Reklama

Szpaku

Szpaku

03.02.2014
Czyta się kilka minut
Wyglądał wśród nich trochę jak diler. Tyle że zachęcał, by wpadli na Mszę.
Co roku wyruszają z innego miejsca i niosą obraz Jezusa Miłosiernego. Więcej zasad nie ma. Fot. Ota Nepilý
S

Są trzy. Ni to torby, ni saszetki. Może na ramię albo do przewieszenia na biodrach. Z różnej wielkości kieszeniami po bokach, niewielkimi wypustkami – takimi, że zmieściłby się w nich mały bidon. Trochę przykurzone. Trochę wysłużone. Nad nimi – także na wbitych w drewniane drzwi hakach – dwa kapelusze. Jeden z kolorową chustą wokół ronda, drugi bez. Damski i męski.
„Pielgrzymkowe” – pomyślałam.
Agnieszka, ze świeżym plackiem ziemniaczanym w ręce, przemknęła przez pokój i zniknęła za drzwiami, na których wiszą rzeczy. Wychyliła się zza nich po chwili i przeprosiła: „dojem tylko obiad i położę dzieciaki do łóżek”.
Wili, mąż Agnieszki, zaproponował herbatę. Bo – jak stwierdził – „przy herbacie najlepiej się rozmawia”. – Zielona czy czarna? – zapytał, idąc do kuchni.
HERBATA
„Bajzel”. Połowa lat 80.
Dla większości najgorszy był podobno zapach. Ale dla przychodzącego tam Szpaka (ks. Andrzej Szpak – nazywany też Szpaku), najgorsze było to, że niektórzy stamtąd nie wracali.
Gdzie jest „Bajzel”? Wiedzieli narkomani i milicjanci. Ci pierwsi to jego stali bywalcy. Drudzy wpadali od czasu do czasu, by kogoś zgarnąć.
„Szare, ciemne lata” – mówią ci pierwsi o czasie, który tam spędzili. I którym udało się te lata przeżyć.
Na „Bajzel” przychodzili różni. Ci, którzy tylko chcieli się zorientować, co i jak. Ale też ci, którzy „sportowo ćpali”.
Tych, którzy leżeli na ziemi, Szpaku podnosił. Jak się nie dało, dosiadał się obok. Do tych stojących podchodził i proponował herbatę. Rzadko się zgadzali.
– A niby czemu mielibyśmy mu ufać? Dopuścilibyśmy go raz czy drugi bliżej, to pewnie od razu zacząłby nas nauczać – wspomina dziś jeden z nich.
Ale Szpaku uparty był.
W końcu odpuścili. Powoli, bez przekonania. Pozwalali postać obok. Kupić sobie herbatę.
O czym z nimi rozmawiał? To były ich tajemnice.
Roxy: – Czasami po kilku minutach rozmowy przy gorącej herbacie kreślił znak krzyża nad głową. I mówił, że Bóg nam odpuścił.
– Wyglądał trochę jak diler. Tyle że zachęcał, by wpaść na Mszę – mówi ówczesny bywalec „Bajzlu”.
To tam zrodził się pomysł pielgrzymek do Częstochowy, omówiony później podczas zlotu hipisów, na które ks. Andrzej Szpak też przyjeżdżał. Dla nich oznaczał na początku dwutygodniowy rajd. Tyle że z metą na Jasnej Górze. Dla Szpaka był szansą na to, że oni już na „Bajzel” nie wrócą.
PIELGRZYMI
„Pielgrzymkowe?” – zaczepiam Wilego, wskazując na wiszące na drzwiach torby i kapelusze, kiedy przynosi czarną herbatę dla mnie i zieloną dla siebie i Agnieszki.
– Żartujesz? Nie byłaś chyba nigdy na pielgrzymce? – śmieje się.
– Nie, a co?
– Gdybyś była, nie zadawałabyś takich pytań – mówi. – Poza tym, pielgrzymami jesteśmy zawsze. Nawet teraz. A kiedy pielgrzymka wyrusza, po prostu idziesz. Bez większych przygotowań. Jesteś, jaka jesteś. I taka idziesz.
