Reklama

Wydanie specjalne TP "Smak wolności"

Graj, módl się i żegnaj

Graj, módl się i żegnaj

05.04.2019
Czyta się kilka minut
Po VIII Festiwalu Prawykonań w Katowicach wiemy już, co „gra w duszach” polskim kompozytorom.
VIII Festiwalu Prawykonań w Katowicach, marzec 2019 r. / NOSPR
VIII Festiwalu Prawykonań w Katowicach, marzec 2019 r. / NOSPR
W

Wiosna śmiało objęła w posiadanie Katowice w ostatni weekend marca, choć zima nie odpuszczała. Po labiryncie grabowym krążyli grający instrumentaliści Orkiestry Muzyki Nowej i słuchacze rozwiązujący nutowe zagadki. W sąsiednim Rondzie Sztuki członkowie tego samego zespołu dołączali swoimi brzmieniami do rytmicznej elektroniki i wizualnego chaosu na mozaikowo rozbitych ekranach. Wreszcie w sali koncertowej i kameralnej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia liczne zespoły gospodarza dały blisko 30 premier podczas ósmej już edycji Festiwalu Prawykonań.

Festiwalu unikatowego, gdyż obywającego się bez kuratora, rady programowej czy określonego profilu estetycznego. O czym więc myślą polscy kompozytorzy, czym się kierują, do czego nas zapraszają? Oto dzieła i odpowiedzi wybrane.

Graj

W opisanej na początku instalacji plenerowej „mYear19” Michał Moc namawia nas do gry i zabawy. Dźwięki miasta i przebiegającej nieopodal Drogowej Trasy Średnicowej mieszały się z gęstwiną motywów odtwarzanych ze stu głośników i granych przez muzyków. Wśród nich kompozytor ukrył osiem motywów, które niczym w słownej „wykreślance” trzeba było wychwycić i oznaczyć na mapie labiryntu. Słuchacze wciągnęli się w to niełatwe zadanie, a sam pomysł przedni, choć zrealizowany w dość konserwatywny sposób, podkreślający rolę pisma nutowego i melodyki. Inni twórcy bawili się tytułem, obsadą czy brzmieniem, jak Mikołaj Majkusiak w „Riff” na orkiestrę smyczkową czy Dariusz Przybylski w „Rigaudon”, koncercie na organy Hammonda i orkiestrę. W tym pierwszym repetycje, kontrapunkt i motoryka złożyły się na drive, który tak lubi zespół AUKSO i jego szef Marek Moś. W drugim kompozytor, sam aktywny organista, wystąpił w partii solowej na specjalnie przestrojonym instrumencie, by zatańczyć w rytm ćwierćtonowych gam i melodyjek rodem z wczesnych gier.

O ile jednak „Riff” zdawał się tylko pokazem naoliwionej maszyny i akademickiego warsztatu – jakich sporo już zdążyłem usłyszeć na Festiwalu Prawykonań – o tyle „Rigaudon” zdradzał ambicje poważniejsze, choćby w tytule i formie nawiązując do barokowego tańca. Wiele epizodów (jak trzeci ritornell z pizzicatami smyczków i stłumionymi trąbkami) wyznaczały poszukiwania kolorystyczne, obecne także w pomysłowej orkiestracji. Przybylski znakomicie przygotował kulminacje i wariacyjnie opracował kuplety, choć opierały się pozornie tylko na niekończących się pasażach i figuracjach. Pewność myśli i ręki znać było także w „Colus” na saksofon sopranowy (brawurowy Bartłomiej Duś) i orkiestrę smyczkową autorstwa Aleksandra Nowaka, niedawnego laureata Paszportu „Polityki”. Solo krążyło po spirali okraszonej mikrotonami i wielodźwiękami na tle statycznego akompaniamentu, potem jednak faktura rozbuchała się w kontrapunktach aż do finalnego zestrojenia. Obu kompozycjom z pokoleniowej oddali patronował obchodzący niedawno 75. urodziny Krzysztof Meyer, który zaimponował przejrzystą, symetryczną budową warstw i motywów swoich orkiestrowych „Zwierciadeł w kwadracie”.

