Reklama

Umowa o dzieło

Umowa o dzieło

29.10.2009
Czyta się kilka minut
Komercjalizacja rynku wydawniczego nie byłaby niczym złym, gdyby nie kłopoty z edukacją. Co z tego bowiem, że czytelnik ma na wyciągnięcie ręki dzieła wybitne, skoro nie wie, z czym to, co ma w ręku, się je.
W

Wiele razy podpisywałam taką umowę. Choć do tej pory nie wydałam ani jednej książki, to lista moich "dzieł zebranych różnych" jest imponująca - nawet dla mnie, osoby wiecznie z siebie niezadowolonej. Przeglądam papierzyska, rozwiązuję wstążki teczek, strzelam gumkami, czytam kolejne świadectwa związków z przeszłości. Zobowiązywałam się, że w określonym terminie oddam w określone ręce dzieło o określonym kształcie. Ten zaś, w czyje ręce dzieło miało być oddane, zobowiązywał się, że jeśli otrzyma to, na co czeka, zapłaci za spełnienie oczekiwań. Jeśli oczekiwania zawiodę, zapłaty nie będzie.

Taki układ wydaje się uczciwy. Ktoś czegoś chce, ktoś inny może (lub wydaje mu się, że może) to temu komuś dać. Obie strony spisują warunki umowy, ustalają wysokość zapłaty, termin rozliczenia. Jasna sprawa. Weryfikacja, wypłata, może powrót po latach. Taki handel obwoźny życzeniami.

W czasie ostatniej gali Paszportów Polityki, w styczniu 2009 r., nagrodę za 2008 r. w kategorii "literatura" wręczyła Katarzyna Janowska. Zanim jednak wywołała z sali Sylwię Chutnik, zaznaczyła, że nagroda jest trochę na wyrost, przyznana trochę z musu. Nie miała jednak na myśli braku doświadczenia laureatki, autorki "Kieszonkowego atlasu kobiet", ale bardzo niski poziom literatury w naszym kraju i posuchę w dziedzinie "dzieło, na które wszyscy czekamy".

Nic przyjemnego odbierać nagrodę w sytuacji "na bezrybiu i rak ryba", zwłaszcza jeśli się napisało i wydało powieść ważną i odważną. Czy jest na co utyskiwać? Czy naprawdę jest tak źle, jak mówią? Czy wydaje się źle, byle jak, nie dbając o poziom artystyczny, ale o "poczytność" porównywalną do mitycznej "oglądalności"? Czy dobrze się wydaje, że zostało oczekiwanie zawiedzione na "dzieło"? Albo dba się o szum, zamieszanie i hałas zapewniany przez awanturnice i awanturników? A jeśli jest tak źle, jak się może wydawać, to czyja to wina? Braku talentów? A może polityki wydawniczej i wydawców, którzy - kto wie? - może wcale nie lubią literatury?

Może wydawcy to tylko przedsiębiorcy, którzy oczekują wymiernego zysku, przeliczają każdą z inwestycji na dobra wyłącznie materialne. Zamiast książek mogliby sprzedawać wszystko, nawet marchewkę - gdyby tylko przynosiła odpowiednio wysokie zyski. Co w końcu ukazuje się na rynku - dzieło sztuki czy sztuka towaru, sztuka skierowana do konkretnego odbiorcy lub skonkretyzowanego przeciętnego, "widmowego" czytelnika. Który - istnieje?

Widmowi czytelnicy z pewnością nie chadzają do księgarń ani bibliotek, nie kupują i nie czytają książek. Kupują i pożyczają książki konkretni ludzie. Czytają takie książki, o jakich usłyszeli, że warto, jakie (na podstawie zasłyszanych, przeczytanych opinii) wydaje im się, że polubią, i na jakie mają ochotę. Sięgają po takie, które ich od rzeczywistości oderwą i rozerwą, albo po takie, które ich ku rzeczywistości skłonią (lub po szereg innych typów pośrednich). Używają literatury, by rozwiązać problem, zapomnieć o nim, dowiedzieć się czegoś o sobie, powzruszać, pobać się, pogłowić.

