Reklama

Rozproszeni

Rozproszeni

16.02.2010
Czyta się kilka minut
Urodził się w polskiej Gdyni w pierwszych miesiącach 1939 r. Pół roku później w tym samym mieście, noszącym już niemiecką nazwę Gotenhafen, "Port Gotów", rozpoczęła się jego przymusowa podróż.
R

Rodzice Benedykta Wietrzykowskiego przybyli do Gdyni w latach 30. z różnych stron kraju. Ojciec, Konrad, pochodził z południowej części Pomorza: z Błądzimia pod Świeciem, na skraju Borów Tucholskich. Nad Bałtyk przyciągnęła go praca w stolarni, produkującej na potrzeby gdyńskiej stoczni. Zamieszkał na kwaterze w dużym czynszowym domu przy ul. Morskiej 263, wzniesionym przez miejscowego Kaszubę.

Do tego samego budynku wprowadziła się późniejsza matka bohatera tej opowieści, która przybyła do Gdyni wraz z licznym rodzeństwem (troje sióstr i dwóch braci) z Krobi w powiecie gostynińskim w Wielkopolsce. Gertruda pracowała w sklepie brata, pod tym samym adresem, na parterze budynku.

Kiedy Konrad i Gertruda pobrali się, bracia panny młodej pomogli im kupić własny sklep. Interesy musiały iść dobrze: jeszcze w 1939 r. małżonkowie kupili kolejny sklep, przy ul. Słupeckiej 17. W tym też roku przyszło na świat ich młodsze dziecko, syn Benedykt.

Milczące miasto

17 września 1939 r. wódz Adolf Hitler przybył z wizytą do miasta, które dwa dni później przemianowano na Gotenhafen. Nie witały go tu radosne tłumy, jak w niemieckim Gdańsku. Miasto było wyludnione. Niemcy zabezpieczyli się przed ewentualnymi niepokojami. Wielu mieszkańców, głównie mężczyzn, aresztowano. Część z nich przepędzono pieszo przez Sopot do Gdańska, gdzie znaleźli się w osławionej katowni Victoria Schule. Inni, w liczbie ok. 5 tys. osób, zostali skoszarowani na miejscu: w szkołach, na placach pod gołym niebem i w innych miejscach. Byli zakładnikami.

Wśród aresztowanych znalazł się także Konrad Wietrzykowski - jednak udało mu się zbiec w czasie marszu. Ukrywał się w pobliskich lasach. Uniknął w ten sposób pobytu w obozie koncentracyjnym Stutthof, a być może i śmierci w Lesie Piaśnickim pod Wejherowem. Po wyjeździe Hitlera doszło bowiem do "selekcji" aresztantów: ci najbardziej zasłużeni dla polskości już nie wrócili do domów.

15 października 1939 r. o godzinie piątej nad ranem pod dom przy ul. Słupeckiej 17 zajechały niemieckie samochody. Gertruda Wietrzykowska z półrocznym synem Benedyktem na ręku i 2,5-letnią córką Haliną zostali załadowani na ciężarówkę Opel Blitz, na której tłoczyło się już kilkadziesiąt osób. W podobny sposób wywieziono wszystkich polskich mieszkańców budynku. W mieście mogli zostać jedynie Polacy zatrudnieni w kluczowych dziedzinach gospodarki (np. wodociągach) i volksdeutsche. Do grupy tej władze okupacyjne zaliczyły Niemców zrzeszonych przed 1939 r. w organizacjach nacjonalistycznych bądź niezrzeszonych, ale wychowujących swe dzieci w kulturze niemieckiej (o ile poręczyli za nich "bezsporni" volksdeutsche).

"Ewakuacja"

Do grupy tej nie zaliczano Kaszubów. Na miejscu mogli zostać jedynie ci z nich, którzy urodzili się na miejscu - w Gdyni lub Orłowie. Kaszubi, osiedleni w mieście już za czasów II Rzeczypospolitej, mieli zostać "rozproszeni" po kaszubskich miasteczkach, takich jak Wejherowo czy Kościerzyna, jeżeli mieli tam krewnych, do których można było ich dokwaterować. Ci, którzy z jakichś powodów na krewnych liczyć nie mogli, mieli być traktowani "tak samo jak Polacy". Rozporządzenia władz okupacyjnych nie czyniły wyjątku dla mieszkańców urodzonych w byłej pruskiej prowincji Prusy Zachodnie: jeśli nie dali wcześniej dowodów swej niemieckości, mieli być traktowani tak jak ci, którzy przybyli do Gdyni z centralnej Polski.

Planowe wysiedlenia gdynian służyć miały polityce "umacniania niemczyzny", sformułowanej przez Hitlera w dekrecie z 7 października 1939 r. Rozwijano ją późnej w innych dokumentach. Do założeń tej polityki należało: sprowadzenie do Rzeszy Niemców mieszkających poza jej granicami, usunięcie grup narodowościowych, które stanowić mogły "zagrożenie dla Rzeszy oraz jej mieszkańców" i stworzenie dla Niemców przestrzeni osadniczej na ziemiach polskich podbitych przez Wehrmacht. Oczywiście Pomorze Gdańskie, wcielone w 1939 r. do Rzeszy, traktowano jako swego rodzaju "ziemie odzyskane".

