Reklama

Rozczarowanie i bezsilność

Rozczarowanie i bezsilność

05.06.2007
Czyta się kilka minut
Jak po roku 1989 próbowano osądzić przestępstwa i zbrodnie z czasów PRL? I dlaczego do dziś jest to takie trudne?.
N

Niewątpliwym skandalem jest, że Andrzej Gwiazda, jeden z bohaterów historycznego Sierpnia 1980, współtwórca Porozumień Sierpniowych, będących milowym krokiem do największego cudu XX wieku - choć dopiero po 9 latach ziszczonego: obalenia komunizmu, dziś oskarża innego herosa tamtych czasów Bogdana Borusewicza o to, że organizując strajk w Stoczni Gdańskiej był inspirowany przez komunistyczną bezpiekę. Tak jak skandalem jest, że zaraz potem najbardziej zasłużony dla zdobycia wolności Polski, legendarny przywódca "Solidarności" i symbol naszego kraju na całym świecie Lech Wałęsa strzela nagle jakimiś nieznanymi nikomu nabojami (nie wiadomo więc, ślepymi czy prawdziwymi) do Andrzeja Gwiazdy, naigrywając się z niego, że to on dał się podpuścić bezpiece. I nawet wie, skąd to się wzięło, bo - jak mówi - widział materiały.

Cokolwiek o tych wzajemnych oskarżeniach dawnych politycznych przyjaciół byśmy dziś sądzili, musimy przyznać, że są one możliwe z pewnej oczywistej przyczyny: do dziś nie potrafiliśmy uporać się ze spuścizną pozostawioną przez SB, a zamkniętą w "teczkach". To nimi, niby cyrografami spisanymi rękami esbeków, od czasu do czasu ktoś wymachuje przed naszymi oczami, ktoś gra dla własnych politycznych lub osobistych celów.

Dlatego zarzutów oraz oskarżeń Gwiazdy i Wałęsy nie możemy złożyć jedynie na karb ich osobowości, psychicznych skłonności do przesady, trudnych do pojęcia fobii i nienawiści. Nawet gdyby cechy charakteru grały w tych atakach główną rolę, to są one możliwe jedynie dlatego, że dostęp do archiwów IPN, zawierających materiały po SB, jest wciąż bardzo ograniczony. A postanowienie Trybunału Konstytucyjnego z 11 maja jeszcze bardziej ograniczyło dostęp - do możliwości poznania prawdy. Prawdy prostej: co zawierają materiały SB.

Gorycz przepełnia miarę

"Hańba! Hańba! Hańba!" - krzyczeli wielokrotnie zgromadzeni w salach rozpraw ludzie, kiedy sądy w najgłośniejszych procesach lat 90. z zadziwiającą regularnością ogłaszały wyroki uniewinniające byłych oprawców komunistycznego reżimu. W sprawie pacyfikacji kopalni "Wujek", zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki, śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka, tajnego szyfrogramu gen. Czesława Kiszczaka dającego zgodę na otwarcie ognia z broni palnej do strajkujących górników "Wujka".

Czy można całkowicie bagatelizować te okrzyki? Zmniejszać ich wymowę i znaczenie tylko dlatego, że wznoszono je pod wpływem silnych emocji? Potraktować je z tego powodu jako drobny, niewiele znaczący epizod z udziałem grupki zacietrzewionych odwetowców? Przecież ta spontaniczna reakcja była nie tylko swoistym gestem potępienia tych, którym została powierzona funkcja rzeczników sprawiedliwości, ale też wyrazem oburzenia, że postanowienia uniewinniające są dowodem niesprawiedliwości. Wiecowy w swej postaci protest wyrażał rozczarowanie i bezsilność przeciętnego obywatela, zawiedzionego przez państwo i jego przedstawicieli.

Kiedy pytamy, w jakim stopniu w ciągu tych kilkunastu lat, licząc od momentu uzyskania wolności do dziś, udało nam się rozliczyć z czasami PRL, mocne słowa potępienia i zarazem zawodu z niewielką tylko przesadą oddają sytuację. Bo tak naprawdę w żadnej ważnej kwestii nie potrafiliśmy przeprowadzić skutecznie satysfakcjonującego społeczeństwo, a zarazem uczciwego i sprawiedliwego rozliczenia.

