Reklama

Światło i przestrzeń

Światło i przestrzeń

24.06.2019
Czyta się kilka minut
Marta Kardas, dyrektorka BCS: Żyjemy w cyfrowych czasach, a rzeźba to najbardziej analogowa ze sztuk. Bardzo manualna, do tego unikalna i właściwie niepodlegająca reprodukcji. Dlatego obcowanie z nią jest tak kuszące.
Stanisław Horno-Popławski, Beethoven, lata 90. (?) XX w. fot. Magdalena Hałas
Stanisław Horno-Popławski, Beethoven, lata 90. (?) XX w. fot. Magdalena Hałas
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Dlaczego akurat rzeźba jest tak mocno eksponowana w Bydgoskim Centrum Sztuki?

MARTA KARDAS: Postawienie na rzeźbę jest rzeczywiście wyborem nieoczywistym. Choć gdy na patrona wybraliśmy sobie wybitnego, ale wciąż mało znanego rzeźbiarza Stanisława Horno-Popławskiego, sprawa stała się jasna. Udało nam się nawiązać dobry kontakt z rodziną, a także zgromadzić sporą kolekcję jego prac. W świecie sztuki rzeźbę, z drobnymi wyjątkami, zazwyczaj traktuje się po macoszemu. W Bydgoskim Centrum Sztuki lubimy wyzwania, postanowiliśmy więc to zmienić. Co oczywiście nie oznacza, że jesteśmy zamknięci na inne gałęzie sztuki.

Skąd ta marginalna pozycja rzeźbiarstwa?

Bo to trudna dyscyplina, pod wieloma względami bardzo wymagająca. Choćby w kwestii ekspozycji – nie wystarczą gołe ściany, potrzeba wiele miejsca i dobrego oświetlenia. A nawet wtedy trzeba włożyć dużo wysiłku, żeby dla każdego dzieła znaleźć optymalne miejsce. Kilka centymetrów w złą stronę może mieć duże znaczenie.

Centrum dysponuje faktycznie ciekawą przestrzenią – dawnym budynkiem rzeźni.

To miejsce z ciekawą, choć może nie zawsze przyjemną historią. Ale akurat samo Centrum znajduje się w budynkach administracji tego olbrzymiego kompleksu. W miejscu zakładu produkcyjnego mieści się dziś Centrum Handlowe Focus. Dzięki temu znajdujemy się na skrzyżowaniu szlaków komunikacyjnych, co z pewnością ułatwia nam pracę, bo więcej ludzi do nas zagląda.

Skoro jesteśmy przy zwiedzających – rzeźba jest trudniejsza w odbiorze niż inne gatunki sztuki?

Nie, przez trójwymiarowy charakter można z nią wchodzić w różne relacje przestrzenne, dlatego wydaje mi się nawet łatwiej przyswajalna. Zazwyczaj bywa też mniej abstrakcyjna niż choćby współczesne malarstwo, bo operuje na fizycznych konkretach. Każda rzeźba jest wyjątkowa i niepowtarzalna, a to ułatwia budowanie emocjonalnego stosunku, nawet osobom, które nie mają przygotowania teoretycznego czy historycznego.

Wykorzystam okazję, bo nie zdarza się ona często, i zapytam, co słychać we współczesnym świecie rzeźbiarskim.

Po długim okresie stagnacji ostatnie lata można uznać za korzystne dla rzeźby w Polsce. Pojawiło się wielu nowych artystów, a ich dzieła są nie tylko częściej pokazywane w galeriach i muzeach, ale też coraz śmielej wkraczają w przestrzeń publiczną. Tę pozytywną zmianę widać także z perspektywy komercyjnej – pojawiają się aukcje dedykowane wyłącznie rzeźbie, rosną także kwoty, za które są sprzedawane. Bez wątpienia pomagają wielkie nazwiska, jak choćby znana na całym świecie Magdalena Abakanowicz. Polska rzeźba budzi się do życia.

