Dominikanie: prawda o zakonnych przestępstwach

Dominikanie: prawda o zakonnych przestępstwach

15.09.2021
Czyta się kilka minut
Ukazał się raport komisji badającej przypadek Pawła M. – zakonnika, który przez wiele lat wykorzystywał seksualnie i manipulował osobami będącymi pod jego duszpasterską opieką.
Klasztor Dominikanów. Życie codzienne zakonników. Kraków, listopad 2000 r. / fot. Artur Pawlowski/Reporter
K

Komisję powołał prowincjał dominikanów, ale pracowała ona niezależnie i miała dostęp do zakonnego archiwum. To pierwszy w Polsce przypadek rozliczenia się z własnymi błędami w taki sposób.

Poniżej publikujemy obszerne fragmenty artykułu Sebastiana Dudy, jednego z członków komisji, który ukazuje kulisy jej pracy i komentuje badany przypadek. Całość tekstu wraz z rozmową z przewodniczącym komisji Tomaszem Terlikowskim ukaże się w najbliższym numerze „Tygodnika Powszechnego” - dostępnym od środy 22 września. 

Ze względu na wagę tematu teksty poświęcone przestępstwom seksualnym w Kościele udostępniamy bez opłat w serwisie Po stronie ofiar.

We Wtorek Wielkanocny pojechałem do klasztoru dominikanów przy ul. Freta w Warszawie na pierwsze zebranie komisji do zbadania sprawy Pawła M.; powołał ją tydzień wcześniej o. Paweł Kozacki, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Braci Kaznodziejów. Wiedziałem, że czeka nas niełatwe zadanie. Nie przypuszczałem jednak, że raport z prac komisji ukaże się dopiero 15 września. I że przeżyję jedne z najtrudniejszych miesięcy w moim życiu.

Ujawnione w marcu 2021 r. informacje na temat działalności tego dominikanina wstrząsnęły opinią publiczną. Przed ponad 20 laty, gdy Paweł M. był duszpasterzem akademickim we Wrocławiu, dopuścił się on w ramach prowadzonego przez siebie „kierownictwa duchowego” nadużyć seksualnych względem kilku kobiet. A niedawno pewna zakonnica zgłosiła do prokuratury zawiadomienie o naruszeniu intymności oraz innych krzywdach, których doznała od dominikanina na przestrzeni ostatnich lat.

Pamięć skrzywdzonych

W przeciwieństwie do innych członków komisji, widziałem działalność zakonnika z bliska, choć nigdy nie uczestniczyłem w prowadzonych przez niego duszpasterstwach. Pamiętam jego charyzmę, styl głoszenia kazań i sposób, w jaki się modlił. To doświadczenie pomogło mi zrozumieć zarówno wypaczenia teologiczne, jak i manipulacje duchowe, których się dopuścił.

Wielomiesięczna praca w komisji była doświadczeniem obciążającym psychicznie i duchowo, jestem jednak pewien, że staraliśmy się uważnie, uczciwie, z roztropnością i empatią przyjmować relacje tych, którzy spotkali dominikanina na swojej życiowej drodze. Celem było od początku poznanie świadectw i perspektywy pokrzywdzonych, a nie – jak niektórzy sugerowali – ochrona dobrego imienia zakonu czy Kościoła.

Już przy pierwszej lekturze dokumentów, które zachowały się w tzw. tajnym archiwum prowincjała (chodzi o pokaźny segregator z mnóstwem pisemnych relacji pokrzywdzonych, opinii psychologów i psychiatrów oraz różnych innych materiałów na temat Pawła M.), doznaliśmy szoku. Z coraz większym przejęciem czytałem listy, jakie w 2000 r. ofiary zakonnika wysłały do o. Macieja Zięby, ówczesnego przełożonego generalnego polskich dominikanów.

Na przykład opis seansu tortur, który z inspiracji i pod całkowitą kontrolą Pawła M. odbył się podczas wspólnotowej modlitwy charyzmatycznej. Pewna dziewczyna dostała ok. 800 razów skórzanym dominikańskim pasem na nagie pośladki. Bolesne wybroczyny nie chciały zejść przez kilka tygodni.