Pierwszy raz pielgrzymi, którym towarzyszył ks. Andrzej Szpak, wyruszyli w 1979 r., dołączając do grupy akademickiej „Siedemnastka” z Warszawy. Trzy lata później musieli się od niej odłączyć, bo rzekomo wywierali „demoralizujący wpływ na otoczenie”. Postanowili więc, że pójdą sami jako „Ogólnopolska Pielgrzymka Młodzieży Różnych Dróg”.
W czasach komunizmu ich pielgrzymka była uważana za enklawę wolności. Najstarsi jej uczestnicy oburzają się, kiedy nazywa się ją „szpakowską”. Mówią, że sami szli. A Szpaku im towarzyszył. I umiał się wśród nich odnaleźć. Jak na niego reagowali? – Podobno bardzo różnie. Ale nigdy go nie odrzucili. Docenili to, że nie głosił agresywnie wiary. „Autentyczny”, „otwarty”, „słuchający” – tak go określają. I mówią, że dzisiaj mogliby go porównać do papieża Franciszka. Po jakimś czasie zaczęli czerpać z jego obecności. Stał się ich duchowym przewodnikiem. Wielu z nich dzięki niemu się nawróciło.
Ale nie wszyscy potrzebowali nawrócenia. W pierwszej pielgrzymce szło czterdzieści osób, prawie sami hipisi. – Tacy prawdziwi, starzy hipisi. Dzisiaj trudno już takich znaleźć – mówi Roxy. Niecałe dziesięć lat później pod Jasną Górę doszło prawie sześćset osób. Łączyła ich wspólna droga. Różniło – wszystko inne. Szli katolicy, buddyści i krisznowcy. Wierzący, ateiści i agnostycy. Anarchiści i pacyfiści. Narkomani i ci, co narkotyków nigdy nawet nie spróbowali. Tacy, którzy wiedzieli, po co idą, i tacy, którzy szli tylko po to, żeby iść. Młodzi i starzy. Samotni i ciągnący ze sobą przyjaciół.
Rodziny z dziećmi pojawiły się dopiero kilka lat temu. Ks. Andrzej, przyglądając się idącej grupie, miał powiedzieć: „Co z tego dobrego wyniknie? – Może te rodziny”. Dziś na trzystu pielgrzymów, osiemdziesiąt z nich to dzieci.
– Żartujemy, że teraz jesteśmy „Ogólnopolską Pielgrzymką Młodzieży Dróg Rodnych”. Wielu z nas się udało. Mają rodziny – mówi Roxy.
DROGA
Co roku wyruszają z innego miejsca i niosą obraz Jezusa Miłosiernego. Więcej zasad nie ma.
Jeśli pojawiają się zarządzenia, są raczej spontaniczne. „Zmieniam zarządzenie. (...) Mieliśmy iść sześć kilometrów naokoło, ale że poleżeliśmy dłużej, pójdziemy nie przez pola, ale śliczną trasą – jurą, pod górę i tam (...) się zatrzymamy. (...) Weźmiemy wodę święconą i tych wszystkich, takich jeszcze nie nawróconych, nawrócimy. Do reszty” – mówił podczas jednej z pielgrzymek ks. Andrzej (na podstawie filmu „Niebo jest tutaj, właśnie teraz”, realizacja Gabriela Mruszczak).
Zaczynali w Warszawie, potem wyruszali m.in. ze Szczyrku, Wambirzyc, ale też z Brukseli, Amsterdamu czy Paryża.
Jeśli miejsce startu jest za granicą, dojeżdżają tam autobusami. Przechodzą z Jezusem Miłosiernym przez większe miasta, a potem znowu wsiadają do autobusów. Ludzie żegnają się na ich widok, biją brawo. Czasami chyba też nie dowierzają temu, co widzą. Po przekroczeniu polskiej granicy, na Jasną Górę idą już pieszo.
Spotkać ich można tylko na polnych drogach. Bo jak mówią, „chodzenie asfaltem wymaga zdyscyplinowania”.
A tu raczej nie o zdyscyplinowanie chodzi. Bywa, że między tymi, którzy idą na czele pielgrzymki, a tymi, którzy ją zamykają, jest nawet kilkukilometrowa odległość. Ale dzięki temu jest czas na rozmowy. Czasami najważniejsze w życiu.
