Franciszek w cotygodniowych katechezach o małżeństwie jest bardzo konkretny – stara się dawać wręcz podręcznikowe rady. „Jeśli nauczymy się natychmiast przepraszać i obdarzać siebie nawzajem przebaczeniem, to rany będą się zabliźniać, małżeństwo się umocni, a rodzina stanie się domem coraz bardziej solidnym, odpornym na wstrząsy naszej małej i wielkiej niegodziwości”. Gdy zwolnimy się z trudu przepraszania, życie będzie coraz trudniejsze. Przepraszanie nie jest jednak łatwe. Przepraszając, stajemy bezbronni i wrażliwi na zranienia, np. odwetem. Ale i tak chyba trudniej jest przyjmować przeprosiny, niż przepraszać. Dotyczy to zwłaszcza małżonków. Na przeszkodzie pełnemu przyjęciu przeprosin często stają nasze zawiedzione nadzieje. „Co z tego, że mnie przeprosił, przecież się nie zmieni!” – myślimy w duchu.
Dlatego warto przyjmowania przeprosin uczyć się od dzieci. Dziecko rewelacyjnie reaguje, gdy dorosły kuca, przytula go i przeprasza za np. niesprawiedliwe potraktowanie. Następuje wówczas wybuch miłości, a my, dorośli – zawstydzeni sobą – uczymy się, co to znaczy drugiego człowieka przyjmować, po prostu. ©℗
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