Celem tego okropnego rytuału miała być „ekspiacja” za to, że nie chciała pójść za duchowym „rozpoznaniem” dominikanina i wstąpić do Karmelu. A życie konsekrowane było wedle zakonnika jedyną akceptowalną przez Boga formą zadośćuczynienia za kilkanaście aborcji, których dokonała matka bitej dziewczyny.

Inne relacje też były bardzo drastyczne. Paweł M. nieustannie tropił w innych „korzeń nieczystości” – źródło i przyczynę grzechu, który najmocniej miał się wyrażać w seksualnych występkach i traumach. W „charyzmatycznym samorozpoznaniu” uznał, że jako „terapeuta” może pomóc ludziom pozbyć się tego „korzenia”. Skutecznym lekarstwem miała być „modlitwa ciałem”, która ostatecznie oznaczała współżycie intymne z członkiniami duszpasterstwa. One miały złożyć Bogu w „ofierze” własne ciało; zakonnik zaś – swoje kapłaństwo i celibat. Miało to być wejście na „wyższy” stopień życia duchowego.

Do aktów seksualnych dochodziło w ramach modlitwy charyzmatycznej. Dominikanin i krzywdzona przez niego kobieta wzywali Ducha Świętego (także za pomocą „daru języków”, czyli nieartykułowanej glosolalii). Paweł M. twierdził, że dzięki erotycznemu rytuałowi odpokutowane zostaną różnorakie grzechy jego zakonnych współbraci i innych członków duszpasterstwa. Utrzymywał także, że bez takiej „modlitwy” nikt nie dostąpi łaski uleczenia choroby podczas odprawianych przez niego cyklicznie mszy z modlitwą o uzdrowienie.

Opisy powstały w 2000 r. Na niektórych kartach pismo jest ledwo czytelne: atrament wyblakł, ale pamięć skrzywdzonych nie wyblakła. Wkrótce mieliśmy się o tym przekonać, bo zaczęliśmy wysłuchiwać świadków działalności Pawła M. Ostatecznie było to ponad 80 osób; jako pierwsi zeznania składali dominikanie.

Dominikańska bezwola

Szybko stało się dla nas jasne, na czym polegały zaniedbania zakonu. Paweł M. pozostawał w przyjacielskiej relacji z o. Maciejem Ziębą, który od 1998 r. przez 8 lat pełnił urząd prowincjała. Dominikanie cieszyli się sporym prestiżem, szczególnie w kręgach inteligencji. Doceniano ich poziom intelektualny, zaangażowanie w działalność publiczną, zasługi na polu duszpasterstwa. Zięba lubił powtarzać: „Jesteśmy najlepszą prowincją najlepszego zakonu w Kościele” i na takim przekonaniu opierał swoje rządy. Odzywały się w tym echa współczesnej neokalwińskiej teologii sukcesu, rozkwitającej od USA po Koreę Południową. Wedle niej sukces oparty na społecznym prestiżu, skutecznym oddziaływaniu tworzonych przez daną wspólnotę instytucji oraz związanym z tym odpowiednim statusie materialnym należy uznać za znak szczególnego Bożego wybrania.

A w latach 90. Paweł M. mocno przyczyniał się do duszpasterskich sukcesów polskich dominikanów. Na odprawiane przez niego msze i głoszone rekolekcje przychodziły tłumy. Nagrywano kasety z jego kazaniami. Jego siła odsłaniała się zwłaszcza we wspólnotowych modlitwach charyzmatycznych. Sam o. Zięba nie miał do tej duchowości wielkiego przekonania (choć, gdy go wybrano na prowincjała, poprosił Pawła M. o „wyegzorcyzmowanie” biura w klasztorze na Freta), ale wiedział, że przyciąga ona do Kościoła młodych. Pentekostalizm to obok neokalwinizmu jeden z najprężniej rozwijających się nurtów współczesnego chrześcijaństwa.


CZYTAJ TAKŻE

WINA I ODPOWIEDZIALNOŚĆ: Piotr Sikora komentuje raport komisji badającej sprawę Pawła M.