Co po drodze? Są okazjonalne manifestacje, głównie ekologiczne. Jak na przykład ta sprzed kilkunastu lat w podkrakowskiej Skawinie, kiedy przeszli przez miasto w milczeniu z przewiązanymi na twarzy chustami, protestując przeciwko zanieczyszczaniu powietrza przez lokalną hutę. Jest coroczne Misterium Pokoju upamiętniające rocznicę zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. I dużo audycji w pielgrzymkowej rozgłośni – „Radio Wolny Hipis”, dyskusji – zwłaszcza przy wieczornych ogniskach. Ale najwięcej jest muzyki.
Wili: – Zastanawiałem się kiedyś, co mnie w tych pielgrzymkach tak pociąga.
Jest tego sporo. Spotkania z ludźmi. Długie, ważne rozmowy. Wieczorne adoracje, pełne spontanicznej modlitwy, improwizacji muzycznych i wyczuwalnej przez uczestników obecności Ducha Świętego.
– Podobno pierwsi chrześcijanie wielbili Boga śpiewem i muzyką, improwizując hymny. I tak właśnie wyglądają adoracje na pielgrzymce, które często trwają kilka godzin, aż do późnej nocy. A ludzie, pomimo zmęczenia, nie chcą iść spać – mówi Wili.
Żeby uwielbiać muzyką Boga, wystarczą im dwa słowa: „Jezus” i „Maria”, powtarzane w rytm bębnów i gitar.
Tą muzyką potrafią też czasami przekonać do siebie ludzi, nawet kiedy ci się ich boją. – W niektórych wioskach mówili nam, że lokalni księża przed nami ostrzegali. Żeby uważać, bo idą „kryminaliści, degeneraci, ćpuni” – opowiada mi jeden z hipisów. Ale takie sytuacje należały raczej do wyjątków, bo na sześćset parafii, do których trafili, ponad 95 proc. przyjęło ich gościnnie. „Bez otwartości tych proboszczów by się nie udało” – mówią pielgrzymi.
Do tej pory w trzydziestu pięciu pielgrzymkach wzięło udział ponad stu kleryków.
JEDENASTY RAZ
Msze św. Szpaku odprawia w trakcie pielgrzymki codziennie. Zwykle w którymś z kościołów po drodze. Jeśli akurat takiego nie ma, ołtarz budują z plecaków.
– Jego kazania spalają ludzi na proch – mówi Roxy. – Proboszcz jednego z kościołów, w którym się zatrzymaliśmy, przepłakał pół Mszy. Później powiedział, że jeszcze nigdy nie było w nim tylu osób naraz.
„Stoję tu na boku, jak by ktoś chciał mi coś powiedzieć” – mówi przed Mszą św. ks. Andrzej. Tak spowiada. Msze trwają zwykle około dwóch godzin, są dobrowolne.
Po nich są wieczornice. I czas na ważne tematy, które można wspólnie przegadać.
Bo nie zawsze jest z górki. – Styrany jest tymi hipisami czasami. Na jednej z pielgrzymek wino mszalne mu wypili. Na innej balowali gdzieś do nocy, nie dając mieszkańcom spać – przyznaje Roxy.
 „Czy ci, co całą drogę ćpają, powinni iść z nami?” – zapytał ktoś jednego wieczoru przy ognisku.
Rozpętała się dyskusja. Pojawiło się kilka głosów za tym, żeby te osoby odłączyć, kilka w ich obronie. Dwa głosy uczestnicy dyskusji zapamiętali najlepiej.
Pierwszy: – Może nie za pierwszym razem ani nie za drugim. Może będą potrzebowali kilkunastu, może kilkudziesięciu razy. Ale jeśli jest szansa, że idąc z nami, za którymś razem zostawią swój nałóg, to niech idą.
Drugi: – Chodzę z wami od jedenastu lat. Przez dziesięć stałem z piwem, kiedy wy się modliliście. W tym roku poszedłem na Mszę z wami. I wyspowiadałem się. Pierwszy raz od kilkunastu lat.
Pierwszy był Szpaka, drugi jednego z nich.