Literatura pełni różne funkcje - książek używamy nie tylko jako podpórek pod krótsze nogi chybotliwych stołów. Może to powód do zadowolenia, że żyjemy w czasach, w których za sprawą tak bogatej oferty wydawniczej i odpowiednio zasobnej kieszeni da się w księgarni spełnić marzenia. Znaleźć można bowiem na półkach zarówno książki, które w schematy i horyzonty oczekiwań wpisują się, jak i takie, które je przełamują i wywołują niewygodny zestaw pytań.

Komercjalizacja rynku wydawniczego nie byłaby niczym złym, gdyby nie kłopoty z edukacją. Właściwie przebiegający proces edukacji pozwalałby dojrzewającym czytelnikom na wypracowanie kompetencji, które z kolei pozwoliłyby dokonywać świadomych wyborów podczas wędrówek alejami regałów z książkami. Co z tego bowiem, że czytelnik ma na wyciągnięcie ręki dzieła wybitne, skoro nie wie, co ma z nimi począć.

Dobre i złe książki trzeba umiejętnie konsumować. By dobrze się czytało, należy wypracować zdolność weryfikacji własnych oczekiwań i potrzeb. Świadomy czytelnik jest bardziej uodporniony na pułapki zastawiane przez silne i prężnie działające systemy promocji. Cofnąć czasu ani zmienić reguł działania rynku książki się nie da. Zamiast informacji wydawniczych dostajemy materiały promocyjne, które pomagają powołać do życia potrzeby, bez których między półki czytelnik by nie wszedł.

Świadomość i wypracowana zdolność odbioru dzieła literackiego są jak porządne szczepionki przeciw sezonowym chorobom. Dzięki nabytej odporności realni czytelnicy w realnych alejach handlowych będą kierowali się nie tylko mapą, ale i prywatnymi spisami lektur. Kolejność tytułów na nich widniejących dyktowana będzie potrzebami emocjonalnymi i intelektualnymi. Niesamodzielny czytelnik będzie bezwolny. Nawet jeśli nabędzie dzieło, to czy będzie potrafił go użyć?

Im szersza oferta, tym lepsza. Czytelnicy mają swój rozum. I łakną - gdy pozwolić im zetknąć się z krwistą, jeszcze tętniącą stukiem klawiszy i poruszaną przyspieszonym oddechem pokawałkowaną i oprawioną w okładki literaturę - kupią, wezmą do domu i pożrą, rozbudzając apetyty na więcej. Kupią, jeśli będą bogaci w walutę samoświadomości, zdolności analizy i - środki finansowe na koncie, gotówkę w portfelach. Tylko - skąd je brać?

To nieprawda, że nie można wydawać "prawdziwej" literatury, bo się nie sprzeda, bo nikt się nie pozna. Pozna się, jeśli dowie się o wybitnym debiucie Ewy Berent na przykład - a to wcale nie jest takie oczywiste, ponieważ małe, olsztyńskie wydawnictwo Portret niespecjalnie radzi sobie z promocją. Szkoda, bo powieści takiej jak "Rdza" dawno nie było.

