spotkaliśmy malarza Jewhena Bezniska. Ten – w odróżnieniu od wielu innych – przywitał się i spytał, jak leci. „Ot, puścili mnie...”. „I chwała Bogu” – powiedział Beznisko. „A kto go wie” – ponuro odrzekł Czubaj.

Pół roku między styczniem a lipcem 1972 r. było chyba najtrudniejszym okresem w życiu Hryhorija. Utrzymywaliśmy kontakt jak dawniej, ale atmosfera uległa zmianie, zarówno w społeczeństwie, jak i w naszym towarzystwie. Wzywano nas na przesłuchania, szantażowano „Skrynią”, jedynym właściwie dowodem rzeczowym przeciw nam.

Kagiebistom chodziło nie tyle o tę publikację – dosyć niewinną, nawet z perspektywy sowieckiego kodeksu kryminalnego – co o nasze kontakty z lwowskimi dysydentami, a zwłaszcza z rodziną Kałynców. Stałem przy swoim: „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem, nic nie wiem”. Latem wyjechałem ze studencką brygadą budowlaną na Syberię i dzięki temu szczęśliwie uniknąłem nieprzyjemnej roli świadka na procesie przeciw Irynie Kałynec. Korzyści z moich zeznań dla KGB byłoby niewiele. Nie opłacało się ciągnąć mnie z Surgutu, by kolejny raz usłyszeć, że nic nielegalnego w działaniach mojej mentorki nie widziałem i żadnej nielegalnej literatury – mimo oszczerczych słów kolegów z klasy – od niej nie dostawałem, nie prowadziłem z nią też antysowieckich rozmów.

W PRZEDDZIEŃ PROCESU obojga Kałynców Hryhorij wyjechał do rodzinnej wsi na Wołyniu, skąd kagiebiści przywieźli go samochodem do Lwowa, by zeznawał przeciw nim jako świadek. Wydaje się, że podczas styczniowych przesłuchań powiedział za dużo i musiał potwierdzić to podczas procesu. Mógł też zaprzeczyć złożonym zeznaniom i trafić do łagru razem z Kałyncami (bezpieka miała dość materiału przeciw niemu). Wybór ten musiał być dla niego okrutnym dylematem i choć nigdy mi o tym nie mówił bezpośrednio, dostrzegałem tę rozpacz i miotanie się w poszukiwaniu sposobu ucieczki, a wreszcie tragiczną kapitulację.

Oboje Kałyncowie dostali drastyczne wyroki po 6 lat łagru, a po odsiadce dodatkowe 3 lata zesłania. Ich 9-letnia córka została rozdzielona od rodziców do 18. roku życia.

Wydarzenia te złamały Hryhorija. Przywykł do roli lidera i autorytetu, a teraz znalazł się w wątpliwej i nie do końca zrozumiałej dla wielu roli – czy to zdrajcy i donosiciela, czy ofiary diabelskiej kagiebistowskiej intrygi. Wydaje się jednak, że żadne z tych określeń nie jest prawdziwe – był po prostu genialnym poetą o słabym charakterze, niezdatnym do heroicznej postawy, 23-latkiem niegotowym na egzystencjonalną decyzję.

Nigdy nie podejrzewaliśmy, że Hryć poszedł na współpracę, choć wiedzieliśmy, że od czasu do czasu wzywano go do KGB na „rozmowy”. Nie ukrywał tego, przeciwnie, opowiadał nam o nich w humorystycznej formie. Dostrzegaliśmy jednak jakieś napięcie i zapaść w naszych relacjach, wcześniej tak bezpośrednich i beztroskich. Formalnie przyjaźniliśmy się dalej, ale ulotniła się atmosfera święta, lekkiej i radosnej improwizacji.

Tak, zmieniły się czasy – i my, wtedy studenci, nie byliśmy już tacy sami. Jesienią ze studiów na uniwersytecie wyrzucono Ołeha Łyszehę i Wiktora Morozowa, z instytutu sztuki Oresta Jaworskiego, a wiosną 1973 r. także mnie z Politechniki. Z całego składu „Skryni” ocaleli tylko Kateryna Morozowa, która wcześniej poszła na urlop dziekański, a także Roman Kis i Wołodymyr Onyszczenko, którzy zdążyli już zakończyć studia.

NAJBARDZIEJ JEDNAK zmienił się Hryć – jego stosunek do świata, do otoczenia, do samego siebie. Był w stanie głębokiego kryzysu, który określiłbym jako ciągłą skrywaną histerię, wywołaną niemożliwością ani powrotu do przeszłości (do czasu przed „upadkiem”), ani wyrwania się ku przyszłości – znalezienia jakiegokolwiek wybawienia, realnego czy urojonego. Stał się nerwowy, niezrównoważony i co najgorsze monologiczny. Realizował jedyną życiową strategię retoryczną: próbował przekonać wszystkich, w tym siebie, że nic się nie zmieniło, że jest nadal tym, kim był, i że wszystko przed nim. Był przy tym świadomy, że tak nie jest i wszyscy o tym wiedzą. A także, że wszyscy wiedzą, iż on o tym wie.