Choć chyba ciągle pokutuje staroświeckie wyobrażenie o kamieniu i brązie.

To prawda, a przecież definicja rzeźby jest już od dekad znacznie szersza i obejmuje także najróżniejsze instalacje wykonane z tworzyw sztucznych, drewna, aluminium czy żywicy akrylowej. Wyobraźnia współczesnych twórców nie ma granic w wykorzystywaniu przestrzeni i materiałów. Dobrze to widać choćby na przykładzie wspomnianej Abakanowicz. W ogóle jej znaczenie dla rozwoju polskiej rzeźby trudno przecenić, także dlatego, że się przebiła i odniosła międzynarodowy sukces. A wcześniej pokutował mit, że artyści zajmujący się tego typu rzeczami skazani są na funkcjonowanie w niszy.

Abakanowicz to już klasyka, ale Bydgoskie Centrum Sztuki wspiera także wielu młodych artystów. Da się znaleźć wspólny mianownik dla nowego pokolenia?

To byłoby karkołomne i nazbyt upraszczające. Natomiast nieustannie zadziwia mnie ich kreatywność, przede wszystkim w doborze materiałów – dla nich już naprawdę nie ma granic, potrafią wykorzystać wszystko.

Jak choćby Tomasz Górnicki i jego partyzancka sztuka uprawiana w przestrzeni publicznej.

Jego prace, na które wybiera nietypowe miejsca, na przykład olbrzymie wnęki w tunelu na trasie W-Z w Warszawie, w ciekawy sposób grają z konwencją rzeźby jako sztuki trwałej i monumentalnej. A usłyszeliśmy o nim przypadkiem – przeczytaliśmy w internecie o jego akcjach w przestrzeni miejskiej i postanowiliśmy nawiązać współpracę przy otwarciu Centrum. Wtedy pokazywał swoją „Pchłę”, rzeźbę faktycznie w kształcie tytułowego insekta, ale wykonaną ze stali, do tego o wymiarach przekraczających dwa metry. Chylę czoła przed jego talentem. To artysta bardzo osobny i zdeterminowany do działania. Ostatnio współpracował z Nergalem, jego rzeźby pojawiły się na wystawie towarzyszącej premierze nowego albumu zespołu Behemoth. Wystawę „Thou art darkest” pokazano w Berlinie, Londynie, Nowym Jorku i Los Angeles. Po pierwszych sukcesach do Centrum zaczęło zgłaszać się dużo młodych artystów. Wzbudziliśmy ferment, co mnie bardzo cieszy.

Niemniej młodzi artyści wciąż rzadko decydują się na rzeźbę.

Bo to trudna sztuka – a przynajmniej takie pokutuje wyobrażenie. Może dlatego, że wymaga dużych nakładów pracy, ale też perfekcyjnego opanowania rzemiosła. Bo przecież bez podstawowego warsztatu i umiejętności obróbki materiału nic się nie da zrobić. No i oczywiście kwestia finansowa – inne dyscypliny sztuki wciąż kuszą lepszymi perspektywami, choć to akurat bywa złudne. Do tego dochodzi aspekt, o którym rzadko się myśli – materiały rzeźbiarskie są zazwyczaj bardzo drogie, co szczególnie w przypadku młodych artystów nie jest bez znaczenia.

Odwróćmy pytanie – co skusiło tych, którzy jednak się zdecydowali na rzeźbę?

Żyjemy w coraz bardziej cyfrowych czasach, a rzeźba to chyba najbardziej analogowa ze sztuk, bardzo manualna, do tego unikalna i właściwie niepodlegająca reprodukcji. Można ją oczywiście sfotografować, ale to nigdy nie będzie ten sam efekt, co doświadczenie przestrzenne na żywo. Nawet jeśli robi się odlewy – nigdy nie ma dwóch identycznych. Obcowanie z czymś niepowtarzalnym jest bardzo kuszące.