Przy czym nie chodzi o wyrównanie rachunku krzywd. Jestem też daleki od domagania się rozwiązań, które miałyby posmak zemsty. Każda wendetta sprowadza nowe napięcia, i to po obu stronach. Nie tylko wśród tych, których te ciosy mają dotknąć lub na których spadają, ale także u tych, którzy odwetu się domagają bądź go realizują. Wystrzegałbym się kroków, które prowadzą do upokarzania i publicznego piętnowania nawet najbardziej zaprzedanych z powodów ideowych, sprzedajnych, zaślepionych bądź zacietrzewionych stróżów reżimu komunistycznego. A więc rzecz nie w rewanżu wobec komunistycznych elit i zbrojnego ramienia partii, którym były Służba Bezpieczeństwa, generalicja i wyżsi oficerowie Ludowego Wojska Polskiego oraz wojskowe służby specjalne.

Chodzi jedynie o dwa wymiary tego rozliczenia, bez których spełnienia poczucie społecznej sprawiedliwości będzie ciągle niezaspokojone, nawet jeśli od końca panowania komunizmu miną lata.

Ci, którym wiatry nie wieją

Wymiar pierwszy winien być realizowany na salach sądowych w jawnych procesach. Tu powinno dokonać się ukaranie tych funkcjonariuszy komunistycznej bezpieki, którzy dopuścili się zbrodniczych czynów kryminalnych w ramach swoich czynności operacyjnych, mających na celu zneutralizowanie politycznych przeciwników panującego wówczas systemu. Ale także przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości i ludzi z nim związanych - sędziów, prokuratorów, biegłych - którzy chronili funkcjonariuszy, doskonale wiedząc, że są przestępcami: zacierali ślady ich przestępstw bądź niszczyli dowody. Oraz wcale niemałej grupy sędziów i prokuratorów, którzy w latach 50. w majestacie prawa skazywali niewinnych ludzi na wieloletnie więzienia, a niekiedy na karę śmierci. A więc tych, którzy popełnili zbrodnię sądową.

Drugi wymiar winien był polegać na wytworzeniu takich reguł prawnych oraz mechanizmów działania nowej władzy, które nie dopuściłyby do sytuacji, kiedy po obaleniu komunizmu jego elity błyskawicznie zajęły uprzywilejowane miejsca w najważniejszych dziedzinach życia społecznego i państwowego. Jakby nikt nie brał pod uwagę, że przestępstwa, jakich dopuszczali się funkcjonariusze i oficerowie resortów siłowych, miały polityczne błogosławieństwo rządców państwa, i to najwyższego szczebla. Nierzadko też przecież członkowie - jak się je wtedy nazywało - najwyższych władz partyjnych i rządowych, roztaczali parasol ochronny nad wykonawcami ich politycznych zleceń w walce z opozycją. Najbardziej potrzebne to było wówczas, kiedy funkcjonariusze bezpieki zamieniali się w oprawców. W poczuciu bezkarności posuwali się za daleko, przekraczając swoje uprawnienia, w wyniku czego ich "figurant" stawał się ofiarą, która lądowała w szpitalu lub na cmentarzu. Polityczni mocodawcy takich działań prawie nigdy nie zawodzili i udzielali daleko idącej pomocy, która miała wybawić sprawców z tarapatów.

Wreszcie, niezależnie od szybkiego powrotu elit postkomunistycznych do wpływu na najważniejsze sfery życia w państwie, kilkadziesiąt tysięcy ludzi z tzw. aparatu ucisku z okresu PRL, dzięki wysokim rentom i emeryturom płaconym dziś przez polskie państwo - które po 1989 r. przejęło i zachowuje do dziś PRL-owskie przywileje emerytalne dla tych ludzi - nadal jest nagradzanych za wierną służbę komunistycznemu reżimowi. Bo przecież wysokie wynagrodzenia i przywileje emerytalne dla nomenklatury i dla pracowników aparatu terroru nie były adekwatną zapłatą za wykonywaną przez nich pracę, ale "premią" za wierność.