Jak piekielny był to stan, pozwala zrozumieć jego ostatni – i jedyny po roku 1972 – poemat jego autorstwa „Mówić, zamilknąć, przemówić”. Zawsze, gdy go słucham, przechodzą mnie ciarki. Myślę, że wiele osób czuło podobnie. Bez wątpienia to jeden z najwybitniejszych utworów ukraińskiej literatury, a także dokument człowieczeństwa – estetyczne zwycięstwo poety nad losem mimo fatalnej etycznej (i tak ludzkiej!) porażki.

PO ROKU 1973 drogi naszej grupy zaczęły się rozchodzić. Ołeh Łyszeha i Orest Jaworski zostali powołani do wojska, ja wyjechałem na dwa lata na budowę kolei w Karpatach, Roman Kis uciekł przed aresztem na Czukotkę (spędził tam kilka lat na ekspedycjach etnograficznych), rzeźbiarz Stach Smyrnow i Wołodia Onyszczenko przenieśli się do Kijowa. Hryć związał się ze środowiskiem rosyjskich i żydowskich intelektualistów (politycznie neutralnym), a w końcu dostał się na zaoczny kurs moskiewskiego Instytutu Literackiego, gdzie nawiązał nowe przyjaźnie. Jednak w tych kontaktach chodziło przede wszystkim o ucieczkę od świata – i alkoholizm.

Widywaliśmy się, jednak nigdy nie iskrzyło między nami jak dawniej. Nasze rozmowy przypominały pełne udawanego wzruszenia spotkania starzejących się przyjaciół z dzieciństwa, którzy na siłę próbują przypomnieć sobie imię towarzysza.

Gdy wiosną 1982 r. Hryhorij powiedział, że jest z nim źle, ja – przyznaję się – uznałem, że przesadza tym razem w drugą stronę, bo wcześniej cały czas twierdził, że wszystko gra. Po jakimś czasie, po drodze do pracy w Muzeum Ateizmu, na ulicy Ruskiej spotkałem Hałynę, która powiedziała z rozpaczą w głosie: „Hryć umiera”. Był w szpitalu, przestały mu działać nerki. Myślałem, że będzie go można jeszcze uratować, zrobić jakąś operację. Kilka dni później umarł, o czym dowiedziałem się – o ironio! – przez telefon w mieszkaniu przy ul. Kawaleryjskiej, tam gdzie 10 lat wcześniej powiadomiono mnie o jego aresztowaniu. Koło się zamknęło.

W DNIU POGRZEBU spotkałem Łyszehę. Powiedział wtedy: „Wiesz, on wygląda, jakby się uśmiechał, jakby kpił z nas: patrzcie, a jednak się wymknąłem!”.

Hryć naprawdę miał lekko zadartą górną wargę, zajęczą, przez co zdawało się, jakby w głębi duszy ze wszystkiego ironizował. © Przełożył MACIEJ PIOTROWSKI

Zaszczuli Hrycia

MYKOŁA RIABCZUK (ur. 1953) to ukraiński intelektualista, eseista i krytyk literacki. Doświadczeniem formacyjnym były dla niego tragiczne wydarzenia z 1972 r., gdy sowiecka KGB rozbiła środowisko ukraińskich dysydentów. Riabczuk wraca pamięcią do tamtego czasu, przypomina tragiczne losy swojego mentora Hryhorija Czubaja, którego wiersze w tomie „Niech odejdą z niczym”, pół wieku po tamtych wydarzeniach, opublikowało po polsku Kolegium Europy Wschodniej.



HRYHORIJ CZUBAJ

Szopka (fragment)

I co dnia w pogoni, w karuzeli godzin,
biegną, czmychają przed sobą, do siebie,
do kobiet, robót, w ból i pod ziemię,
do książek, gazet, pod wodę i w niebo,

w miłość, nienawiść, i na film do kina,
w karty, bilardy, na partię domina,
w sałatki, barszcze, kotlety i torty
w kaszkiety, mankiety, komody i w szorty.

Od diabła do Boga,
od Boga do diabła,
z nocy w noc,
przed cieniem do cienia.

W krzyk, w milczenie,
w sen, wzdychanie, czekanie,
w śmiech, bezsenność i łkanie – uciekają.

(…)

I co dnia w pogoni, w karuzeli godzin,
biegną, czmychają przed sobą, do siebie,
by zostać człowiekiem czy przestać być nim,
do kobiet i mężczyzn, na Marsa, pod ziemię

ku słońcu, na Księżyc, w lód i ognia trzask,
w fobię, panikę, we wściekłość i wrzask.
Do książek i gazet, pod wodę i w dym.
Do domu. Do grobu.
Na kawę.
Na Krym.

Rejterady, pogonie. Pogonie, ucieczki.
A potem – z powrotem, z nałogów, wyrzeczeń,
od piwa, futbolu, kina, czterech desek –
ludzie wracają zupełnie niewinnie,
wracają po cichu, wracają bez słowa.
Tylu ich, że świat nie wie, gdzie się podziać.
Świat – nagi.
Świat – bosy.

Przełożyli MIŁOSZ WALIGÓRSKI i MACIEJ PIOTROWSKI

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 34/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Zaszczuli Hrycia