Nic więc dziwnego, że prowincjał długo nie przyjmował krytycznych uwag na temat działalności Pawła M. A od początku 1998 r. był sukcesywnie powiadamiany (robili to także zakonni współbracia) o ekscentrycznych, wielogodzinnych (trwających nawet do 4-5 rano) modlitwach we wrocławskim duszpasterstwie akademickim. Zaniepokojone rodziny oraz znajomi uczestników duszpasterstwa pisali o sekciarskiej mentalności grupy; niektórzy jej członkowie zrywali wszelkie kontakty z ludźmi z zewnątrz. Wiele zaniedbywało studia (aż do ich porzucenia). W klasztornych pomieszczeniach stale pomieszkiwało kilka kobiet, co gorszyło starszych dominikanów, ale co przełożony lekceważył. W głośnych nocnych modlitwach z wrzaskiem wyrzekano się diabła. Odprawiano dziwaczne rytuały, jak palenie na stosie na klasztornym dziedzińcu rzekomo udręczonych przez szatana mebli.

Sekta szybko się rozrastała. Niektórzy postanowili nawet oddać swoje oszczędności na rzecz wymarzonej przez Pawła M. „nowej wspólnoty” (podobnej do francuskiej Wspólnoty Błogosławieństw czy założonej przez francuskiego dominikanina M.D. Philippe’a Wspólnoty św. Jana – dziś wiemy, że w obu tych grupach przez lata dochodziło do nadużyć seksualnych w ramach „kierownictwa duchowego”). O. Zięba był informowany o aktach przemocy fizycznej podczas modlitw oraz o stosowanej przez Pawła M. presji psychicznej i duchowej. Wiedział także najpewniej o nadużyciach, jakich Paweł M. mógł dopuszczać się podczas spowiadania – spowiedzi trwały nawet po kilka godzin; od penitentów wyciągał opowieści o traumach związanych z życiem rodzinnym i seksualnym. Wyznane grzechy zakonnik ujawniał podczas wstawienniczych modlitw wspólnotowych.

Prowincjał nie chciał przyjąć tych faktów do wiadomości. Zezwolił nawet na absurdalny „ewangelizacyjny” wyjazd Pawła M. i kilku członków duszpasterstwa do Chin, bo Paweł M. „rozeznał”, że został powołany do nawrócenia społeczeństwa Państwa Środka na chrześcijaństwo. Do początków roku 2000 Zięba nie ukrócił jego działalności. Być może głównym powodem było to, że był jego stałym spowiednikiem (czego jako przełożony wedle kościelnych zwyczajów i prawa nie powinien się podejmować). Współbraciom krytykującym Pawła M. powtarzał: „Jak mi przyprowadzisz trzy tysiące ludzi na mszę o uzdrowienie, to porozmawiamy”.

Gdy jednak w 1999 r. do klasztoru we Wrocławiu trafił o. Marcin Mogielski, sytuacja uległa zmianie. Zaczęli przychodzić do niego ludzie, którzy w duszpasterstwie Pawła M. doświadczyli psychomanipulacji oraz innych form przemocy. Młody duszpasterz postanowił nakłonić pokrzywdzonych do napisania świadectw, które przekazano o. Ziębie. Prowincjał musiał być mimo wszystko poruszony – w Wielkim Tygodniu 2000 r. odwołał Pawła M. z funkcji duszpasterza akademickiego.

W jednym z listów znalazły się informacje o zmuszaniu do współżycia i wielokrotnym zgwałceniu. Mimo to Zięba nie zdecydował się na zawiadomienie prokuratury ani na wszczęcie wobec Pawła M. postępowania kanonicznego, w którym zebrano by dowody i przesłuchano świadków. Postanowił go „ukarać” (choć, jak wiedzą już studenci prawa, nie można mówić o karach, jeśli nie było procesu) mocą własnego autorytetu. W lipcu 2000 r. wysłał Pawła M. na kilkutygodniową pokutę do klasztoru kamedułów w Krakowie, a następnie na prawie rok do pracy w hospicjum dziecięcym w Lublinie.

