Sto siedemdziesiąt zł dla osoby dorosłej, sto sześćdziesiąt dla dziecka – oto dzienny koszt karnetu narciarskiego oferowanego przez największą polską sieć, czyli Tatry Super Ski. Karnet uprawnia do jazdy w jednym z dziewiętnastu ośrodków w Polsce i na Słowacji – m.in. w Zdziarze na słowackim Spiszu, Poroninie, Kluszkowcach, Białce Tatrzańskiej czy Zakopanem. Po tym, jak jesienią ub. roku umowę z siecią podpisały Polskie Koleje Linowe, w ramach karnetu można też pojeździć – na naturalnym śniegu, co staje się w Polsce coraz większym luksusem! – także w Dolinie Goryczkowej i Gąsienicowej na Kasprowym Wierchu.
Ile kosztuje jazda na nartach w sezonie 2024/25
Tu jednak czeka na mniej zorientowanych narciarzy finansowa „pułapka”: w cenie karnetu są przejazdy jednym z dwóch wyciągów, ale już nie główną koleją linową na szczyt Kasprowego. Oznacza to, że do wyciągu trzeba dojść samemu z nartami na plecach (30-40 minut do Doliny Goryczkowej), ewentualnie… zapłacić dodatkowo za przejazd koleją linową.
Na karnecie można zaoszczędzić, przyjeżdżając na południe na tydzień – za siedem dni jazdy w jednym z dziewiętnastu ośrodków osoba dorosła zapłaci 970 złotych, a dziecko 900. Ale nawet wtedy tygodniowy koszt samych zjazdów dla czteroosobowej rodziny (dwa plus dwa) to 3740 złotych. Wybór innego ośrodka narciarskiego niewiele zmieni – cenowy standard dziennej jazdy osoby dorosłej to dziś w Polsce widełki 150-200 złotych, a zniżki dla dzieci są często niewielkie (owszem, istnieją od tej reguły wyjątki: np. jeden z ośrodków położonych bliżej Krakowa pozwala kilkuletnim dzieciom jeździć za złotówkę, a nastolatkom za niecałe sto złotych).
Jazda to nie wszystko: na co jeszcze narciarz musi wydać pieniądze
Jeśli do kosztów samej jazdy doliczymy – co dla mieszkańców Gdańska, Warszawy, Wrocławia, a nawet Krakowa wydaje się być oczywistością – noclegi, kwota rodzinnego pobytu pod Tatrami lub w innym popularnym rejonie może się podwoić. Znalezienie np. na Podhalu czteroosobowego pokoju z łazienką, nie mówiąc już o rodzinnym apartamencie z większą liczbą pomieszczeń, w cenie mniejszej niż 300-400 złotych za dzień graniczy z cudem. Do tego dodajmy koszty benzyny, parkingów, anegdotycznie wręcz drogich o tej porze na południu posiłków – a otrzymamy wynik niechybnie pięciocyfrowy, czyli 10 tys. zł jako najniższy wymiar tygodniowej kary dla rodziny.
A i to tylko przy założeniu, że na nartach już jeździliśmy, i mamy swój sprzęt. Wyobraźmy sobie taką – nie tak znowu rzadką – sytuację. Rodzina „dwa plus dwa” jedzie z dziećmi, które narty założą na nogi po raz pierwszy – a że rodzice nie wiedzą, czy nowa atrakcja się przyjmie, wolą za pierwszym razem sprzęt narciarski dla dzieci wypożyczyć. Jeśli zrobią to np. w Krakowie, chcąc nieco zaoszczędzić (wypożyczenie w najpopularniejszych kurortach będzie droższe), zapłacą i tak co najmniej 500 złotych za sprzętowy komplet dla dwójki na tydzień. A jeśli na miejscu zapragną każdemu z dzieci zafundować godzinę (tylko godzinę dziennie!) jazdy z profesjonalnym instruktorem, zapłacą za każde sześćdziesiąt minut sto kilkadziesiąt złotych, co przemnożone przez dwójkę dzieci oraz siedem dni da kolejną sumę oscylującą wokół dwóch tysięcy złotych. Wtedy koszt tygodniowych wakacji przerodzi się w istną finansową jazdę bez trzymanki – kilkanaście tysięcy polskich złotych.
Ile kosztuje zagraniczny wyjazd na narty
Jak się do polskich cen ma „białe szaleństwo” poza granicami naszego kraju, choćby w coraz popularniejszych wśród naszych rodaków państwach alpejskich? Same wyciągi we Włoszech czy w Austrii są – wbrew alarmistycznym opiniom – nadal droższe niż w Polsce. Karnet sześcio- albo siedmiodniowy w alpejskich kurortach to w przeliczeniu euro na złotówki gwarancja wydatku więcej niż tysiąca złotych na głowę. Ale też, co podkreślają często narciarze, gwarancja jazdy na naturalnym śniegu, w znacznie większym komforcie, na znacznie dłuższych i bardziej zróżnicowanych trasach, za to w znacznie mniejszym tłumie. Gdyby ceny „białego szaleństwa” przyłożyć do liczby przejechanych dziennie na nartach – tu i na trasach alpejskich – kilometrów, okazałoby się niechybnie, że polski kilometr na deskach jest nieporównanie droższy niż we Włoszech czy Austrii.
Jak ograniczyć narciarskie paragony grozy
Warto też pamiętać, że miłość do nart nie musi – o czym pisaliśmy w „Tygodniku” wielokrotnie – oznaczać uzależnienia od wyciągów. Coraz popularniejsze skitoury i biegówki to – w razie posiadania własnego sprzętu i jako takich umiejętności – zabawa darmowa (wypożyczenie z kolei to koszt, w przypadku sprzętu skitourowego, stu kilkudziesięciu zł za dobę). Podchodzenie o własnych siłach po to, by dopiero później zjechać, nie jest z pewnością dla wszystkich, za to pozwala uniknąć wyciągów oraz jednej z ich podstawowych funkcji – sprawnego wyciągania z naszych kieszeni tysięcy złotych.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















