Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Uczeń czarnoksiężnika

Uczeń czarnoksiężnika

20.10.2013
Czyta się kilka minut
Mógł być Rosjaninem albo Żydem, został Polakiem. Potrafi nawet określić dzień, w którym dokonał wyboru: 19 października 1956. Stał pośród wzburzonego tłumu w żerańskiej fabryce, gotowy rzucać butelkami z benzyną w radzieckie czołgi. Miał 19 lat.
U

Urodził się jako Cyryl Budniewicz w Moskwie w 1937 r. „Ależ pan sobie znalazł miasto i rok, żeby się urodzić!” – usłyszał już jako dorosły od rosyjskiej znajomej. Rzeczywiście nie był to dobry czas ani miejsce: apogeum i centrum wielkiej czystki.
W karcerze
Najpierw aresztowano i zesłano do obozu jego dziadka – inżyniera-mienszewika, później ojca – podchorążego wyższej szkoły oficerskiej. Matka – Natalia, rosyjska Żydówka, literaturoznawczyni – w 1939 r. na prośbę znajomych wzięła pod opiekę uwolnionego z Łubianki Polaka, Zygmunta Modzelewskiego, działacza Francuskiej Partii Komunistycznej. Przez dwa lata torturowany (bity, pozbawiany snu, zamykany w lodowatym karcerze) nie podpisał fałszywych zeznań i doczekał „beriowskiego wytchnienia” po upadku Jeżowa. Był tak wycieńczony, że nie mógł utrzymać sztućców; pani Budniewicz karmiła go łyżeczką. Kilka lat później wzięli ślub. W 1941 r. Karola (a właściwie jeszcze Cyryla) rozdzielono z matką i ojczymem i wysłano do domu dziecka w Leśnym Kurorcie, tysiąc kilometrów na wschód od Moskwy. Kiedy po trzech latach stalinowskiej indoktrynacji wrócił do domu, jego ojczym był już kapitanem Wojska Polskiego. Po wojnie cała rodzina przeniosła się do Warszawy; Cyryla nauczono polskiego i zmieniono mu imię na Karol. W 1947 r. pojechał do Moskwy na pierwsze spotkanie z ojcem, niedawno wypuszczonym z łagru. Kiedy usłyszał pytanie: „Chcesz wrócić z mamą do Polski czy zostać z tatą w Rosji?”, przerażony wtulił się w spódnicę matki. Drugi i ostatni raz spotkał ojca dziewięć lat później.
W 1954 r. Zygmunt Modzelewski – który zdążył już awansować na ministra spraw zagranicznych, członka Komitetu Centralnego PZPR i Rady Państwa – zmarł na serce. W tym samym roku Karol zdał na Wydział Historyczny Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zaprzyjaźnił się z Jackiem Kuroniem, Krzysztofem Pomianem i Adamem Michnikiem.
Dalej jest już Modzelewski, jakiego znamy: odwilżowy rewizjonista, autor „Listu otwartego do Partii” (który w końcówce lat 60. zrobił zadziwiającą karierę wśród zachodniej lewicującej młodzieży, szczególnie włoskiej), marcowy opozycjonista, działacz Solidarności, senator Komitetu Obywatelskiego, współtwórca Unii Pracy. Więzień polityczny-recydywista, który za kratami spędził w sumie osiem i pół roku (1965-67, 1968-1971, 1982-1984). Mediewista, w wolnej Polsce mianowany profesorem.
Smród siarki
Można czytać „Zajeździmy kobyłę historii” jak autobiografię, można jak podręcznik najnowszej historii Polski, można jak filozoficzny esej. Przeplatają się w niej i nakładają na siebie trzy narracje: Modzelewski przechodzi od wspomnień przez opis sytuacji historycznej do rozmyślań na temat pojęć i wartości.
Narracja autobiograficzna jest chyba najciekawsza, chociaż ściśle kontrolowana. Autor jasno wytycza granice wyznań: opowiada o tym, jak jego przeżycia osobiste odbijały się na działalności publicznej, a nie – jak jego działalność publiczna odbijała się na życiu osobistym. Że odbiła się źle, informuje tylko w lakonicznym fragmencie dotyczącym rozwodu z pierwszą żoną. Nie pozwala nam poznać całości ceny, jaką zapłacił za niezłomność.
Wyjątkowo szczerze mówi o swoim dzieciństwie, wskazując momenty, które kształtowały jego świadomość. Jednym z nich jest scena z radzieckiego domu dziecka: na spacerze dzieci spotykają kolumnę niemieckich jeńców. Zaczynają rzucać w ich stronę wyzwiska i kamienie; tylko Cyryl patrzy na wycieńczonych, złachmanionych żołnierzy w milczeniu i bezruchu. „Moja bierność nie wynikała jednak z etycznego wyboru, z dumnej odmowy udziału w czymś złym. Była wyrazem niezdecydowania, którego wstydziłem się okropnie. Właśnie palący wstyd pozwolił mi tak dokładnie zapamiętać to zdarzenie i przechować zawarty w nim morał”. Inne wspomnienie: Cyryl prosi matkę o uszycie szynela czerwonoarmisty. Kiedy dumny pokazuje się w nim kolegom, natychmiast odrywają mu guziki ze złotą pięcioramienną gwiazdą. Wychowawczyni naszywa mu czarne, zwykłe. „Całą noc płakałem z upokorzenia. Do dziś nie dostrzegam śmieszności w słowach marszałka Śmigłego-Rydza, że nie oddamy ani guzika od munduru. Dla mnie brzmi w tym prawdziwy patos”. Jeszcze jedna scena: piętnastoletni Karol, zaangażowany zetempowiec, razem z siedmioosobowym „kolektywem” dręczy kolegów z klasy uznanych za „błądzących” lub „wrogów”. Jednemu zarzuca, że na szkolnych potańcówkach woli zachodniego fokstrota od rodzimego walczyka, że przy tańcu nadmiernie ugina nogi w kolanach i że nosi za długie włosy; doprowadza go do płaczu, rzucając mu drobne na fryzjera. „W roku szkolnym 1952/1953 naprawdę unosił się nad naszymi inkwizytorskimi harcami smród siarki. (...) Nagonka na czarną owcę nie jest wyłączną właściwością stalinizmu ani komunizmu. Jest to mechanizm bardzo stary i wciąż obecny w naszym życiu. Przechorowałem tę infekcję w szczenięcych latach i pozostały mi po niej przeciwciała”.
Do Kuźnic z Broniewskim
