Po pierwsze, zbliżająca się kampania wyborcza grozi wznowieniem “wojny na teczki". Po drugie, coraz więcej dokumentów SB trafia do osób pokrzywdzonych i wiedza o tajnych współpracownikach SB staje się dostępna ogółowi. Pojawiają się też opracowania historyków, które odsłaniają coraz to nowe obszary funkcjonowania aparatu ucisku w PRL. Paradoksem, co wielokrotnie podkreślano, pozostaje fakt, że na “odstrzał" opinii publicznej rzucani są rozmaitego kalibru “informatorzy", a nie ci, którzy zastraszeniem, szantażem, kłamstwem, przekupstwem itp. ich werbowali i nadzorowali ich działalność.
Ostatnio temperatura emocji się podniosła, a to w związku z projektem badawczym zatytułowanym “SB przeciw społeczeństwu Krakowa i Małopolski", a raczej w wyniku zapowiedzi Zbigniewa Fijaka (inicjatora badań i do niedawna członka sześcioosobowego zespołu Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego w Krakowie; skądinąd czynnego polityka Platformy Obywatelskiej), że opublikowanie wyników badań wywoła trzęsienie ziemi w Krakowie z powodu - jak głoszono - ujawnienia nazwisk agentów SB wśród krakowskich artystów, naukowców i ludzi Kościoła. Teraz Zbigniew Fijak w wypowiedzi dla PAP zapewnia, że nazwisk agentów nie poda. Jednak nie kryje, że jest zwolennikiem ujawnienia całej agentury: “prawdy przykrej, ale niezbędnej dla narodowego życia Polaków" oraz dla zapobieżenia “wybuchaniu afer poszczególnych osób".
Trudno odmówić słuszności temu rozumowaniu, jeśli dotyczy ono poważnych opracowań. Bo np. pomysł wywieszenia w internecie listy wszystkich TW sporządzonej według teczek SB (bo i o takich inicjatywach się słyszy) budzi niepokój. Na takiej liście znalazłby się przecież i ten, kto pisał donosy, szkodził bliźnim, po czym brał za to wynagrodzenie, i ten, kto się załamał, podpisał zobowiązanie, a potem usiłował się wykręcić byle czym. Znajdą się na niej także ci, którzy mieli odwagę zerwać współpracę. Oni zresztą, nie zaliczając się do poszkodowanych, do swoich dokumentów dostępu nie mają...
Krótko mówiąc: chodzi o - jak najbardziej pożądane - procedury dochodzenia prawdy, które rzeczywiście do prawdy doprowadzą, w całej jej złożoności. Czy może w tym pomóc postulowana z uporem przez Arcybiskupa Życińskiego polska wersja południowoafrykańskiej Komisji Prawdy i Pojednania, która stanie się miejscem uznania i wyznania własnej winy, przebaczenia i pojednania?
W toczących się obecnie dyskusjach wspomina się o środowisku “Tygodnika" i “Znaku". Nikt z nas nie miał wątpliwości, że jako miejsce dość wyjątkowe na mapie ówczesnej Polski jesteśmy obiektem szczególnej uwagi. Wiedzieliśmy, że zainstalowano w redakcji podsłuch (błędnie tylko sądziliśmy, że w suficie, a był w ścianie). Jednak siłą “Tygodnika" była jawność. Nie wydawaliśmy pisma podziemnego. Głównym frontem walki był ostatecznie spór z Urzędem Kontroli Prasy i jeśli byli wśród nas TW, to nie mieli tu w gruncie rzeczy wiele do roboty. Dobrze, że dokumenty SB, dotyczące redakcji “Tygodnika", opracowuje obecnie Instytut Pamięci Narodowej, choć nie należy po tych badaniach spodziewać się rewelacji. Bo przecież nie jest rewelacją fakt, że “Tygodnik" był przez władze PRL traktowany jako szczególnie niebezpieczny dla reżimu i jako taki stale był przedmiotem szykan i pilnej inwigilacji.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















