Ten obrazek przedstawiciel narciarskiego kurortu odmalowuje z niejaką dumą, choć dla kogoś innego może być kwintesencją ponurych czasów.
– Mamy sporo zdjęć lotniczych z ostatnich zim. Widać białą wysepkę na zielonym oceanie. To białe to nasz kurort – mówi Paweł Nowobilski z Kotelnicy Białczańskiej, jednego z największych polskich ośrodków, dysponującego w Białce Tatrzańskiej kilkunastoma wyciągami, które zgodnie z planem mają ruszyć 5 grudnia.
Te „wysepki” to widok coraz częstszy nie tylko z lotu ptaka. W efekcie narciarz, zwłaszcza w średnim bądź starszym wieku, a więc pamiętający srogie zimy, za możliwość jazdy we własnym kraju płaci ciężkim poznawczym dysonansem: pod nartami skrzypi mu biały śnieg, ale naokoło widzi zielone drzewa i gołą ziemię.
Narciarstwo bez sztucznego śniegu
– Co by było, gdyby nie było śnieżenia? – Pawła Nowobilskiego pytam o wizję narciarstwa pozbawionego nagle lanc i armatek śnieżnych.
– Niczego by nie było – odpowiada. – Nie ma możliwości, by jakikolwiek ośrodek utrzymał się w Polsce bez naśnieżania.
W Niemczech, które nie były przygotowane na tak gwałtowne ocieplenie, wiele ośrodków albo się zamknęło, albo przekształciło w kurorty letnie.
Na pytanie, ile dni w sezonie wyciągi z Białki mogłyby jeździć na samym tylko, pojawiającym się przecież od czasu do czasu, śniegu naturalnym, Nowobilski odpowiada bez wahania: ani jednego.
– Aby można było jechać na ubitym śniegu, musi go napadać 60, 70 centymetrów. To i tak mniej niż wysoko w górach, np. na Kasprowym, gdzie ze względu na kosodrzewinę i kamienie wymagane jest nawet półtora metra. U nas wystarczy te 60 cm, w przeciwnym razie przygotowujący trasę do jazdy ratrak przemieli śnieg z ziemią. Śnieg naturalny jest dzisiaj tylko dodatkiem, estetycznym efektem specjalnym.
– Ten sztuczny – dodaje przedstawiciel białczańskiego kurortu, da się produkować dopiero w minusowej temperaturze, optymalnie od minus sześciu. – Swoje robi też wilgotność: im wyższa, tym temperatura do śnieżenia musi być niższa – podkreśla Nowobilski.
Gdy rozmawiamy (druga połowa listopada), białczańskie armatki pracują pełną parą, bo długofalowe prognozy przewidują niskie temperatury – w przeciwnym wypadku nie opłacałoby się w ogóle uruchamiać maszynerii. Efekt ciężkiej pracy obróciłby się w ciągu kilku dni w błoto.
Maszyneria i infrastruktura zaprzęgane do produkcji niewinnie z lotu ptaka wyglądających białych „wysepek” to ekonomiczne monstrum: Kotelnica Białczańska ma dwieście śnieżnych armatek, z których każda (wedle Pawła Nowobilskiego) to koszt ponad 100 tys. zł. Do tego dochodzą trzy duże zbiorniki mieszczące 130 tys. metrów sześciennych wody, co przy 24-godzinnym śnieżeniu i tak wystarcza na ledwie dwa–trzy dni.
Podobnym arsenałem chwali się inny znany kurort: Szczyrk Mountain Resort, dysponujący dwudziestoma trasami i jedenastoma wyciągami. Jak podaje portal narty.pl, tamtejszy zbiornik mieszczący sto tysięcy metrów sześciennych wody to odpowiednik czterdziestu olimpijskich basenów – nic dziwnego, skoro musi obsłużyć 230 lanc i śnieżnych armatek, a te rozprowadzić biały puch na kilometry tras.
Osobny rozdział do tej historii narciarskich „zbrojeń” dopisują tzw. fabryki śniegu. Chodzi o kontenery produkujące biały puch niezależnie od temperatury: znajdujące się w nich agregaty tworzą śnieg, który może być transportowany. Taką inwestycją pochwaliła się znana zakopiańska stacja Polana Szymoszkowa.
Wkrótce ruszy – kosztem ćwierci miliona euro – pierwszy kontener. Docelowo w pobliżu stoku mają stanąć nawet cztery.
Czy narciarstwo w Alpach jest tańsze niż w Polsce?
Nie trzeba szczególnej przenikliwości, by odpowiedzieć sobie na pytanie, kto za to wszystko zapłaci. Startujący sezon wita narciarzy cenami dziennych karnetów zwykle od 150 zł wzwyż. Kotelnica Białczańska skasuje dziennie od dorosłego między 150 a 170 zł, położony w Kotlinie Kłodzkiej Zieleniec Ski Arena to wydatek 160 zł za siedem godzin jazdy, a w małopolskiej Kasinie – 170 zł za pełny dzień.
