Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

To jest mój Kościół

To jest mój Kościół

19.06.2017
Czyta się kilka minut
Od kilku lat uczestniczę w rekolekcjach Klubów „Tygodnika Powszechnego”, które prowadzi ks. Adam Boniecki.
T

Tematem tegorocznego spotkania stało się nader odważne pytanie: „Dlaczego pozostaję w Kościele?”.

Czy można praktykującemu katolikowi w ogóle je zadawać?” – pomyślałam z wewnętrznym oburzeniem. I zaraz pojawiła się seria prostych odpowiedzi: tu jestem ochrzczona, to jest moja droga do zbawienia, z domu się nie ucieka, matki się nie zostawia itd.

Jednak kolejne konferencje rekolekcyjne i wypowiedzi pozostałych uczestników przekonywały mnie do potrzeby dokonania refleksji na temat mojego bycia w Kościele.

Kocham, to zostaję. Ta odpowiedź wyjaśnia jednak niewiele. Skoro można pozostać w Kościele albo od niego odejść, to oznacza, że miłość do Kościoła nie jest miłością „naturalną” – podobną do miłości rodzica wobec dziecka czy dziecka wobec rodzica. W to ścisłe pokrewieństwo jest przecież wpisana miłość i przywiązanie. Nie poddają się one jednak (w normalnych sytuacjach) dylematom, dlaczego nie porzucasz dziecka, czy dlaczego jesteś związany z matką. Miłość do Kościoła jest więc raczej miłością oblubieńczą – miłością wobec Wybranego, i to wybranego tak dalece, że staje się mój. A mój to ten, z którym się utożsamiam, za którego biorę odpowiedzialność, którego kocham pomimo…

Wybór ten nie ma charakteru definitywnego. Nieustannie wymaga on potwierdzenia. Poszukiwanie argumentów „za” stwarza pułapkę utworzenia swego rodzaju listy korzyści, a po stronie samego Kościoła jawi się jako pokusa przedstawienia „atrakcyjnej oferty”.

Dla mnie Kościół pozostaje nie do zastąpienia w roli szafarza sakramentów. Nawet teraz, gdy z pewnych powodów nie mam do nich dostępu, obcowanie z Eucharystią w Jej adoracji jest dla mnie istotnym wsparciem. Kościół to także wspólnota. Niestety wspólnota, która czasem zawodzi, a przyznanie się do innych jej członków wymaga sporej pokory. Ostatecznie jednak to ta grupa ludzi, która modli się do mojego Boga. Wśród nich są współcześni święci – świadkowie Ewangelii. Przywracają wiarę w to, że mimo opresyjnej w wielu obszarach instytucji Duch Święty w Kościele działa.

Nie chodzi jednak tylko o samo bycie w Kościele. Winno ono mieć jakąś wartość. Jakie miejsce ma więc w Kościele osoba, która na niedzielnej Mszy św. siada w szóstej ławce i odpowiada na wezwania kapłana? Dla mnie powołanie do bycia w Kościele nie oznacza aktywności parafialnej (choć i taka się zdarza). Jestem w Kościele powszechnym w tym świecie, w którym żyję. Moim zadaniem jest więc żyć jak świadek Ewangelii – porządnie ze względu na Chrystusa. Czasem przyznanie się do „obciachowego” Kościoła katolickiego może narazić mnie na śmieszność, ale trudno – to mój Kościół.

Dziękuję Ojcu Rekolekcjoniście i wszystkim uczestnikom rekolekcji Klubów „Tygodnika Powszechnego”, a przede wszystkim Duchowi Świętemu za zadanie tego odważnego pytania i pomoc w poszukiwaniu odpowiedzi.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zostałam z niego ograbiona i ogromne dobro duchowe, nasiona wielu rzeczy dobrych i szlachetnych, które niegdyś w Kościele dostrzegałam, zostały wdeptane w pył. Jestem osobą głęboko wierzącą, kilka razy w życiu przemówił do mnie Bóg tak, że słyszałam Jego Głos. Ale już nie chodzę do kościoła. Każde nabożeństwo staje się zgorszeniem. Narracja kazań, homilii, pieśni, ogłoszeń, komentarzy staje się nieznośna i budzi we mnie tylko gniew i poczucie, że jako kobieta, etyk, teolożka, feministka, ekolożka, zwolenniczka wolności i demokracji oraz praw kobiet do samostanowienia jestem czarną owcą, jestem wykluczona – za każdy z moich „grzechów” z osobna i wszystkie pospołu - i jedyne, co mi pozostaje to zmienić poglądy, podporządkować się bez dyskusji i poddać parafialnym modłom „o upamiętanie i przywrócenie rozumu dla koderów, kobiet z Czarnego Protestu, Obywateli RP, zgniłej UE – i jeszcze nie wiadomo kogo, ale na pewno nie ojca Tadeusza i rządu PiS”. Dla mnie nie ma miejsca w Kościele, nawet w ostatniej ławce. Moje pytania, moje doświadczenia – jako kobiety – pozostaną bez odpowiedzi. Moja wiedza – skończyłam studia z zakresu teologii – nie przyda się nikomu, ale o to mniejsza, lepsi teologowie ode mnie mają w Kościele, a polskim zwłaszcza, zakaz wypowiadania się. I dlaczego? Jaka jest ich wina? Że odważyli się na odrobinę samodzielnego myślenia i dyskusji – czyli czegoś, co nawet w średniowieczu było całkowicie naturalne i powszechne? Jaka jest granica tego, by patrzeć pobłażliwie na niedoskonałości bliźniego, nauki, instytucji, choćby najbardziej szanowanej? Czy nie tam, gdzie moja obecność, moja pobłażliwość, wyrozumiałość rozzuchwala fanatyków i bezczelnych hipokrytów? Dlaczego mam być mięsem statystycznym w wykazach na wysoki procent katolików w Polsce, skoro widzę, że prawdziwych wiernych, prawdziwych Chrześcijan jest tak niewielu, a statystyki wykorzystywane są jedynie w wątpliwych celach politycznych? I matkę się zostawia, gdy nie pozwala sobie pomóc, staje się pijaczką, przestępczynią czy ladacznicą. Czemu nie Kościół, skoro pogrąża się w herezji, kłamstwie, odcina od słów papieża, Tradycji, lekceważy Pismo Święte i naukę Jezusa – a nie przyjmuje do wiadomości słów napomnienia? Kocham to zostaję. Czy tak? A jeśli to, że zostaję przynosi więcej szkody kochanemu? Daje mu poczucie bezkarności i pychę, że co by zrobił – nawet haniebnego i odrażającego – i tak może liczyć na bezwarunkowe trwanie przy nim i naiwną, nie wymagającą żadnych zmian z jego strony – miłość? Tak funkcjonują rodziny, o których mówimy: patologiczne. To prawda, są tacy, którzy uważają, że nawet jeśli mąż zatłucze żonę na śmierć, pogwałci dzieci, odbierze rodzinie godność i szacunek to i tak święte więzy małżeńskie są najważniejsze, rodzina jest najważniejsza. Ale czy tak jest na pewno? Czy godzi się tak rozumować w świecie, w którym cywilizowane kraje troszczą się o szacunek dla każdego bożego stworzenia (za czym również Kościół nie nadąża)? To prawda, trzeba starać się żyć czyniąc dobro, być sprawiedliwym. Lecz czy do tego potrzeba być kapłanem lub lewitą? Naprawdę, bycie miłosiernym Samarytaninem wystarczy. Samarytanin przynajmniej ma czyste sumienie.

Dziękuję za ten post. Ja też przestałam parę lat temu czuć, że to jest również mój Kościół.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]