W poniedziałkowe przedpołudnie 13 stycznia doszło do czegoś, na co resort finansów nie zdecydował się od pięciu lat: odbyła się aukcja bonów skarbowych. Rentowność, czyli innymi słowy oprocentowanie rządowych papierów dłużnych, wyniosła 5,45 proc. – o tyle więcej inwestorzy dostaną od Skarbu Państwa za 45 tygodni, kiedy rząd będzie musiał je od nich odkupić z ustaloną z góry prowizją.
Czym są bony skarbowe
W przeciwieństwie do obligacji, które może nabyć każdy, bony są ofertą dla większych i wybranych inwestorów. Jeden taki weksel zwykle ma nominał 10 tys. zł, a emitent, czyli państwo, wybiera wśród chętnych, komu je sprzeda. Tym razem było podobnie: sprzedano papiery o wartości nominalnej 4,88 mld zł przy zapotrzebowaniu na poziomie niemal 7,2 mld zł.
Do 2013 roku Polska organizowała takie aukcje systematycznie. Potem ograniczyła je do wyjątkowych okoliczności, gdy budżet potrzebował nagłego zastrzyku kapitału. Ostatnia aukcja polskich bonów skarbowych odbyła się na początku 2020 roku, tuż przed lockdownem, gdy państwo zwierało szyki do obrony przed pandemią i szykowało pakiety pomocowe dla firm. Czy niespodziewany powrót do tej formuły oznacza, że finanse publiczne są w opłakanym stanie?
Jak bardzo zadłużona jest Polska
Niekoniecznie. Wprawdzie zadłużenie Polski jest dziś na rekordowo wysokim poziomie, ale zmiana, jaka zaszła w krajowej polityce fiskalnej w okresie pandemii, nie doprowadziła do krachu. Zadłużamy się po prostu szybciej niż przed lockdownem, a w porównaniu z większością krajów rozwiniętych relacja długu publicznego – czyli wszystkich zobowiązań państwa, wliczając w to długi samorządów – to wciąż mniej niż 60 proc. naszego rocznego produktu krajowego brutto. Przekroczenie tego progu oznaczałoby złamanie konstytucyjnej reguły zadłużeniowej i z automatu zmusiło do radykalnych cięć wydatków. No, chyba że rząd w trosce o słupki poparcia w sondażach zdecydowałby się na ostentacyjne zlekceważenie zapisów polskiej ustawy zasadniczej.
Na razie ten scenariusz jest na szczęście czystą abstrakcją. Wśród krajów UE jesteśmy pod względem skali zadłużenia średniakami i daleko nam do niechlubnego lidera takiego rankingu, czyli Grecji borykającej się z długiem publicznym na poziomie aż 161,9 proc. PKB. W gronie państw, których dług przekroczył 100 proc. PKB, są też Włochy, Francja i Hiszpania; niedawno dołączyła do nich także Portugalia, która desperacko walczy o to, by znów spaść poniżej setki.
Pod koniec grudnia resort finansów podał, że polski dług sektora publicznego w porównaniu z końcówką roku 2023 wzrósł o 170 mld zł i przekroczył 1,49 biliona zł. To, co martwi ekonomistów, to jednak nie sama jego wielkość (nadal rośnie nam PKB i w relacji do niego dług arytmetycznie „stoi w miejscu”), a relatywnie wysoki deficyt budżetowy (czyli różnica między sumą wydatków zaplanowanych na dany rok a szacowanymi wpływami), który przekracza 5 proc.
Rosną też koszty obsługi polskiego zadłużenia, co doskonale widać na przykładzie oprocentowania wspomnianych na początku bonów skarbowych, na które w poniedziałek rząd znalazł chętnych dopiero po zaoferowaniu rentowności rzędu 5,45 proc. Pięć lat wcześniej podobne bony znalazły nabywców przy oprocentowaniu na poziomie 0,5 proc.
Kosztowny wpływ Donalda Trumpa
Oczywiście, pięć lat temu polskie stopy procentowe były bliskie zera i każdy bezpieczny papier dłużny oferujący jakiś zarobek mógł wydawać się atrakcyjny. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego. Tym razem wysoki rachunek za dług Polsce wystawia… Donald Trump.
Zbliżające się zaprzysiężenie 47. prezydenta USA wzmaga na rynkach finansowych niepewność co do dalszej przewidywalności reguł gry w światowej gospodarce. Nawet jeśli obecny prezydent elekt nie zrealizuje buńczucznych zapowiedzi przewrócenia globalnego stołka i nie zacznie wojny handlowej z Chinami i Unią Europejską (uderzyłby w ten sposób w żywotne interesy amerykańskich megafirm i wspierających go miliarderów, z Elonem Muskiem na czele), rynki finansowe wolą zabezpieczyć się przed najgorszymi scenariuszami i żądają za amerykańskie obligacje coraz wyższego oprocentowania.
Już w połowie ubiegłego roku amerykański bank centralny wprowadził dwie obniżki stóp procentowych, które zmniejszyły atrakcyjność lokat dolarowych. W rezultacie rentowność tamtejszych obligacji dziesięcioletnich (w skali minionych 12 miesięcy) wzrosła z około 4,3 do ponad 4,7 proc., a nie jest to bez znaczenia dla większości krajów globu, w tym dla Polski.
Amerykański dług publiczny, denominowany w dolarze, stanowi punkt odniesienia dla kosztów wszelkich tego typu pożyczek. Wzrost kosztów obsługi zadłużenia Waszyngtonu rykoszetem uderzył też w koszt emisji długu w Warszawie. Po co inwestorzy mieliby pożyczać pieniądze Polsce za mniej niż 5 proc. rocznie, skoro niemal tyle samo oferuje im teraz amerykański rząd?
Marzenie inwestorów: dochody kapitałowe bez podatku Belki
Resort finansów będzie więc zapewne szukać innych sposobów na zwiększenie atrakcyjności polskich papierów skarbowych niż dalsze podnoszenie ich rentowności. Część ekonomistów spodziewa się, że mógłby w tym celu nawet znieść podatek od dochodów kapitałowych, zwany potocznie „podatkiem Belki”. Jest tylko jeden problem: przy wysokich stopach procentowych Skarb Państwa rokrocznie inkasuje miliardy złotych. W 2023 roku dochody z podatku Belki wyniosły ponad 9 mld zł, czyli niemal tyle samo, ile wpływy z akcyzy na napoje spirytusowe.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