W pamięć zapadają także opisy więziennych środowisk. Modzelewski zdaje relację z czasu, w którym wykłady na uniwersytecie musiał zamienić na wyrabianie 240 proc. normy w więziennej fabryce, garnitur i płaszcz na drelich i kufajkę, wygodne łóżko na pryczę, a łazienkę na blaszaną miskę. Jego towarzyszami byli najczęściej nie opozycjoniści, ale chuligani i kryminaliści. Nauczył się od nich grypsery – nie tylko języka, ale całego systemu norm i sankcji. Dowiedział się, jaka jest różnica między „człowiekiem” a „cwelem”, kto „cwelem” może zostać i jak należy go później traktować.
Fragmenty „więzienne”, choć bywają drastyczne, nie mają w sobie niczego z martyrologii. Przeciwnie, zdarza się Modzelewskiemu ton ironiczny – np. kiedy szczyci się, że bezpieka nie próbowała nawet podrzucać mu fałszywych grypsów ani namawiać do współpracy. A nawet nostalgiczny – kiedy wspomina jak na nikotynowym głodzie kradł miętę z magazynku BHP, żeby skręcić z niej papierosy i udawać, że to mentolowe, albo kiedy opisuje doskonałą do pracy naukowej izolatkę z tabliczką na drzwiach: „Starszy celi – Modzelewski Karol s. Zygmunta”.
W książce pełno świetnych literacko opowiedzianych anegdot. Jak ta o spotkaniu z Władysławem Broniewskim w Zakopanem w 1950 r. Broniewski przedstawia się Karolowi jako „polski Majakowski” i zabiera go na wycieczkę do Kuźnic i na Nosal. Po drodze zatrzymuje się we wszystkich knajpach; gdy mają wracać, z trudem wchodzi do dorożki. „Broniewski pomilczał, potem przyjrzał mi się uważnie, z odcieniem niepokoju i oznajmił: »Muszę ci w tajemnicy powiedzieć coś, o czym nikt nie wie. Ja, Władysław Broniewski – robił długie przerwy między wyrazami – wielki rewolucyjny poeta, prawdziwy komunista – to powiedział z naciskiem – jestem troszkę pijany. Ale tylko troszeczkę«. Po tych słowach zasnął, przechylił się i o mało nie wypadł z dorożki. Chwyciłem go za klapy marynarki i wciągnąłem do środka. Broniewski obudził się i spojrzał na mnie przeciągle. Miałem niespełna 13 lat i buzię bez zarostu, a na głowie kaptur wiatrówki. »Zdaje się, że ja Pani jeszcze nie znam« – stwierdził mój bohater. Po czym wsunął mi rękę pod wiatrówkę w poszukiwaniu biustu. »Ale ja nie jestem żadna pani!« – krzyknąłem trochę wystraszony. »A, prawda, ty jesteś gówniarz« – przypomniał sobie Broniewski i natychmiast znowu zasnął”.
Klej od zewnątrz
O historii – już nie prywatnej, ale tej „przez duże H” – Modzelewski pisze z akademicką klarownością. Ciekawe są te momenty, kiedy perspektywę historyka łączy z perspektywą świadka; kiedy szczegółami ożywia fakty zastygłe na kartach podręczników. Obok wywodu o wewnątrzpartyjnych rozgrywkach będących kontekstem dla wydarzeń marcowych podaje metody robienia nielegalnych ulotek: pisano je na maszynie (powielacze zrobione z bębna pralki Frania wymyślono kilka miesięcy później) i rozlepiano, smarując klejem od zewnątrz, tak żeby trudniej je było zdzierać. Obok suchego fragmentu o upadku grupy Moczara wspomina styczniową noc w mieszkaniu Michnika, kiedy z Kuroniem słuchali nagranej na taśmie magnetofonowej kilkugodzinnej dyskusji Edwarda Gierka i strajkujących robotników szczecińskiej stoczni. Ważne są w tej narracji nazwiska – nie tylko Kuronia i Michnika, ale też Bronisława Geremka, Antoniego Macierewicza, Jana Olszewskiego; nazwiska, które w świadomości czytelnika obarczone są szeregiem narosłych przez lata emocjonalnych odniesień, a którym Modzelewski oddaje historyczną sprawiedliwość. Przypomina, że ci ludzie byli w jednym obozie; że walczyli razem, aby później móc walczyć przeciw sobie.
W swojej opowieści wykracza zresztą poza PRL. Rezygnując z akademickiego tonu, odnosi się do spraw, postaci i formacji dzielących w ostatnich dwóch dekadach opinię publiczną – od „nocy teczek” przez śmierć Barbary Blidy i sprawę „doktora G.” po Smoleńsk. Zastanawia się nad błędami transformacji, które doprowadziły do „rozbratu inteligencji z ludem” i zaprzepaszczenia solidarnościowej idei: „Należę do pokolenia i środowiska, które nie może się wyprzeć odpowiedzialności za obecny kształt Rzeczypospolitej. Mój rachunek doświadczeń z tego czasu staje się nieuchronnie rachunkiem sumienia. To szczególna buchalteria, powinniśmy bowiem rachować sumienia własne, a nie cudze”.
Ostatnią warstwę książki tworzy seria hasłowych rozważań – na przykład o tożsamości narodowej, antysemityzmie, pozytywizmie, romantyzmie, rewolucji. Modzelewski argumentuje, że „naród” nie jest pojęciem archaicznym, jak chcieliby euroentuzjastyczni liberałowie i lewicujący inteligenci z „Krytyki Politycznej”. O tych ostatnich pisze: „Są dobrze wychowani i delikatni, starają się więc nie okazywać zmieszania, gdy w rozmowie używam słowa »naród«. Ich zdaniem jest to konserwatywna mrzonka, archaiczne zaklęcie bez pokrycia, którym myślący człowiek lewicy (a za takiego mnie mają) nie powinien się posługiwać”. Zastanawiając się nad antysemityzmem, zwraca się do Żydów: „Drodzy przyjaciele, bliscy znajomi i ledwie znajomi, nie gniewajcie się, ale nie mogę przyjąć waszego zaproszenia. Bardzo was lubię (no, może nie wszystkich jednakowo), dobrze mi z wami, ale nie przystąpię do kręgu etnicznego wtajemniczenia”. Wykazuje, że pozytywizm i romantyzm są niezbędne jako składowe polskiej tożsamości. Wie, jak złudne jest ich przeciwstawianie. Sam był przecież pozytywistą, który od czasu do czasu zamieniał się w romantyka; przez lata 70. pracował nad średniowiecznymi manuskryptami, żeby na przełomie dekad porzucić je na rzecz solidarnościowych wystąpień.