Dzięki temu niedawnym katom i prześladowcom ludzi walczących o wolną Polskę w nowej rzeczywistości powodzi się wielokroć lepiej niż ich ofiarom.

Czy tylko ignorancja?

Do dziś nie udało się dokonać rozliczeń w żadnym z tych wymiarów. I każdy rok oddala od nas takie szanse.

16 grudnia 1981 r. w kopalni "Wujek" zginęło 9 górników zastrzelonych przez funkcjonariuszy specjalnego plutonu ZOMO, a 21 zostało rannych. Co z tego, że oskarżyciel wykazuje, iż zomowcy do protestujących przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego górników strzelali "jak do kaczek", skoro do dziś żadnemu z nich nie spadł włos z głowy. Dwa poprzednie procesy - pierwszy rozpoczął się w 1991 r. i toczył się przez 6 lat - zakończyły się uniewinnieniem bądź umorzeniem. Cała dwudziestkadwójka eks-zomowców siedząca na ławie oskarżonych od pierwszego dnia procesu zaprzeczała, że strzelała do strajkujących. W uzasadnieniu wyroku z pierwszego procesu, wygłoszonym w listopadzie 1997 r., sędzia stwierdziła, że nie można uznać ich winy, bo nie da się ustalić, który zomowiec którego górnika zastrzelił bądź ranił.

W trzecim procesie, rozpoczętym w 2004 r. i właśnie dobiegającym końca, odpowiada przed sądem już tylko 17 byłych zomowców (pięciu choruje). Nie wiemy, czy któryś z nich zostanie ukarany, choć dobrze wiadomo, że w czasie pacyfikacji strajku pełnili rolę plutonu egzekucyjnego. A czy kiedykolwiek staną przed sądem byli prokuratorzy wojskowi z Gliwic, którzy w 1982 r. fałszowali dowody zbrodni plutonu?

Dalej: po raz piąty już sąd próbuje ustalić, jaki był udział jednego z byłych funkcjonariuszy milicji w śmiertelnym pobiciu w maju 1983 r. warszawskiego licealisty Grzegorza Przemyka, syna opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej. Wcześniej jeden z byłych milicjantów Arkadiusz Denkiewicz z komisariatu na warszawskiej Starówce, gdzie zakatowano Przemyka, został skazany na 2 lata za podburzanie do bicia: "Bijcie tak, żeby nie było śladów". Innego funkcjonariusza, wysokiego oficera MO Kazimierza Otłowskiego sąd skazał na półtora roku w zawieszeniu za to, że na początku 1990 r. nakazał zniszczyć akta operacyjne śledztwa z lat 1983-84 w sprawie śmierci Przemyka.

Akta te są dowodem tego, jakie machlojki, prowokacje i fałszerstwa stosowały milicja i prokuratura, aby ukryć winę funkcjonariuszy ze Starówki za śmierć Przemyka i przerzucić ją na pracowników pogotowia. Jakże późno, bo dopiero teraz, po 16 latach od wznowienia śledztwa, przebąkuje się o możliwości postawienia zarzutów kilkunastu osobom, które manipulowały śledztwem w latach 80., zastraszały świadków i ich rodziny, aby prawda o sprawcach zabójstwa Przemyka nie wyszła na jaw. Czy można wierzyć, że winni wielu przestępstw oficerowie SB, a także ich mocodawcy, m.in. byli szefowie MSW Mirosław Milewski i Czesław Kiszczak, poniosą jeszcze karę?

Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku najgłośniejszej zbrodni z czasów PRL: zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki. Z wielkim hukiem w 1992 r. oskarżono o kierowanie porwaniem i zamordowaniem kapelana podziemnej "Solidarności" oraz podżeganiem do tej zbrodni dwóch generałów MSW: byłego wiceministra i szefa SB Władysława Ciastonia oraz Zenona Płatka, byłego dyrektora departamentu IV zajmującego się zwalczaniem Kościoła. Po dwóch latach procesu sąd uniewinnił obu oskarżonych. Najdziwniejsze było to, że ostatnie przemówienie prokuratora było właściwie mową obrończą. Późniejsza próba rozliczenia generałów za tę zbrodnię również zakończyła się fiaskiem.

Wszystkie te procesy, a także szereg innych obserwowałem jako sprawozdawca sądowy. Właściwie wszystkie obnażały kompletny brak znajomości i rozumienia specyfiki działania MSW, jego metod, języka oraz związków łączących świadków z ich niedawnymi przełożonymi bądź podwładnymi. Nie brano w ogóle pod uwagę tego, że działania służb specjalnych podporządkowane są naczelnej regule: sztuce kamuflażu.

Te słabości, zatrącające o nieudolność, widoczne były zarówno u prokuratorów, jak i sędziów. Niezwykle cenną z tego punktu widzenia inicjatywę podjął na początku 1990 r. prokurator Andrzej Witkowski z Lublina, oddelegowany wówczas do prokuratury krajowej. To jemu na początku powierzono prowadzenie nowego śledztwa w sprawie zabójstwa ks. Popiełuszki. Szybko zrozumiał, że powinna powstać specjalna grupa prokuratorsko-policyjna, która będzie ze sobą współpracować na co dzień i wspólnie rozgryzać śledztwa w sprawie przestępstw popełnionych przez funkcjonariuszy SB. Stworzył taki zespół i opowiadał o swojej wizji zbudowania podobnych grup przy prokuratorach wojewódzkich, aby profesjonalnie i skutecznie mogły rozliczać wykryte przestępstwa esbeków w swoim regionie. Żadnej z tych inicjatyw nie udało mu się nawet dobrze rozpocząć: ówczesne kierownictwo prokuratury po niecałym roku odsunęło go od śledztwa w sprawie mordu ks. Popiełuszki i odesłało do Lublina. Powodem było to, że prokurator Witkowski uporczywie szukał związków między zbrodnią na ks. Popiełuszce a byłym szefem MSW gen. Czesławem Kiszczakiem.

Witkowski odszedł, a proponowane przez niego struktury nie powstały.

Ostygłe żelazo

Dziś już można niemal z pewnością powiedzieć, że był krótki okres, kiedy pojawiła się szansa na rozwikłanie wielu najciemniejszych tajemnic MSW i SB.

Pamiętam, jak na przełomie 1989-1990 roku zgłaszali się do mnie byli esbecy i "sprzedawali" mi informacje najróżniejsze, a wśród nich prawdziwe perły. Jak choćby tę, że przed wizją lokalną prokuratora na komisariacie, gdzie pobito śmiertelnie Grzegorza Przemyka, przygotowywano kilkakrotnie tamtejszych milicjantów, gdzie każdy ma stać, kiedy będzie odtwarzana scena z rzekomo słaniającym się na nogach od zażywania narkotyków Przemykiem, i co mają mówić prokuratorowi. Robiono nawet generalną próbę zainscenizowanego przebiegu zdarzenia. To był już wystarczający powód, aby wznowić proces w sprawie Przemyka.

Ale jeszcze cenniejszą wiadomość przyniósł kilka dni później kolejny gość. - Mówił, że w Komendzie Głównej policji chcą spalić akta operacyjne śledztwa w sprawie śmierci Przemyka. Informacja pochodząca od funkcjonariusza milicji dotarła do Krzysztofa Kozłowskiego. Nowy szef MSW chwilę potem był w Komendzie Głównej. Akta ocalały.

W tamtym czasie mogła zrodzić się, nieujęta jeszcze prawem, instytucja świadka koronnego. Bo wielu esbeków było gotowych sypać innych w zamian za puszczenie w niepamięć ich własnych świństw. Zapomniano, że żelazo nie będzie wiecznie gorące. Okres otwarcia się byłych esbeków skończył się w momencie, kiedy nowy prezydent Lech Wałęsa już na przełomie 1990-1991 r. oparł swoją władzę w dużym stopniu na służbach specjalnych, cywilnych i wojskowych.