Zakonnik dostał też zakaz prowadzenia jakiejkolwiek działalności duszpasterskiej związanej z władzą święceń (m.in. nie mógł spowiadać i odprawiać mszy świętej). Wiemy, że zakaz ten łamał, odprawiając „prywatne” eucharystie i głosząc na nich kazania. I choć „kary” o. Zięby nie były karami, dominikanie aż do 2021 r. powtarzali, że nie można Pawła M. wydalić z kapłaństwa ani z zakonu, bo przecież „nie wolno po raz kolejny karać za to samo”. Pod koniec czerwca 2001 r. nałożona przez Ziębę „kara” przestała zresztą obowiązywać, a Paweł M. dostał zgodę na studia doktoranckie i w następnych latach – aż do obrony rozprawy w 2008 r. – zajmował się mariologią M.D. Philippe’a. Mam wrażenie, że z pomocą myśli tego „seksualnego drapieżcy-mistyka” próbował wytłumaczyć ex post uczynione przez siebie krzywdy.

Pozostała trauma

Przez następne 20 lat przełożeni próbowali sprawować kontrolę nad Pawłem M., wysyłając go np. na badania psychologiczne i krótkotrwałe, raczej nieskuteczne terapie. Zdołał on jednak zebrać w internecie grupę ludzi ślepo wierzących w jego charyzmę. Zakazywano mu spotkań i rozmów na tematy egzystencjalne i teologiczne, co jednak potrafił obejść, używając np. telefonu, komunikatorów internetowych czy CB radia. Skutkowało to następnymi dyscyplinującymi go, a coraz bardziej groteskowymi dekretami. Równocześnie wysyłano go jako kapelana do szpitala psychiatrycznego czy na rekolekcje do sióstr klauzurowych. Rezultatem tych rekolekcji było kolejne wykorzystanie seksualne kobiety w ramach „modlitwy ciałem”...


PO STRONIE OFIAR

O wykorzystywaniu seksualnym nieletnich, o zmowie milczenia i innych grzechach polskiego Kościoła piszemy konsekwentnie od lat. Wybór najważniejszych tekstów „TP” z ostatniego dwudziestolecia na temat, który wstrząsa dziś Polską, w bezpłatnym i aktualizowanym internetowym WYDANIU SPECJALNYM>>>


W „tajnym archiwum” znaleźliśmy rozbieżne opinie psychologiczne i psychiatryczne. Przez 20 lat sporządzono ich kilka, o różnej jakości warsztatowej i o sprzecznych konkluzjach; o większości można wątpić, czy przygotowano je rzetelnie. Ponieważ Pawła M. nie można było wysłuchać, psychologom z komisji pozostała analiza jego wypowiedzi pisanych – m.in. listów do o. Zięby i następnego prowincjała, o. Krzysztofa Popławskiego.

W ciągu miesiecy wysłuchaliśmy kilkudziesięciu świadków i pokrzywdzonych. Opowieści o dawnych krzywdach przeplatały się z wyznaniami o wciąż trwających traumach. Silne emocje często stawały się także naszym udziałem. Widzieliśmy i potwierdzili to psychologowie pracujący w komisji, że świadectwa należy uznać za wiarygodne. Słuchaliśmy ludzi, u których Paweł M. „rozeznał” niegdyś powołanie do życia kapłańskiego i zakonnego. Próbowali temu sprostać. Niektórym się udało, inni po długiej (czasami nawet kilkunastoletniej) męczarni porzucili stan duchowny czy wystąpili ze swoich zgromadzeń. Bywa, że stracili wiarę. Są też tacy, którzy próbują do tej wiary wrócić. Jedni i drudzy pytali mnie, jak mógłbym wytłumaczyć im to, czego duchowo doświadczyli w kontakcie z Pawłem M.

Teologia przemocy

Wiedziałem, że ich udziałem były bardzo intensywne przeżycia religijne. Trudno to pewnie zrozumieć postronnym, którzy nie są w stanie pojąć quasi-mistycznego amoku i tego, jak podczas modlitwy charyzmatycznej mogło dojść do okrutnych pobić i seksualnego zniewolenia. Paweł M. świetnie jednak umiał manipulować wiarą powierzonych sobie ludzi.

Należało przyjąć, że rzeczywistość jest skrajnie zdemonizowana i wszyscy (z nielicznymi wyjątkami, wśród których znajdował się oczywiście Paweł M.) podlegamy władzy diabła. Za to poddaństwo musimy Bogu nieustannie odpłacać. Taka „ekspiacja” może pomóc nie tylko nam, ale i innych obronić przed skutkami ich grzechów (a skutki te nie dotyczyły tylko planu indywidualnego czy lokalnego, skoro okrutne zadośćuczynienia nakładane przez Pawła M. miały np. uchronić Chiny przed wybuchem bomby atomowej).