Wypędzenie Polaków z Gdyni władze niemieckie nazwały eufemistycznie "ewakuacją". Bezpośrednim powodem tej akcji było przekształcenie portu gdyńskiego w największy port wojenny Kriegsmarine, uniemożliwienie miejscowej ludności akcji sabotażowych oraz zwolnienie mieszkań dla ludzi nowej władzy - wojskowych i cywilów oraz tzw. Bałtów, czyli Niemców nadbałtyckich. Dla tych ostatnich, przesiedlanych w ramach umowy niemiecko-sowieckiej, Gdynia miała być miejscem etapowym, w drodze "powrotnej" w głąb Rzeszy.

Sąsiad "zapomniał"

Tamtego październikowego dnia Gertruda Wietrzykowska orientowała się, że jadą na południe. W samochodzie było ciasno i zimno. Podróż trwała już trzeci dzień, nie wiadomo było, jak długo w tych warunkach wytrzymają dzieci. Na postoju w Nakle nad Notecią siostry PCK dały im wodę z mlekiem. Kierowca miał wysadzić wszystkich aresztantów pod Warszawą, a potem wraz ze strażnikami ruszyć do Rzeszy po uzbrojenie. Wietrzykowska dogadała się z nim, że w zamian za złotą biżuterię wysadzi ją w okolicach Poznania.

Pod koniec października dotarła do swych rodziców w Krobii. W okolicach Bożego Narodzenia do rodziny dołączył Konrad, któremu udało się wydostać z Gdyni. W międzyczasie próbował zabezpieczyć część majątku rodziny, powierzając go zaufanemu, jak się zdawało, znajomemu.

Benedykt dorastał w Krobii. Miejscowość nie była bezpieczna. Jednej z polskich rodzin władze zabrały dwójkę dzieci do zniemczenia w Rzeszy. Rodzice bali się o blondynka, osłuchanego z językiem niemieckim. Gdy w okolicy pojawiał się żandarm, chowano go w piwnicy. Wietrzykowscy zamieszkali u Polki, której syn był potrzebny dla okupacyjnej gospodarki. Inni nie mieli tyle szczęścia. Gertruda znalazła pracę w gospodarstwie Niemca Franza Weigla, świeżo tu osiedlonego. Konrad pracował w tartaku u jego córki Hildy.

W Boże Narodzenie 1944 r., na wieść o zbliżającym się froncie, Weiglowie uciekli. Polacy zaczęli powoli odżywać. Otwarto kościół, zamieniony wcześniej na magazyn. Także pozostali "Niemcy zaczęli opuszczać ten teren. Obserwowaliśmy w styczniu, w lutym, tęgi mróz - Niemcy jechali zaprzęgami konnymi, niektórzy szli obok wozów. Każdy koń ciągnął za sobą co najmniej dwa wozy, bo tyle rzeczy zabierali Niemcy ze sobą, tyle nagrabili. Uciekali na zachód, a dzień, dwa za nimi szedł front radziecki, czołgi" - wspominał niedawno Benedykt Wietrzykowski.

15 maja 1945 r., po uciążliwej podróży przez Poznań, "tak jak nasi różni znajomi wyjeżdżali z Gdyni bydlęcymi wagonami, tak myśmy bydlęcymi wagonami wracali do Gdyni". Na miejscu okazało się, że wszystko trzeba zaczynać od nowa. "Zaufany" sąsiad, u którego ojciec zostawił majątek na przechowanie, "zapomniał", że taki fakt miał miejsce. Dochodzenie swych praw okazało się niemożliwe: niedawny volksdeutsch, a teraz członek komunistycznej PPR okazał się nietykalny. Byli i tacy pośród Kaszubów.

Babcia

Opisana wyżej historia jest poniekąd nietypowa. Wysiedlenia dokonywane z Gdyni w październiku i listopadzie 1939 r. określa się mianem "dzikich". Dopiero akcja prowadzona od początku 1940 r. przez niemiecką Centralę Osiedleńczą miała charakter planowy. Objęła także ludność licznych wsi i miasteczek pomorskich. Według szacunków historyków (Włodzimierz Jastrzębski, Jan Sziling) w czasie wojny hitlerowcy wysiedlili z okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie ok. 170 tys. Polaków i Żydów. Przy czym była to zaledwie jedna z form represji i to nie najbardziej dotkliwa, choć położyła się cieniem na życiu wielu ludzi.

Przez obóz przejściowy w dawnej fabryce narzędzi rolniczych w Tczewie na przełomie stycznia i lutego 1940 r. przewinęli się moi dziadkowie, wysiedleni z okolicznych wiosek. Właściwie przyszli dziadkowie, bo poznali się dopiero na robotach w GG, gdzie wzięli ślub. Ich pomorskie gospodarstwa zajęli Niemcy z Besarabii. O wojnie się w domu nie mówiło, ale zawsze była gdzieś w pobliżu. W tle. Rozproszyła rodzinę - od Dachau po Toowoomba w australijskim Queensland.

Kiedy babcia Zofia opuszczała próg własnego domu, choćby na chwilę, zawsze miała w torbie kromkę chleba. "Babciu, po co ci ten chleb?" - pytałem. "Kto ze sobą nosi, nikogo nie prosi" - odpowiadała. Gromadzenie żywności na zapas było jedną z jej obsesji. Po śmierci babci w moje ręce trafiła "Kennkarte": dokument tożsamości, wystawiony przez okupacyjną administrację w świętokrzyskim Jędrzejowie. Dotarło do mnie wówczas, że dla babci wojna skończyła się dużo później niż w 1945 r.

W tekście wykorzystałem fragmenty relacji Benedykta Wietrzykowskiego "Wygnania i powroty" w opracowaniu Barbary Polak, "Biuletyn IPN", nr 5/2004.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]