W małych jest siła - można było przeczytać jakiś czas temu na łamach "Tygodnika Powszechnego". Zamiast narzekać na to, że nie ma co czytać, można założyć własne wydawnictwo i wydawać, co się komu podoba. Hasło "Wydajemy, co nam się podoba" przyświeca małemu krakowskiemu wydawnictwu Karakter. Raz, dwa, trzy i Małgorzata Szczurek, Magdalena Hajduk-Dębowska i Przemysław Dębowski dostarczyli polskim czytelnikom zestaw pięknych (proszę tylko popatrzeć i poczuć, wolno przesuwając opuszkami palców po okładkach) książki. Do tej pory nakładem Karakteru ukazały się powieści Alai­na Mabanckou "Kielonek" i "African Psycho", Tahara Ben Jellouna "To oślepiające, nieobecne światło", Lyonela Trouillota "Dzieci bohaterów" i Yoko Tawady "Fruwająca dusza" oraz wznowienie "O fotografii" Susan Sontag (pierwszego dnia sprzedaży książka szła jak gorące bułki). Nazwa wydawnictwa będzie się kojarzyła z "charakterem", nie tylko z pięknym krojem pisma. A jego założyciele wiedzą, jak przedstawiać swoich ulubieńców, by zostali dostrzeżeni; potrafią porozumieć się z innymi wydawcami.

Na szczególną uwagę zasługuje współpraca Karakateru z wydawnictwem Czarne. Utworzenie grupy wydawniczej ze słynnym, świetnym i silnym już wydawnictwem z Wołowca jest chwalebnym przykładem na to, że można się wspierać i łączyć w imię dobra wspólnego - literatury i czytelników. Niebagatelną rolę odgrywa również intuicja, którą wykazuje się Czarne; to ono przecież zainwestowało zaufanie i pieniądze w Hertę Müller. Niestety, nie każdy zawodowy miłośnik literatury ma (choć musi mieć) takie zdolności. Sukces (bo chyba tak już można mówić) Karakteru polega przede wszystkim na tym, że wydają świetne książki, w które sam Karakter wierzy i ta wiara jakoś się rozprzestrzenia.

Mapa literacka, na którą składają się poszczególne tytuły, pokazuje, że istnieją miejsca, gdzie polski wzrok dotychczas nie sięgał. A ich egzotyka jest naskórkowa - można bowiem dokonywać tłumaczeń, przekładać światy w taki sposób, że stają się dla nas bliższe i bardziej pojęte. Zdecydowanie zmienia się nasz obraz świata po lekturze "Fruwającej duszy" czy "Tego oślepiającego, nieobecnego światła".

Karakter rozłupuje zastany porządek. Ruch, zmiana i przekład - z języka na język, ze znaczenia na znaczenie. Czytelnik polski jest poruszony - i nie tylko o wzruszenie chodzi. Czytanie książek Karakteru zmienia punkt widzenia. Kto jest w centrum? Gdzie jest centrum? Złudzenie obrzeży tonących w mroku rozwiewa się jak dym. Przełożone na język polski książki przedstawiają świat do zrozumienia. Pewnie dzieje się tak za sprawą znakomitych tłumaczeń. Małgorzata Szczurek za przekład "Tego oślepiającego, nieobecnego światła" otrzymała nagrodę "Literatury na Świecie". Karakter współpracuje z tymi najlepszymi: Jackiem Giszczakiem, Barbarą Słomką, Michałem Lipszycem (książka "Lunatyczna kraina" Mia Couto w przekładzie Lipszyca ukaże się niebawem).

Wydawnictwa takie jak Portret mogą się uczyć walczyć o swoje książki. Nawet muszą, bo to wręcz obowiązek. "Rdza" nie może przepaść. A to jej grozi bez porządnego wsparcia wydawcy i - tak, krytyków. Przepadnie też z kretesem świeższe odkrycie, Agnieszka Czachor, debiutująca tomem opowiadań "Ciśnij piorunem nawet w śmierć". Seria Studium Literacko-Artystycznego UJ najwyraźniej ma się obronić sama. Nie obroni się, chociaż kto czytał, ten wie, że jest o co walczyć. Kto nie czytał - cóż, niech przeczyta.