Nie wiadomo, czy Paweł M. miał kiedykolwiek mistyczną wizję. Uwierzył jednak, że jest prawdziwym „głosem Ducha Świętego” i reprezentantem Boga. Uwierzył nawet, że powinien otrzymać stygmaty, gdyż jego powołaniem jest – jak w przypadku cierpiącego Chrystusa – zbawcze, skuteczne i całkowite cierpienie za innych. Stygmaty się nie pojawiły, ale wina leżała jego zdaniem po stronie tych, w których tkwił ciągle „korzeń nieczystości”. Należało ich zatem odpowiednio ukarać czy „oczyścić”, a przecież tylko on mógł być egzekutorem owej kary i „oczyszczenia”. Takie było źródło przemocy psychicznej, duchowej, a także fizycznej, jaką stosował wobec innych.

Paweł M. dopuścił się ogromnych krzywd w imię wypaczonej wizji chrześcijaństwa. Mógł to robić, bo działał w niewydolnej i chorej strukturze macierzystego zakonu (struktura ta jest zresztą tylko egzemplifikacją perwersji, która dotknęła Kościół katolicki, co z każdym rokiem staje się coraz bardziej widoczne).

Raport Komisji ws. o. Pawła M.

Całość tekstu oraz wywiad z przewodniczącym komisji, Tomaszem Terlikowskim, ukażą się w najbliższym numerze "Tygodnika" - dostępnym od środy 22 września.

Inicjatywa „Zranieni w Kościele” zdecydowała o uruchomieniu programu wsparcia kryzysowego związanego z publikacją raportu. Do niedzieli 26 września codziennie między godziną 19 a 22 pod numerem 800 280 900 dyżurować będą psycho­terapeuci, oferujący wielorakie wsparcie osobom pokrzywdzonym.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Czyli w sumie Paweł M nie jest zwyczajnym, a uduchowionym zboczeńcem, mającym upodobanie w BDSM, nie takim odgrywanym dla zabawy, lecz jak najbardziej na serio w imię wzniosłych celów. Nieźle się w tym klasztorze musieli bawić. Normalnie takie klimaty uprawia się gdzieś na uboczu, z dala od ciekawych oczu i uszu, i dzieje się to za zgodą wszystkich uczestników zabawy, tak bawią się jednak normalni ludzie. Nie wiem dlaczego, ale przypomniała mi się dawno czytana książka "Niedole cnoty" Markiza de Sade czy jakoś tam.

Na dzień dobry jako błędy systemowe uznano koncepcje protestanckie?!!! Czyli neokalwinizm i pentekostalizm. Super, ot katolicyzm w pigułce, "system mamy super, a jak coś szwankuje to wina np. protestantów". Zapewne te finalne "perwersje" też są protestanckie? Jednym zdaniem: "katolicki duchowny zawinił, a powiesili protestantów".

Nie ulega wątpliwości, przynajmniej dla mnie, że ten człowiek, był niewolnikiem szatana.Jest to jednocześnie niezwykle mocny dowód, dla tych, którzy usiłują poszukiwać doznań duchowych, że nie wszystko co duchowe, pochodzi od Boga. W Piśmie, jest tajemniczy zwrot, że szatan może się objawiać, jako Anioł Światłości. Czyni to oczywiście, by siać zamęt i powodować zgorszenie, czego dowodem jest działalność Pawła. M. Nawiedzonych sekciarzy, idących droga podobną do Pawła M. w historii chrześcijaństwa nie brakowało. Dlatego dla mnie dużo ważniejszym jest pytanie, jak było możliwym, że nie poznano się na tym w Zakonie Kaznodziejskim i nie postawiono temu tamy? Właściwie to postawiono, tylko 20 lat później.... To pytanie na przyszłość, bowiem szatan zawsze będzie szukał ludzi, którym zawróci w głowie, pod pozorem Bożej służby.Dlatego czekam na oficjalny raport, mam nadzieję, że tam znajdzie się epikryza całości a nie tylko Pawła M. ponieważ ta ostatnia jest bardzo prosta.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]