Suzanne Vega, „Beauty & Crime"

Czyta się kilka minut

Niewykluczone, że podstawowy sekret muzyki Suzanne Vegi szczególnie wyraźnie objawił się dwadzieścia lat temu, w zaśpiewanej a capella piosence "Tom's Dinner". Jeśli z głosem o nieszczególnie szerokiej skali i nie największej mocy potrafiła zdobyć się na coś takiego, to właściwie może zrobić wszystko. Jasne: w pewnych zakresach tego wszystkiego. Dotąd nagrywała przebojowe piosenki i ballady o proweniencji folkowej, komplikowała muzyczną fakturę, śpiewała też do cięższych brzmień. Różnorodny repertuar dobrze prezentował się na żywo, co można sprawdzić na DVD rejestrującym występ w Montreux w 2004 r. ­Właśnie na koncertach słychać, co muzyk naprawdę umie. Suzanne wystarczy głos i akustyczna gitara oraz mały zespół (gitara prowadząca, basówka i perkusja). Niektóre utwory śpiewa tylko z basistą. Olśniewające efekty potwierdzają tezę o potrafieniu wszystkiego.

Znakomicie i wielostronnie potwierdza ją również album najnowszy, zrealizowany w najbogatszej, jak dotąd, aranżacji, użytej funkcjonalnie i z pomysłową zmiennością. Np. partie smyczków (niekiedy może to być tylko króciutkie legato pojedynczych skrzypiec) są po to, by zaskakiwać i kontrastować. Brzmienia zmieniają się parokrotnie w czasie pojedynczej piosenki. Przydałaby się tu zresztą jakaś inna nazwa, bo Suzanne Vega proponuje utwory będące czymś znacznie bardziej złożonym. Śpiewane narracje? Muzyczne monodramy? Linie melodyczne mają niepowtarzalny przebieg, zapewne genetycznie i na pewno ściśle estetycznie związane jest to z głosem wokalistki-kompozytorki. Zaskakujące przejścia i jakby skróty melodii okazują się najwłaściwszym rozwiązaniem w jej sztuce śpiewu. W "Ludlow Street", trenie poświęconym bratu artystki, pojawia się efekt pauzy i czegoś w rodzaju odbudowywania piosenki. Jest to skorelowane z tekstem, będącym kolejną nowojorską opowieścią Suzanne Vegi-poetki. "New York Is A Woman" zaczyna się wstępem dętych jakby z Armii Zbawienia. I zaraz zabawny kontrast, to znaczy balladowy śpiew z dźwięcznymi metalowymi strunami gitary. W "Edith Wharton's Figurines" najpierw cichutko, z drugiego planu słychać akord klawiszy, by tym bardziej przejmująco zabrzmiało wejście głosu i gitary. I za tym głosem się znów idzie, bo ten głos zostaje; w uszach, w środku.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 26/2007