„Szuka człowieka, a nie jego win” – mówią o ks. Andrzeju pielgrzymi. Przez trzydzieści pięć lat z pielgrzymek nie wyrzucili nikogo.
– Ks. Andrzej miał świadomość nieprzeciętnego intelektu ludzi, którzy chodzili na pielgrzymki. Także tego, że oni mieli liczne wątpliwości, że ciągle czegoś poszukiwali. Wreszcie że byli poranieni przez życie, a przez to pogubieni moralnie. Wiedział, jak potencjalną przeszkodę zmienić w wyzwanie. Nie kręcił nosem, kiedy przy ognisku zaczynały się dyskusje o liderach anarchistycznych. Nie oburzał się, gdy rozmawiali o Buddzie. Ale z pasją mówił o Jezusie, który będzie ich wszystkich zbawiał – mówi o. Wojciech Jędrzejewski, który wraz z grupą czterech innych dominikanów dołączył do pielgrzymki w 1990 r.
INTENCJA
Szpaku mówił im, że jeśli ktoś idzie od początku z jakąś intencją, to Bóg go wysłucha.
Roxy szedł i myślał o tym, że chciałby już nie ćpać. Udało mu się. Ostatni raz zrobił to tuż przed Jasną Górą. Trzydzieści lat temu.
Wili szukał swojego miejsca w Kościele. Właśnie się nawrócił. Pierwszy raz poszedł na pielgrzymkę na Jasną Górę ze studentami. W drodze powrotnej spotkał na dworcu znajomą, która wracała z pielgrzymki ze Szpakiem. „Myślę, że tam byś się odnalazł” – usłyszał od niej. Za rok poszedł więc z nimi.
To był 2000 r. – rok „Łaski od Pana”. Miał dużą potrzebę odbycia pokuty.
Ktoś zapytał go, w jakiej intencji pielgrzymuje. Odpowiedział, że chce mieć żonę, dzieci. Szczęśliwą rodzinę.
Jego intencją było spotkanie kobiety, która byłaby „tą”. Bał się pomyłki, niewłaściwego rozeznania. Przypomniał sobie słowa z Pisma Świętego: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą”. Pomyślał: „ale ja nie mam czystego serca”. Przyszła jednak kolejna myśl: „Bóg jest miłością”. I jeszcze przywołał w myślach obraz Zwiastowania. – Maryja musiała mieć czyste serce, skoro rozeznała dobrze, że to sam Bóg do niej przyszedł. Powierzyłem więc jej moje rozeznawanie – przyznaje Wili.
Na drugi dzień spotkał Agnieszkę. Cztery lata później, w czasie pielgrzymki, wzięli ślub. Mają dwójkę dzieci.
 „KSIĄDZ”
– Dreptałem przy nim jak młody szczeniak przy dużym psie. Miał duży wpływ na młodych, kształtujących się duchownych. Nigdy nie chciał być naszym wychowawcą, ale nauczył nas tego, jak w prosty i niebanalny sposób głosić Ewangelię – mówi o księdzu Andrzeju dominikanin o. Wojciech Jędrzejewski.
Z hipisami ks. Andrzej spotkał się po raz pierwszy we Wrocławiu, w 1975 r. Przychodził wszędzie tam, gdzie byli: do ich komun, na dworce, uczestniczył w dzikich zlotach. Oni rozmawiali o tym, co dla nich najważniejsze – o narkomanii, samotności. Był obok. Odprawiał podczas każdego spotkania Mszę.
Szpaku gdyby nie był księdzem, byłby hipisem – przyznaje Roxy. – Na początku, kiedy pojawił się na „Bajzlu”, daliśmy mu ksywkę Ksiądz. Ale szybko zmieniliśmy na Szpaku.
***
Salezjanin Andrzej Szpak jest duszpasterzem hipisów i duchowym liderem zespołu Echo Sacrosongu. Obecnie pełni posługę kapłańską w Oświęcimiu. W ubiegłym tygodniu obchodził 70. urodziny.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Anna Goc, fot. Grażyna Makara
Dziennikarka, reporterka, redaktorka działu Kraj „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współpracowniczka Instytutu Dziennikarstwa,...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]