Tylko jeden talerz

Czas przedświąteczny krótszy z każdym dniem. Jeszcze trochę, a nie będzie już presji zakupów, gorączki wybierania prezentów, znikać zacznie nawet zmęczenie przedwigilijne. "Gdy wszystko było w spokojnym milczeniu", mówi Pismo zaczynając opowieść o największym wydarzeniu na świecie, który jeszcze o tym nie wiedział nic.
Czyta się kilka minut

Jak my pójdziemy do stajenki w tym roku, który od "spokojnego milczenia" daleki jest jak od niczego innego? Skłóceni bez miary, zanurzeni po uszy w pasji oskarżeń, niezapominający ani jednej krzywdy, choćby dawno odpokutowanej, ani jednego oskarżenia, ani jednego słowa nienawiści, kipiący od roszczeń i pretensji, zawsze gotowi do użycia najpiękniejszych zawołań przeciw komuś i w obronie własnej racji. Przecież nie wejdziemy do Narodzonego z tym strasznym zgiełkiem i jeszcze może potrącając się we wrotach, wyprzedzając nawzajem, gdy On śpi, a Matka i Józef też zmęczeni podróżą, a nadto zanurzeni w tajemnicę, która wzeszła. Jak to zrobić tutaj, u nas, w kraju usianym pomnikami Papieża, napęczniałym od naszej dumy bycia "najbardziej religijnym narodem Europy", gdzie wystarczy jednego dnia poczytać gazety, posłuchać telewizji i radia (także tego, w którym Imię Boże rozbrzmiewa niemal co minutę), by zawahać się nad odpowiedzią na pytanie niewierzącego brata: "a ta wasza wiara to na czym właściwie polega?".

Ale przecież chcemy iść. A wrota stajenki pozostają otwarte - i to jest jej cud, który dodaje odwagi. Więc może znaleźlibyśmy coś, co będzie pomocą. Coś, a właściwie kogoś. Kogoś dla każdego z nas. Każdy niech zabierze kogoś dobrego. Kogoś, o kim to właśnie wie: że jest dobry, że był dobry, że kiedyś dobro czynił i my je mu zawdzięczamy. Teraz, kiedyś, nawet bardzo dawno. Wszystko jedno, czy tego człowieka możemy idąc do stajenki wziąć za rękę, czy tylko wspomnieć. I tak będzie obecny. A my będziemy wchodzili bez lęku, bo z mniejszym wstydem.

Niedawno dostałam list od czytelnika z Wysp Brytyjskich, wspominającego, jak ciepło i starannie odpisywał mu kiedyś Jurek Kołątaj, ówczesny sekretarz redakcji. Od razu, czytając to, przypomniałam sobie Jurka i jego troskliwość o wszystkich czytelników, z którymi miał kontakt. A potem stanęli mi w oczach kolejno wszyscy Tygodnikowi przyjaciele, których już nie ma. Chciałabym ich wszystkich przywołać do wigilijnego stołu. Pośpiewać z nimi kolędy. Pójść na pasterkę. Szkoda, że tradycja każe nam kłaść na obrusie tylko jeden wolny talerz. Ale oni się przecież pomieszczą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 51-52/2009