Pojęcia rewolucji i rewolucjonisty stanowią klamrę i leitmotiv książki. Modzelewski nazywa siebie „rewolucjonistą po przejściach”, za Majakowskim „poobijanym jeźdźcem historii”, za Goethem „uczniem czarnoksiężnika”. W kierowanym do młodych epilogu pisze: „Nie mam już sił ani zdrowia na żadne barykady. Poza tym za dużo wiem. W świetle mojej wiedzy rewolucja jest albo niemożliwa, albo zbyt kosztowna, w każdym zaś razie kończy się nie tak, jakbyśmy chcieli. Rewolucjonista nie może tego wiedzieć. Niewiedza go uskrzydla i pozwala dokonywać rzeczy niemożliwych, dzięki którym zmienia się świat. Będzie on potem rozczarowany lub co najmniej nieusatysfakcjonowany zmianą, do której się przyczynił, ale to już inna sprawa”.
Więc jeśli historia powinna być nauczycielką życia, to taką nauczycielką, której niewielu słucha.

Karol Modzelewski, Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca, Iskry, Warszawa 2013

KALINA BŁAŻEJOWSKA jest dziennikarką działu kultury „TP”, absolwentką filmoznawstwa i dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorką biografii Haliny Poświatowskiej, która ukaże się nakładem wydawnictwa Znak na początku 2014 r.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Kalina Błażejowska
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa, autorka nominowanej do Nagrody Literackiej Gryfia biografii Haliny Poświatowskiej „Uparte serce” (Znak 2014). Laureatka Grand Prix Nagrody...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]