To ciekawe, że w takim razie zdecydowaliście się wprowadzić w Centrum elementy wirtualnej rzeczywistości – stałym punktem wystawy jest spacer po świecie Horno-Popławskiego, a jeszcze niedawno można było zanurzyć się w obrazach Beksińskiego.

Ale to wprost wynika z idei rzeźby, której istotą jest właśnie trójwymiarowość. Dlatego gdy tylko trafiliśmy na projekt VR bazujący na sztuce Beksińskiego, autorstwa krakowskiego studia 11th Dimension, od razu zapragnęliśmy go mieć u siebie. Potem narodził się pomysł stworzenia czegoś podobnego na bazie dzieł i biografii Horno-Popławskiego. To był strzał w dziesiątkę, bo powstało idealne wprowadzenie w postać naszego patrona – w 10 minut można zobaczyć i usłyszeć naprawdę sporo, do tego w bardzo atrakcyjnej formie. Dzieciaki ustawiają się w długich kolejkach do naszych stanowisk z okularami VR. Obawiam się, że gdybyśmy próbowali opowiedzieć o nim w bardziej klasyczny sposób, entuzjazm byłby mniejszy. A przy okazji możemy zburzyć mit, że galeria to nudne miejsce, gdzie tylko wiszą zakurzone obrazy.

Wyłania się z tego wszystkiego mocno nieoczywista koncepcja instytucji kultury.

Staramy się promować sztukę na najróżniejsze sposoby – tylko tyle albo aż tyle. Tworząc Centrum, chcieliśmy dać Bydgoszczy jak najwięcej od siebie, uzupełnić istniejącą już mapę instytucji kulturalnych o miejsce, gdzie mogą debiutować młodzi artyści, ale pokazujemy też artystów już docenionych. Oczywiście nie ma mowy o konkurencji – chodzi raczej o poszerzanie już istniejącej oferty. Nie zamykamy się też na żadną możliwość – naszą pasją jest rzeźba, ale w naszych przestrzeniach goszczą najróżniejsi artyści.

A kontekst lokalny?

Bydgoszcz wspaniale się rozwija, wychodzi z cienia, pozbywa się kompleksów. To miasto z olbrzymim potencjałem, który z roku na rok coraz lepiej udaje się wykorzystywać. Dlatego obok promowania sztuki dbamy także o lokalną społeczność. Między wystawami organizujemy warsztaty, spotkania, wykłady – chcemy, żeby to miejsce żyło cały czas.

Centrum to także dom aukcyjny, który specjalizuje się w sprzedaży rzeźb. Jak wygląda ten rynek?

Popyt na sztukę – w tym na rzeźby – cały czas rośnie, co nas ogromnie cieszy.

Kto kupuje?

Być może kolekcjonerzy, którym skończyło się miejsce na ścianach. Ale tak serio – wielu naszych klientów dopiero zaczyna przygodę z rzeźbą. Na pierwszą aukcję trafiają często trochę przypadkiem, ale po pierwszym zakupie apetyt rośnie. Jak się raz złapie kolekcjonerskiego bakcyla, to trudno się go pozbyć. Większość kupuje z prawdziwej pasji, rzadko pojawiają się spekulanci, a przecież traktowanie sztuki jako lokaty kapitału stało się ostatnio bardzo modne. Nie mam nic przeciwko takim strategiom, ale wolę jednak na co dzień obcować z pełnymi pasji amatorami niż chłodno kalkulującymi marszandami. Rzeźba staje się popularna, ale to chyba nie jest mieszczańska moda, tylko coś głębszego. Ludzie – od pewnego poziomu zamożności – czują potrzebę posiadania rzeczy unikatowych, niepowtarzalnych. I chyba nie chodzi o snobizm, ale właśnie wyjście poza ramy prostej konsumpcji.

O jakich kwotach mówimy?

Ostatnio licytowaliśmy „Piotra i Pawła” Magdaleny Abakanowicz, które poszły za ponad milion złotych.

A prace początkujących rzeźbiarzy?