W 2006 roku, także w Krakowie, pojawiła się muchaniesiada.com. Tomasz Pindel, Zofia Jakubowska-Pindel i Elżbieta Totoń dali polskim czytelnikom posmak twórczości pisarzy identyfikowanych z grupą McOndo. To pisarze urodzeni w latach 60., a debiutujący w latach 90. Nazwa pokolenia - McOndo - wzięła się od tytułu słynnej antologii z 1992 roku. Ten programowy zbiór miał przełamywać stereotypowe postrzeganie literatury iberoamerykańskiej. Wydawnictwo muchaniesiada.com w serii postm@condo przedstawiło najciekawszych z twórców tamtego pokolenia. Ostatnio trochę o tej musze zrobiło się ciszej, a szkoda. Tomasz Pindel włożył sporo wysiłku, by pokazać, że Gabriel Garcia Mar­quez, Mario Vargas Llosa czy Carlos Fuentes mają swoich uczniów.

Młodzi (w porównaniu z gigantami wiązanymi z boomem literatury iberoamerykańskiej) nie są epigonami "wielkich ojców", ale różnicującymi kontynuatorami linii rozwoju. Nie ma więc już unoszących się z prześcieradłami w niebo Remiedios ani dzieci ze świńskimi ogonami. Jest za to rozedrgany język ogarniający jeszcze więcej rzeczywistości. Muchaniesiada.com dostarczyła polskim czytelnikom powieści Edmundo Paz Soldána "Śmierć na ulicy Unzueta", Jaime’a Bayly’ego "Noc jest dziewicą", Rodriga Fresána "Ogrody Kensington", Alberta Fugueta "Filmy mojego życia", Gustava Nielsena "Auschwitz" i ostatnio dwa kryminały: "Mnie nie kupisz" Martína Casaríego oraz Rodolfa Martíneza "Sherlock Holmes i mądrość umarłych". Tylko "Filmy mojego życia" mają innego niż Pindel tłumacza. To godna podziwu samowystarczalność. Daje świetne efekty.

Oczywiście nie trzeba być Zosią-Samosią, by być wydawcą, ale - można i to z niezłym skutkiem. Wybitny przekład książki "Noc jest dziewicą" otrzymał nagrodę Instytutu Cervantesa. Bayly w tłumaczeniu Pindela łapie za włosy i nie odpuszcza nawet tym, którzy o języku hiszpańskim nie mają bladego pojęcia. Drżące ciała w bibliotece, aż chce się powiedzieć - muchaniesiada.com udowodniła, że można z egzotycznym i nierokującym bardzo optymistycznie projektem ruszyć w świat i podbić przynajmniej jego kawałek. Tylko - potrzeba wielkiego wysiłku, wiary, i - szczęścia.

Znowu uparcie powraca "Rdza"... W czasie panelu krytycznego zorganizowanego w związku z uroczystościami towarzyszącymi wręczeniu tegorocznej nagrody Fundacji im. Kościelskich, Ewa Berent czytała fragmenty nowej prozy. Nie tyle zawiodła oczekiwanie "momentów" we fragmentach debiutanckiej powieści, ile zaostrzyła ciekawość. Bo to pisarka, która najwyraźniej idzie tam, gdzie chce, nie tam, gdzie horyzont oczekiwań czytelników. Niektórzy mówią, że taka nonszalancja to jest dobry znak.

Mówiąc o wydawcach, którzy podejmują trud tłumaczeń nieoczywistych oczywistości, nie można zapomnieć o serii "Meridian" wydawnictwa Pogranicze. Ta pozwoliła poznać "Europeana" i "Dogodną chwilę", "1855" Patrika Ouředníka, "Most nad Złotym Rogiem" Emine Sevgi Ozdamar, "Krystaliczną sieć" Mirko Kovača, "Albanię. Wolność zagrożoną" Fatosa Lubonji i - wiele innych dzieł, które wywiązują się z umowy. Są nośnikami wiedzy, furtkami do nieznanych domów sąsiadów.

Tak, są różne książki. Nie zawsze łatwo je dostrzec i zdobyć, ale może to już kłopot krytyki literackiej, która tak zwane "niszowe" zjawiska zwykła traktować po macoszemu, zajmując się "głównym nurtem"?

