Reklama

Tęsknota za czułą bestią

Tęsknota za czułą bestią

15.07.2009
Czyta się kilka minut
Nigdy nie lubiłem wampirów, książek o wampirach, a nawet filmów o nich. Nie jestem fanem nocy i krwi. Jako dziecko byłem lękliwy i mimo wielu lat służby w harcerstwie nie wyrosłem na mężczyznę, któremu heroizm bije z twarzy, jak Jackowi Kurskiemu.
W

W tamtych skompromitowanych ideologicznie latach naiwni harcerze nie pili, nie palili, a nocą przy ognisku śpiewali patriotyczne piosenki, zamiast oddawać się, jak teraz, wyuzdanym seksualnym uciechom. No i pełnili nocne warty. Pierwsza, od dziesiątej do dwunastej, była rozkoszna. Mimo ciszy nocnej obóz jeszcze przynajmniej przez godzinę pełen był szeptów i chichotów. Najbardziej lubiliśmy pilnować namiotów skromnych harcerek, gdyż z prowadzonych przez nie intymnych rozmów dowiadywaliśmy się o tajemniczych fluidach łączących ludzką wspólnotę. Nikt z nas, oczywiście, nie znał słowa "erotyka", zabrakło go w tekście harcerskiej przysięgi.

Niestety koło jedenastej w nocy wszyscy zasypiali i wartownicy (dwóch na cały wielki obóz) zostawali sami ze swoją wyobraźnią. Las szumiał, wilki wyły (były to lata 50. i dzikiej zwierzyny mnóstwo), niedźwiedzie czochrały futra o szorstką korę stuletnich drzew, lisy próbowały ukraść jedzenie, jeże głośno tuptały... I tylko my staraliśmy się być niezauważalni. Wiedzieliśmy, że gdzieś tam czai się bestia. Nie przypuszczaliśmy, że może być ona czuła.

Nikt z nas nie słyszał wtedy o wampirach. Owszem, w ludowych podaniach pojawiały się strzygi i inne cholerstwo, którego cudowną typologię zbudował Andrzej Sapkowski w sadze o wiedźminie Geralcie, ale o wampirach, a nawet zombi, nie mieliśmy najmniejszego pojęcia. I dobrze, gdyż na drugiej warcie, najgorszej - od dwunastej do drugiej w nocy - co drugi z nas narobiłby w portki. A nie było jeszcze słynnego proszku Ixi.

Nigdy nie pozostawałem w emocjonalnej zażyłości z wampirami. Może dlatego, że poznałem je dopiero w okresie społecznej transformacji lat 90., kiedy popularny na Zachodzie gatunek literacki, jakim jest horror, dotarł również do Polski. Książki o dziwnych stworach wyłażących z trumien i polujących nocą na naszą krew pojawiały się wprawdzie w rankingach książkowych hitów, ale nie podbijały serc Polaków. Jako naród bitny wystarczająco wiele krwi przelaliśmy na polach bitewnych całego świata, walcząc o "wolność waszą i naszą" i nauczyliśmy się cenić każdą jej kroplę. Po co miałaby trafiać do wiecznie spragnionego pyska wampira?

Zmiana przyszła, gdy na polskim rynku pojawiła się czterotomowa saga amerykańskiej pisarki Stephenie Meyer. Mimo wieloletniego doświadczenia zlekceważyłem sukces "Zmierzchu" - pierwszego tomu opowieści o wielkiej miłości nastolatki Belli Swan i żyjącego od wieków, urzekającego urodą wampira Edwarda Cullena. Psychologiczny błąd spowodował, że nie umieściłem tej książki na liście bestsellerów roku 2008. Mam nadzieję, że Wydawnictwo Dolnośląskie błąd mi wybaczy i użyczy informacji o fantastycznych wielkościach sprzedaży czterech tomów sagi w pierwszej połowie roku 2009. Tradycyjnie we wrześniu w "Rzeczpospolitej" taką listę publikuję i wielu na nią czeka.

Muszę jednak wyznać, że saga Meyer odpowiedzialna jest za wyjątkowo ostre napięcia aksjologiczne, jakie ostatnio przeżywam. Przez wiele lat konsekwentnie stawałem w obronie literatury popularnej. Pisałem, że nie można jej definiować poprzez relacje z literaturą wysoką, gdyż stanowi ona autonomiczny twór, określony zarówno swoistymi cechami, jak i cechami odbiorców. Prosiłem, by zgodnie z regułami systemu demokratycznego traktować odbiorcę literatury popularnej podmiotowo, nie upokarzać go, wypominając, że czyta literaturę brukową i wagonową (tak nazywał ją Włodzimierz Odojewski w polemikach ze mną prowadzonych wiele lat temu w "Ex Librisie" i "Rzeczpospolitej"). Nieśmiało przypominałem, że osoba, która wybiera tylko książki dostarczające emocjonalnego pocieszenia, też zasługuje na szacunek, gdyż w ogóle czyta, co jest wartością samą w sobie.

Niewiele jednak o sobie wiedziałem. Spotkanie z sagą Stephenie Meyer zrujnowało zarówno budowane przez całe życie przekonania, jak i profesjonalną socjologiczną neutralność. Chyba nienawidzę amerykańskiej pisarki. Jestem bezradny wobec marnych kilku tysięcy stron, nie mogę ich czytać bez uczucia potwornej, niszczącej irytacji, przejawiającej się również - o zgrozo - w używaniu przekleństw. Wlokłem się przez kolejne strony jak wycieńczony wędrowiec na pustyni, bez sił, bez ducha, starając się pojąć intencje kilkudziesięciu milionów fanek pisarki. Przestałem wierzyć, co dla socjologa niezwykle destrukcyjne, że można empatycznie dotrzeć do pierwszych, nawet najbardziej powierzchownych, powłok ludzkiej duszy.

Przeczytałem w "Polityce" ciekawy tekst Justyny Sobolewskiej o sadze, zatytułowany "Ugryź mnie", i również w nim nie znalazłem ukojenia. Podziwiam analityczny chłód autorki, ale sam nie jestem do niego zdolny. Tej sagi nie da się czytać!!! Kryje się w niej jakaś dziwna erotyczna histeria, o której coś ciekawego mogą powiedzieć tylko nastolatki, domagające się od Roberta Pattinsona, grającego w filmie "Zmierzch" rolę Edwarda Cullena, zlizywania ich krwi z rozdrapanych ran na rękach i szyi.

Jeszcze kilka miesięcy temu byłem przekonany, że sporo wiem o mechanizmach odbioru literatury popularnej. Znowu nadszedł czas pokory...

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]