Drąż

Nierzadko zabawy sonorystyczne czy formalne ustępowały miejsca inspiracjom i tekstom wychodzących poza muzykę w stronę świata – wewnętrznego lub zewnętrznego. Grzegorz Pieniek w „To the Other Side” wyszedł od surrealistycznego malarstwa Yves’a Tanguya i jego przedstawień archetypów, które ujął w postaci strzępków muzycznych klisz. Do takich należy zaliczyć oddechy z początku, ostinata harfy i fortepianu czy nokturnalne barwy wibrafonu i czelesty, choć wszystkie one wnet zapadały się w „zbiorową nieświadomość”. Intrygujący utwór, nawet jeśli czasem zbyt fragmentaryczny i meandryczny.

Ze stereotypem obsady zderzył się Sławomir Kupczak w trzyczęściowej „Divie”, wykonanej przez Kwartet Śląski i sopran Agaty Zubel. Osnową był tu tekst, zmyślnie skompilowany przez Pawła Krzaczkowskiego z poradników dla służących i gospodyń wiejskich – szkoda, że nie zawsze czytelnie opracowany. Autor, jakby pod presją ciągle aktualnego tematu przemocy wobec kobiet, ograniczył się w doborze faktur smyczkowych i technik wokalnych, co przełamało ostatni utwór koncertu. Artur Zagajewski (skądinąd brat założyciela punko-folkowej kapeli Hańba!) przy pisaniu „Pieśni konstruktywistycznych” odkrył dla siebie słoweńskiego poetę Srečka Kosovela (1904-26). Nie dziwi, że akurat tego muzyka ujęło zestawienie katastrofizmu z automatyzmem: „Bestii nie można wytresować / Na przyrodę nie ma tresury / Ludzi nie można zmechanizować / W mechanice nie ma kultury”. Na poły skanduje, na poły krzyczy to wszechstronna Zubel, grając jeszcze na perkusji (zresztą zgodnie ze swoim wykształceniem). I robi to niemal do utraty głosu, co w przypadku tej wokalistki-kompozytorki rzadko się zdarza.

Szukaj

W Katowicach można też było doświadczyć poszukiwań bardziej formalnych i nastawionych na sam rozwój materiałowy: brzmienia, harmonii czy elektroniki. Wojciech Ziemowit Zych powrócił do swojego ulubionego medium fortepianu i perkusji w kaligraficznie starannym „Półskrzeniu-półśnieniu” (podtrzymuję moją typologię twórców z artykułu dla „TP” z 2017 r.). Nowiccy z zespołu Kwartludium grają tu na mikrotonowo strojonych rurach wibrafonowych oraz strunach wewnątrz fortepianu. Utwór to studium rezonansu i dudnienia, rzecz bardzo delikatna i uważna. Podobnie, choć jednak inaczej, w „Drgnieniach” Tadeusza Wieleckiego, który po latach dyrektorowania Warszawskiej Jesieni powrócił do intensywnego komponowania. Zderzenia szorstkich i ostrych współbrzmień orkiestry z sapaniem miecha akordeonu trwały zbyt krótko, co przy błyskotliwej instrumentacji (dialogi z rozbudowaną perkusją) pozostawiło spory niedosyt.

Do tej pory na Festiwalu Prawykonań dominowała muzyka akustyczna, tak jakby ta elektroniczna czekała na odbywający się dwa miesiące później wrocławski festiwal Musica Electronica Nova. Tym razem stało się inaczej i spora w tym zasługa właśnie twórców z tego miasta: Paweł Hendrich zaproponował instalację „Gdzieniegdzie”, a Cezary Duchnowski utwór „WELOVELIVE”. W tej pierwszej punktem wyjścia był chaos świata reklam, dostarczający sampli dla warstwy wideo (Tomasz Strojecki), podczas gdy warstwa audio bazowała na interakcji między instrumentami a elektroniką. Nieoczywista, zakrzywiona przestrzeń Ronda Sztuki w zestawieniu z wielokanałowym nagłośnieniem, porozstawianymi muzykami i monitorami, oferowały prawdziwie immersyjne przeżycie.

„WELOVELIVE” otwierała wspomniany, znakomity koncert Kwartetu Śląskiego i Agaty Zubel, ale kluczową rolę odegrały w niej trzy dźwiękowe konstrukcje wynalazcy Pawła Romańczuka (znanego z Małych Instrumentów). Częściowo mechaniczne i sterowane z zewnątrz, częściowo obsługiwane smyczkami lub korbami, opierały się one na kamiennych płytach albo obracającej się osi lub walcu. We wszystkich powtarzała się figura koła, podobnie jak w usadowieniu muzyków, wymieniających się zresztą miejscami, oraz syntetycznych przetworzeniach dźwięku, zaprogramowanych przez Duchnowskiego. Wszystko to złożyło się na spójną interpretację buddyjskiej mandali „Wheel of Emptiness” (znanej z utworu Jonathana Harveya) – czasem tylko dłużącej się i zbytnio przykrywającej elektroniką oryginalne brzmienia mechanizmów Romańczuka.