Owszem, nasze kurorty oferują zniżki, ale cechą specyficznie polską jest ich iluzoryczność. Dziecko zapłaci więc zwykle za dzień jazdy nie połowę ceny, ale ledwie 10-20 zł mniej niż dorosły, a za tygodniowy karnet wydamy w większości miejsc między 600 a 900 zł, też niewiele oszczędzając względem zsumowanych cen dziennych.
To wciąż mniej niż białe szaleństwo w Alpach, gdzie nawet w tańszym wariancie zapłacimy więcej niż tysiąc złotych na tydzień. Ale jeśli cenę przeliczyć na przejechane na nartach kilometry, tańsze okażą się Włochy, a nawet Austria: Polska to mała przestrzeń i kolejki, Alpy to przestronne stoki i w zasadzie nieustanna jazda.
Bilans jest prosty: w Polsce jeździć się opłaca, ale tylko w przypadku krótkich wypadów – choć amatorów weekendowych wyjazdów np. do Włoch też w Polsce nie brakuje. Ostatni być może poważny argument przemawiający jakoby za wyższością rodzimych tras, jaki pozostał właścicielom wyciągów, to dostępność naszych stoków do późnych godzin wieczornych.
Rzeczywiście, alpejskie trasy działają przy naturalnym śniegu i w słońcu, ale ma to oczywiste walory: anturaż polskich tras bardzo mocno oddalił się od wszystkiego, co kojarzy się z okołogórskim pejzażem. W oczy świecą nam reflektory, po uszach bije dodatkowa „atrakcja”, czyli muzyka z głośników, a sama jazda to często slalom pośród tłumu albo między urządzeniami do naśnieżania.
– Ile polski narciarz płaci za produkcję sztucznego śniegu? – pytam Nowobilskiego.
– Precyzyjnie nie powiem, ale na oko to 55-60 procent ceny karnetu – odpowiada. I nawet jeśli to branżowa przesada, służąca uzasadnieniu horrendalnych cen, łatwo w te obliczenia uwierzyć, gdy spojrzy się na finansowe nakłady ponoszone przez narciarskie kurorty.
Wedle informacji z Białki, samo tygodniowe zużycie prądu do naśnieżania to nawet 1,5 mln zł, sumaryczne zaś wydatki kurortu przed sezonem, zanim jeszcze pierwszy narciarz przyłoży kartę bankomatową do terminala, wyniosą w tym roku do dziesięciu milionów.
Podobnie abstrakcyjne kwoty dotyczą inwestycji największych ośrodków. Portal narty.pl podawał, że Szczyrk Mountain Resort od momentu przejęcia w 2015 r. przez słowackich właścicieli wydał na inwestycje 65 mln euro, czyli około… ćwierć miliarda złotych.
Nic więc dziwnego, że kwoty te przeliczają się na ceny naszych narciarskich wakacji: czteroosobowa rodzina (2 plus 2) z ledwie tygodniowego pobytu na nartach w jednym z popularnych ośrodków wróci lżejsza o około dziesięć, a może nawet kilkanaście tysięcy złotych.
Narciarstwo przyszłości pod dachem i w tłumie
W przyszłości może być jeszcze drożej: ocieplenie postępuje, a właściciele wyciągów już lamentują, że sezon, w ramach którego możliwe jest śnieżenie, kurczy się z roku na rok. Tam, gdzie koszty i zyski się nie zbilansują, ośrodki będą się zamykać.
O ile dziś progiem narciarstwa opartego na naturalnym puchu jest wysokość 1500 metrów nad poziomem morza, do końca stulecia próg ten ma się przesunąć do 2,5 tys. metrów.
Przyszłość zjazdowego narciarstwa masowego to zatem tłum zjeżdżający za coraz większe pieniądze na coraz mniejszych połaciach polskich – i nie tylko polskich – stoków. Plus fantazje, takie jak ta zapowiedziana nieopodal Wadowic – oto w Babicy jeden z deweloperów pragnie przyćmić, jak donoszą portale, nawet Szanghaj, budując pierwszą, ale od razu największą w świecie krytą narciarską halę. Czy urzeczywistnienie tej fantazji będzie miało cokolwiek wspólnego ze zjeżdżaniem na nartach pośrodku gór, nietrudno zgadnąć.
Ale jeśli ktoś chce, może też szukać plusów – hala pozbawi narciarzy dysonansu w postaci zielonych drzew i gołej ziemi, a pracujący 365 dni w roku wyciąg wykluczy niedogodności w rodzaju zmieniających się pór roku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















