Wrzesień 2024 roku przyniósł największą powódź w historii Kotliny Kłodzkiej. Rzeki wystąpiły z brzegów, zostawiając po sobie przerażające obrazy: zalane domy, zerwane mosty, podwórka pełne gruzu i błota. Woda zabrała wiele, ale pokazała też siłę wspólnoty i przywiązania do miejsca. Ślad po tym wydarzeniu pozostanie – nie tylko w krajobrazie, ale, przede wszystkim, w pamięci osób, które zdecydowały się tam zostać.
Kapitan na statku
– Tu się urodziłem i tu umrę. Jak kapitan na statku – mówi Jan Bajcar, rolnik ze Ścinawki Dolnej. Jego dom stoi zaledwie 10 metrów od rzeki. To nie była pierwsza powódź w jego życiu – przeżył ich już cztery. W 2024 roku znów obserwował przez okno, jak woda podchodzi pod fundamenty.
– Piwnicę zalało po sufit. Ale to wszystko do naprawienia. Ja jak widzę to, co się dzieje w Ukrainie, to bardziej współczuję tamtym ludziom. Płaczę, jak na to patrzę – dodaje.
Zwierzęta udało się uratować – nawet pies sam otworzył sobie ogrodzenie. Najpierw przyjechała rodzina, potem strażacy. – Gdy przychodzi pomoc, to rodzi się takie uczucie, jakby coś z ciebie zeszło – przyznaje.
Zapytany, czemu nie chce się wyprowadzić, odpowiada bez wahania:
– Nie zostawiłbym tego wszystkiego. Gdy widzę spiętrzającą się wodę, nie uciekam.
Sołtyska w środku kataklizmu
W Radochowie nowa sołtyska Agnieszka Rygielska musiała w kilka godzin stać się liderką działań kryzysowych. Organizowała punkty pomocy, wysyłała wolontariuszy, odbierała telefony o trzeciej nad ranem.
– Powódź nauczyła mnie, że dam radę – mówi.
Choć jej własny dom stał w wodzie, najpierw zajmowała się innymi.
– Spisywaliśmy ze strażakami, komu czego brakuje: tutaj wolontariuszy do zbicia tynku, tam środków do dezynfekcji, gdzie indziej dresów. Wspólnota była niesamowita – wspomina.

Dziś, choć pola wciąż zarastają chwastami, a lęk powraca z każdym większym deszczem, mieszkańcy nie wyobrażają sobie życia gdzie indziej.
– Nie wiem, co trzyma tu ludzi. Może widok na góry, zachody słońca…? To, że każdy kogoś zaczepi i zagada? – zastanawia się sołtyska.
Trzecia powódź w życiu
W Trzebieszowicach Paulina Bagińska ratowała dom i Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Lądeckiej, które prowadzi.
– U nas woda sięgnęła pół metra, ale u rodziców metr sześćdziesiąt. Prawie wszystko musieli wyrzucić – opowiada.
To jej trzecia wielka powódź, dobrze pamięta rok 1997 i 2010.
Tym razem fala przyszła nagle, po pęknięciu wału.
– Czułam się jak na Titanicu: tam, gdzie byłam, grała muzyka, a kawałek dalej ludzie byli ewakuowani – wspomina.
Dwa dni nie miała kontaktu z rodziną. Choć tamten czas kosztował ją wiele, nie myśli o wyprowadzce.
– To są piękne tereny, nasza polska Toskania. Czuję tutaj genius loci. Jesteśmy związani nie tylko z własną rodziną, ale też z tymi, którzy byli przed nami – dodaje.
Paulina jest animatorką kultury, reżyserką, aktorką lalkową. W budynku obok domu powstaje sala ze sceną, gdzie Towarzystwo będzie prowadzić działalność teatralną.
– Cała nadzieja dla ludzkości jest w tym, żebyśmy wrócili do lokalnych społeczności, do małych wspólnot – podkreśla.
Ślad po wodzie. Rok po powodzi w Polsce
Takich historii na Dolnym Śląsku są dziesiątki. Zostały spisane przez pracowników Polskiej Akcji Humanitarnej, którzy dotarli z pomocą do blisko 30 tys. poszkodowanych w 101 miejscowościach. Zapewnili nie tylko pomoc rzeczową, ale i psychologiczną. Organizacja w rok po katastrofie nadal udziela długofalowego wsparcia osobom prywatnym i instytucjom.
Pamiątką tych wydarzeń jest wystawa Ślad po wodzie. Rok po powodzi w Polsce, którą do 4 października 2025 r. można oglądać na placu Centralnym (obok Pałacu Kultury i Nauki) w Warszawie. Zapraszamy!

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