Nie można zapomnieć o Lampie i Iskrze Bożej, w której Paweł Dunin-Wąsowicz wydał książki Doroty Masłowskiej. Bez "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" ostatnie dwadzieścia lat polskiej literatury wyglądałoby zupełnie inaczej. Dzięki Lampie i Iskrze Bożej ukazały się też dwie pierwsze książki Agnieszki Drotkiewicz, Jakuba Żulczyka, Andrzeja Goździkowskiego, Macieja Sieńczyka, teraz szykuje się debiut Małgorzaty Rejmer.

Jest Wydawnictwo Pierwsze, które za sprawą Magdy Papuzińskiej i Ingeborgi Janikowskiej-Lipszyc wypuszcza w świat kolejne książki Joanny Rudniańskiej. Rudniańska, jak mało kto, radzi sobie z "obcym w nas". "Mój tata z obcej planety" czy "Kotka Brygidy" to studia skomplikowanych relacji międzyludzkich. Wszelkie "anty" związane z narodowością, religią, obyczajami, płcią - u Rudniańskiej nabierają lekkości, nie tracąc przy tym nic na ważkości. Pierwsze wydało też książkę Ify Nwamany. "Stadion, boże igrzysko" daje nie swój, choć jednak pełen życzliwości portret Polaków. Czy to nigeryjski przekręt, czy drobiny tak zwanej prawdy? I - czy to się opłaca?

Czy wydawnictwo tCHu, dzięki któremu ukazała się "Księga Em" Izabeli Filipiak - dramat o losach Marii Komornickiej, dramat na miarę "Dziadów", czy raczej: "Babów" - przetrwało? Wyliczanki świetnie brzmią, mogą podbudować na duchu zatwardziałych optymistów ("jest super, jest super, więc o co ci chodzi?"), ale czy to przypadkiem nie woda na młyn tych, którzy wskazują palcem na pięknoduchów odpornych na rzeczywistość? Co z pieniędzmi? Jak grzyby po deszczu powstają wydawnictwa zakładane przez tych samodzielnych czytelników, którzy wiedzą, jakich książek im brakuje i chcą takich dostarczyć sobie i innym. Jaka jest średnia długość życia wydawcy? Jak długo jeszcze wytrzyma słowo / obraz terytoria - wydawnictwo, które wydaje najpiękniejsze książki tej części świata? Pytanie może brzmieć absurdalnie, ale niestety absurdalne nie jest.

Ekonomia nieopłacalności przyświeca wydawnictwu Korporacja Ha!art. Tym, którzy wskazują na konieczność odpowiadania na zaszczepione potrzeby uciech byle jakich także w tekstowym świecie, dobrze wskazać na krakowski fenomen. Wszystko to, co się nie opłaca, jakoś nadzwyczajnie przynosi zysk wydawcy laureatki Paszportu Polityki za 2008 r. Jest się z czego cieszyć. W księgarniach leżą książki, którym o coś chodzi. Wystarczy sięgnąć i sprawdzić o co. Nie chodzi o to, żeby było miło.

To subiektywne sprawozdanie objęło ­ledwo­ wycinek świata książek. A co z resztą, czyli lwią częścią rynku? Z Wydawnictwem Literackim, Znakiem, wydawnictwem W.A.B., Światem Książki, Warszawskim Wydawnictwem Literackim Muza, Rebisem, Prószyńskim i Spółką, Zyskiem i Spółką, Czytelnikiem, Państwowym Instytutem Wydawniczym?

Z przedstawicielami kilku z nich spotkam się 7 listopada. Mam nadzieję zapytać o odpowiedzialność za rzekomo niski poziom polskiej literatury i o to, czy należy rozdzielać dzieło od sztuki, żarliwość od kalkulacji; czy należy spełniać oczekiwania, czy je wywoływać. Naiwnie? Czasem tak lepiej.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]