Na naszych aukcjach dedykowanych wyłącznie młodym rzeźbiarzom – a takie wydarzenie zorganizowaliśmy jako pierwsi w Polsce – mamy stałą cenę wywoławczą, która wynosi 2400 złotych. Czasem sprzedajemy za tyle, czasem licytacja dochodzi do 8 tysięcy. Cenę wyjściową ustaliliśmy przede wszystkim tak, aby nie była krzywdząca dla artysty, bo jak wspominałam – same materiały bywają bardzo drogie.

Przeglądając katalogi wystaw i aukcji, zauważyłem ciekawą kwestię genderową – w młodym rzeźbiarstwie znacząco dominują kobiety. Ma Pani teorię, dlaczego?

Też mnie to ciekawi. Mam roboczą hipotezę, którą zbudowałam na podstawie współpracy z uczennicami Abakanowicz – być może chodzi o wytrwałość, która w rzeźbiarstwie jest kluczowa? Wszystkie artystki, które spotkałam na zawodowej drodze, to twarde zawodniczki, nie boją się niczego, nawet spawania aluminium. A proszę mi wierzyć, aluminium nie jest łatwo zespawać. ©℗

FOT. ARCHIWUM PRYWATNE
FOT. ARCHIWUM PRYWATNE

MARTA KARDAS (ur. 1989) jest dyrektorką Bydgoskiego Centrum Sztuki, producentką ponad 20 wystaw, koordynatorką czterech aukcji rzeźby w bydgoskim oddziale Sopockiego Domu Aukcyjnego.


Do 31 sierpnia w Bydgoskim Centrum Sztuki przy ul. Jagiellońskiej 47 można oglądać wystawę „Powroty. Szwajcarska kolekcja Zbigniewa Mikulskiego” pod kuratelą Bogusława Deptuły. Zbiór ponad 80 dzieł sztuki polskiego filatelisty powrócił do Polski i po raz pierwszy od lat został udostępniony szerokiej publiczności. Wśród eksponatów można podziwiać dzieła uważane przez lata za zaginione, jak „Przekupka” Wacława Szymanowskiego czy „Wiejski skryba” Włodzimierza Tetmajera. W kolekcji Mikulskiego znalazł się również obraz Stanisława Witkiewicza „Ułani/Odwrót spod Moskwy” – dzieło stworzone na specjalne życzenie wieloletniej przyjaciółki artysty, Heleny Modrzejewskiej. Wszystkie trzy wspominane obrazy nie były dotychczas dostępne dla polskiego widza, ostatni raz prezentowano je w 1944 r. w The Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku. Na wystawie można zobaczyć także dzieła Jana Matejki, Wojciecha Kossaka, Józefa Brandta, Artura Grottgera, Witkacego, Wlastimila Hofmana, Meli Muter, Jacka Malczewskiego czy Władysława Skoczylasa. A oprócz tego filatelistyczny biały kruk – największy zachowany fragment arkusza pierwszego polskiego znaczka pocztowego, czyli sześcioblok z parką znaczka „Polska nr 1” z 1862 roku.

Więcej informacji na www.bcs.bydgoszcz.pl


Stanisław Horno-Popławski, Beethoven, lata 90. (?) XX w. fot. Magdalena Hałas
Stanisław Horno-Popławski, Beethoven, lata 90. (?) XX w. fot. Magdalena Hałas

Dodatek specjalny: Bydgoskie Centrum Sztuki

Redakcja: Michał Sowiński  
Typografia: Marta Bogucka, Andrzej Leśniak, Artur Strzelecki  
Fotoedycja: Grażyna Makara, Edward Augustyn
Korekta:  Sylwia Frołow, Grzegorz Bogdał, Maciej Szklarczyk

Na okładce: Stanisław Horno-Popławski, Beethoven, lata 90. (?) XX w.
Fot. Magdalena Hałas

Galeria zdjęć
  • FOT. ARCHIWUM PRYWATNE

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]