Módl się

Jeśli utwór Duchnowskiego potraktujemy jako swoistą buddyjską modlitwę krążącą po kole pustki, okaże się, że to tylko jedna z wielu religijnych pozycji tego Festiwalu. Śląski kompozytor senior Ryszard Gabryś przedstawił „Exaudi antico e moderno” na dwa głosy solowe, chór i instrumenty z cytatami z barokowego „Completorium” Gorczyckiego. Z kolei pokolenie młodszy Adrian Konarski dość prostolinijnie przełożył na chór biblijne „Pieśni o miłości”, a Justyna Kowalska-Lasoń po raz kolejny zastosowała chorałowe stylizacje w „Z nich wynika wszystko inne” na fortepian.

Ten zestaw dopełnia Sonia Brauhoff z bardzo solennym „Septem verba...”, orkiestrowym opracowaniem tematu ostatnich zdań Chrystusa na krzyżu. Podobnie jak u Pieńka, sporo tu klisz takich, jak wyraźny podział na melodię i akompaniament, kulminacje budowane przez blachę czy filmowy galop na kotłach, jednak zdają się one użyte bardziej serio. Na tym tle Gabryś okazuje się twórcą zdecydowanie bardziej oryginalnym i synkretycznie używającym różnych stylów, podczas gdy młodsi kojarzą tematykę religijną z jednoznacznie konserwatywnymi środkami. Zdaje się, że muzyka polska wciąż nie odrobiła lekcji z Galiny Ustwolskiej, Horaţiu Rădulescu czy właśnie Harveya, którzy pokazali, jak fascynujące i nowatorskie dźwiękowo postaci może przybrać duchowa refleksja.

Żegnaj

Monumentalny charakter utworu Brauhoff, od dzwonów rurowych w początku po kontrabasy z wielkim bębnem w końcówce, podkreślał pożegnalną wymowę „Siedmiu słów”. Ten wątek nieoczekiwanie zdominował koncert AUKSO Kameralnej Orkiestry Miasta Tychy, rozpoczynający się „Dziewczynką z zapałkami” Przemysława Schellera, zwieńczony „Zaćmieniem czasu” Mikołaja Góreckiego. Oba na różne sposoby przepracowywały temat odejścia: matki kompozytora u pierwszego oraz żony solisty, wiolonczelisty Tomasza Strahla, w drugim.

Górecki junior wypracował styl oparty na motoryce i repetycjach, które słychać było w skrajnych ogniwach klasycznej formy trzyczęściowej (z elementami groteski w finale). W środku zwolnił jednak akcję w śpiewnej kadencji, a dodatkowo zasugerował w partyturze wygaszenie świateł na scenie i skierowanie punktowego reflektora na solistę. Mocne rozwiązanie, które w połączeniu z figlarnym charakterem perkusjonaliów w reszcie utworu i filmową narracją nie do końca mnie przekonało.

Inaczej w „Dziewczynce z zapałkami”, która od początku do końca zwracała uwagę spójnym językiem muzycznym oraz solistycznym ujęciem zespołu, którego członkom Scheller zaoferował sporo swobody. Intrygujące dodanie mikrotonów do dominujących kwart oraz liczne zmiany nacisku smyczka, flażolety i inne efekty artykulacyjne społem służyły melancholijnej ekspresji. Utwór otworzył nas na inny, niemal metafizyczny wymiar wraz z wejściem do gry trojga solowych skrzypiec – rozstawionych naprzeciw siebie na drugim balkonie – i ich wysoko poprowadzoną melodią pełną glissandowych westchnień. Zespół podjął z nimi ożywiony dialog, w tym przez intensywne harmonicznie pasma epizodu meno mosso, a pod koniec wszystko zmierzało do zwodniczego uspokojenia. Krzepiące, że na orkiestrę smyczkową mogą wciąż powstawać tak wciągające i poruszające dzieła oraz że kompozytor Przemysław Scheller umiał opowiedzieć historię osobistej straty niczym ostatnio pisarz Marcin Wicha. Nuty, których nie wyrzuciłem?

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]