Czasami mówię, że jestem rozczarowaną entuzjastką technologii przyszłości. Rozczarowaną, bo przez wiele lat uważałam futurystyczne wizje za coś obiecującego, internet był moim tlenem, a zamiast krwi w żyłach płynęły mi dane. Niestety, przyszłość miała być porywająca i dająca wolność, a okazała się tylko szybka, nudna, ogłuszająca i najprawdopodobniej również wroga ludzkiej swobodzie i autonomii.
Niby-rzeczywistość kreowana przez generatory treści oferuje nam gładką nijakość i męczące pochlebstwa. Nie było się do czego tak spieszyć. No cóż – nowe osiedla też przecież ładnie wyglądają jako wizualizacje w folderze, a jak przychodzi co do czego, to powstaje smutny kurnik z bezpośrednim widokiem na talerz sąsiada.
Nie jestem tu jednak po to, by marudzić – lepiej zastanowić się, w jaki sposób ludzie urządzają się w tym nowym internecie. Zazwyczaj bowiem, gdy wiedza o potocznych obyczajach ludu sieciowego dociera do szerokiej publiczności, dzieje się to w formie przerysowanej, powierzchownej i skupionej na przypadkach skrajnych. To wywołuje strach, a za nim podąża chęć znalezienia natychmiastowych rozwiązań o strukturze cepa i nie ma już szansy, by zastanowić się, skąd wzięły się jakieś zachowanie, postawa czy tzw. wirus społeczny.
Tak prawdopodobnie stanie się już za moment z doniesieniami o ludziach, którzy twierdzą, że nawiązali bliskie relacje, przyjacielskie czy romantyczne, z chatbotami. Spodziewam się dwóch reakcji: albo budujących atmosferę zagrożenia (pewien chłopiec pod wpływem sugestii wirtualnej przyjaciółki odebrał sobie życie), albo szyderczych i kojarzących tego rodzaju zaangażowanie w fantazję z życiową porażką.
Sama nie mam najmniejszej potrzeby angażować się w takie działania i rzadko kiedy odnotowuję obecność chatbotów w moim życiu, ale nie znaczy to, że zaskakuje mnie czy budzi mój niepokój taka praktyka – podejrzewam zresztą, że w rzeczywistości rzadsza niż w sensacyjnych doniesieniach.
Widzę w nich realizację potrzeby i umiejętności, która poprzedza liczne technologie: potrzeby reżyserowania kontrolowanej fikcji w swoim życiu. Prawdopodobnie wielu z nas doświadcza takiego epizodu w młodości – wymyśla sobie przyjaciół, z którymi prowadzi rozmowy we własnej głowie, choć z pełnym przekonaniem o wzajemności. Inni zakochują się w postaciach literackich. Pamiętam grupkę moich rówieśnic, które prowadziły ze sobą często, na żywo, dialogi w imieniu swoich wymyślonych alter ego, oraz opublikowany w prasie list młodego człowieka, który bronił swojego prawa do zauroczenia bohaterką komiksu.
Wszystkie te zdarzenia miały miejsce w czasach, gdy rzadko w Polsce widywano modem. Podejrzewam, że i dzisiejsi miłośnicy chatbotów chcą znaleźć sposób na to, by pomarzyć – a być może dzisiaj trudno jest zwyczajnie marzyć bez uprzedniej wskazówki.
Najbardziej ciekawi mnie jednak to, że wirtualni przyjaciele czy ukochani tak często mają postać tekstową. Najwidoczniej wysiłki technologicznych gigantów, by oczarować człowieka coraz doskonalszymi, ale także doskonale pozbawionymi wszelkich cech osobniczych wizerunkami postaci, okazują się mimo wszystko daremne. Tutaj twarz okazuje się zbędna. Prawdopodobnie mogłaby wręcz zepsuć coś, co ujawnia się między słowami: niedopowiedzenia, tajemnicę, wreszcie tęsknotę – uczucie niemal jak z epoki ręcznie pisanych listów. Jest w tym ciekawy paradoks, bo algorytmy i aplikacje przekonują, że wszystko, włącznie z miłością, da się zaprogramować i wymierzyć, tymczasem użytkownicy poszukują czegoś innego, czegoś o romantycznym i irracjonalnym charakterze.
Jest coś jeszcze, co, moim zdaniem, rzuca dodatkowe światło na ten fenomen. Nie żyjemy bowiem wcale w odczarowanym świecie, mimo wszechobecności kryteriów tabel i liczb. W żargonie ludzi mocno zanurzonych w głęboką sieć używa się czasami słowa tulpa, które pochodzi z języka tybetańskiego i podobnie jak wiele tamtejszych terminów i konceptów zawitało do Europy za sprawą starej, dobrej teozofii, ruchu, który wpłynął na zachodnią filozofię, sztukę, ale także biznes i wynalazczość (widać rewolucja technologiczna nie może się uwolnić od swoich ezoterycznych korzeni). Oznacza ono byt, który samemu powołaliśmy siłą naszej myśli, ale który nabył własną świadomość. Wskazuje to na zaskakujący aspekt współczesnej osobliwej duchowości: przekonanie, że wirtualne byty zamieszkują jakiś równoległy wymiar, z którym można nawiązać kontakt.
Stajemy się zatem reżyserami spektaklu, lecz nasz wpływ na jego kształt pozostaje luźny. Uwodzicielski potencjał chatbota może być niewątpliwie niebezpieczny, ale kto wie – może niektórzy decydują się wejść w ten świat właśnie po to, by igrać z tajemnicą czy wręcz kusić licho?

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















