Paweł M., oskarżany o przemoc duchową, fizyczną i seksualną wobec kobiet, został trzy lata temu skazany prawomocnym wyrokiem na karę bezwzględnego pozbawienia wolności za gwałt na zakonnicy – jedyne przestępstwo, które w momencie przedstawiania mu zarzutów nie było przedawnione. Nie jest już ani zakonnikiem, ani księdzem.
Jak ujawnił Szymon Piegza na łamach „Newsweek Polska”, Paweł M. został internetowym coachem, reklamującym swoje usługi w internecie jako „strażak”, który stracił „dom, pracę, przyjaciół, sens, wolność”, a który chce pomóc innym przejść „realną transformację, jakiej on w swoim życiu doświadczył”. Elementami jego terapii mają być m.in. „dotknięcie serca”, „praca z uczuciami” i „wejście we wspólnotę”.
Lata przemocy Pawła M. w zakonie dominikanów
Mój tekst o Pawle M. („Dominikańska recydywa”) ukazał się na portalu „Więź” w marcu 2021 r. Opowiadał historie kobiet skrzywdzonych przez byłego duszpasterza akademickiego z Wrocławia. Historie złamanego życia.
Zaczęło się od duchowego uwiedzenia całej wspólnoty (także mężczyzn, choć wobec nich nie stosował przemocy seksualnej). Potem doszła przemoc „w imię Trójcy Świętej”: bicie, gwałty, manipulacja. Modus operandi duszpasterstwa, które przybrało rysy sekty.
Przez niemal dwadzieścia lat Paweł M. funkcjonował praktycznie bezkarnie. Gdy młode kobiety zwróciły się do zakonu o pomoc, starano się je uciszyć, uznano za ladacznice. Na początku uwierzył im tylko jeden zakonnik, który po latach niezrozumienia odszedł z dominikańskiej wspólnoty. Wobec Pawła M. nie wszczęto postępowania kanonicznego, zadowalając się jedynie „zakazami administracyjnymi”, które po pewnym czasie przestawano egzekwować.
„Pomoc dla ofiar była nieadekwatna” – przyznał po 20 latach prowincjał.
Kto ponosi odpowiedzialność za zakonnika
Dwa lata po tamtej publikacji w sanktuarium na Bachledówce nagrywałam program dla telewizji. Gdy po zakończeniu pracy modliłam się przez chwilę w kościele, podeszła do mnie nieznajoma kobieta. „To pani – powiedziała, wbijając wskazujący palec w moje ramię – pani zniszczyła życie Pawła i jego rodziny”. Pamiętam do dziś to ukłucie.
Wspomnienie wraca teraz, ze zdwojoną siłą, gdy słyszę w internecie głos Pawła M., reklamującego swą pomoc w „odnalezieniu fundamentów życia”. Owszem, pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, była niemal pragmatyczna: skoro nie jest już duchownym, musi z czegoś żyć.
Jeśli wybrał coaching, dobrze, że w internecie. Przynajmniej nikogo nie dotknie. Ale zaraz pojawiła się głębsza refleksja. O fundamentalnym fałszu tej propozycji, odpowiedzialności i braku skruchy.
Gdyby Paweł M. pozostał w zakonie, mógłby do końca życia być pod jego kontrolą, lepszą lub gorszą, ale jednak możliwą. Dziś odpowiedzialność za to, by nikogo nie skrzywdził, spoczywa już tylko na jego najbliższych. Być może także na kobiecie z Bachledówki. To oni muszą zobaczyć, że Paweł M. potrzebuje nie tylko pomocy psychologicznej, ale – mówiąc kolokwialnie – „upilnowania”.
Dlaczego tak trudno dostrzec krzywdę
Internetowe nagranie przywołało też inne wspomnienia. Patrząc na jego twarz, myślałam o Theodorze McCarricku, niegdyś jednym z najpotężniejszych amerykańskich kardynałów, który molestował dziesiątki kleryków, wykorzystał też seksualnie dziecko swoich przyjaciół. Do końca życia nie przyznał się do winy, nie przeprosił. W liście do Jana Pawła II przysięgał przed Bogiem, że jest czysty jak łza. Umarł, negując zniszczenia, których dokonał.
Pamiętam, że po tym spotkaniu w Bachledówce modliłam się za Pawła M., by umiał okazać skruchę, przyznać się do winy, prosić o wybaczenie tych, którym złamał życie. Ale opublikowane w internecie nagranie, w którym mówi o sobie jako o ofierze, raczej świadczy o braku refleksji z jego strony.
Zdecydowanie więcej – i co dzień – modlę się za prawdziwie Skrzywdzonych. O nich zapominamy najczęściej. Pisząc o przestępstwach seksualnego wykorzystania, skupiamy się na winie, karze, dalszym losie oskarżonego. Na systemie, który umożliwia takie krzywdy, i instytucji, która ich przypadki tuszuje. Konieczne jest „nawrócenie na Skrzywdzonych”. Słuchanie ich i przyjmowanie jako tych, którzy potrzebują profesjonalnej opieki i empatii.
Jak pisać i mówić o skrzywdzonych
Ofiarom Pawła M. poświęciłam drugą część mojego dziennikarskiego śledztwa („Dla czystego wszystko jest czyste. Dominikańskie historie prawdziwe”, „Więź”, 20 lipca 2021). Oddałam głos kobietom, które powierzyły mi swoje historie. Ich relacje były szczegółowe i szokujące.
Kilka dni później w „Rzeczpospolitej” ukazał się felieton Roberta Mazurka zatytułowany „Nauka płakania”. Autor zarzucał mi, że zbyt emocjonalnie, jak na profesjonalnego dziennikarza, opisałam sprawę. Stawiał tezę, że w oskarżeniach Pawła M. chodzi tak naprawdę o wyciągnięcie od zakonu odszkodowania przez grupę „roztrzęsionych kobiet”. Bo przecież nie o gwałt. „Prawo karne nie może zakazać dwojgu ludziom współżycia, nawet jeśli jedno jest księdzem, a drugie zakonnicą” – argumentował felietonista.
Gdy w marcu 2023 r. uprawomocnił się wyrok skazujący Pawła M. na trzy lata więzienia, naiwnie czekałam na jakieś „ad vocem” i przyznanie się do błędu.
Niektóre teksty nie starzeją się dobrze. Ja jednak wciąż mam nadzieję, że zestarzeję się w Polsce, w której społeczeństwo będzie bardziej wrażliwe na los osób wykorzystanych seksualnie. Nie tylko w Kościele.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