Starzy esbecy, gotowi prać brudy przeszłości, nagle nabrali wody w usta. Zobaczyli swoich niedawnych kumpli w UOP, który miał zostać zbudowany na gruzach SB. Tymczasem na początku istnienia UOP byli esbecy, którzy przeszli tzw. weryfikację, stanowili blisko 90 proc. funkcjonariuszy nowej instytucji (inna sprawa, że ludzie z niedawnej opozycji nie kwapili się wcale do podjęcia pracy w UOP i MSW). Wojskowe służby pozostały nienaruszone. W obu dokonano tylko niewielkiego makijażu na ich szczytach. Podobnie było w policji, która przejęła prawie całą formację dawnej milicji.

Warto więc się zastanowić, czy słabość, a chwilami bezradność wymiaru sprawiedliwości w procesach byłych esbeków brała się wyłącznie z braku profesjonalizmu. Wiadomo, że najbardziej zindoktrynowane i posłuszne władzy w czasach PRL były dwa resorty: MSW, czyli bezpieka i milicja, oraz wojsko. Tylko o włos mniej przesiąknięty ideologią oraz zrozumieniem intencji władzy był wymiar sprawiedliwości - trzecia władza w państwie: sędziowie i prokuratorzy. Tymczasem z komunistycznego PRL do demokracji prokuratura i sądy przeszły niemal suchą stopą, w niezmienionym kształcie. Kto więc miał robić rzetelne i uczciwe śledztwa przeciwko niedawnym kolegom lub przełożonym?

Jak w późniejszym czasie procentował kompletny brak weryfikacji kadr sędziowskich, ilustruje stosunek tego środowiska do lustracji. Kiedy w 1997 r. uchwalono wreszcie ustawę lustracyjną, wśród sześciu tysięcy czynnych sędziów nie udało się znaleźć 21 (słownie: dwudziestu jeden!) do mającego powstać sądu lustracyjnego. Zamiast ochotników, trzeba było użyć koła ratunkowego, jakim była nominacja służbowa. To pokazuje stan świadomości sędziów "nasiąkniętych peerelem".

Najgłośniejsze procesy wyraźnie pokazują, że nie można zarzucić rządzącym wówczas rezygnacji ze ścigania zbrodni na tle politycznym, a także osób odpowiedzialnych za ich tuszowanie. Rzecz w tym, że nie było ze strony państwa determinacji, aby sprawę doprowadzać do końca. Brak było konsekwencji w tworzeniu nowych struktur, zdolnych do przełamania inercji organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości. Mogły nawet powstać pozory, jakby państwu nie zależało na ukaraniu winnych: było zbyt pobłażliwe dla objawów obstrukcji prowadzonych przez prokuraturę śledztw. Nie próbowało w żaden sposób wpływać na intensywność pracy sądów. Najdrobniejsza próba wytykania sądom opieszałości w tych procesach uruchamiała natychmiast korporacyjne larum o niczym nieuzasadnionych, brutalnych atakach na niezawisłość.

Kadry pod kloszem

Jeszcze gorszy bilans występuje w rozliczeniu w wymiarze politycznym.

Od razu warto zauważyć, że ten wymiar również rzutował na mizerne wyniki w rozliczeniu za konkretne przestępstwa. Troska o to, aby w sposób łagodny przejść do nowego systemu i nie naruszać zbytnio imperium tajnych służb, zanim nie zostaną wprowadzone cywilizowane procedury pozwalające na zmiany, przyniosła niepowetowane straty.

Od sierpnia do końca 1989 r. masowo niszczono dokumenty operacyjne bezpieki pod pretekstem reorganizacji MSW. Kiedy wyszło to na jaw, pod naciskiem Jana Rokity (wtedy szefa nadzwyczajnej komisji sejmowej do zbadania zbrodni MSW w latach 1981-1989), kierujący resortem Czesław Kiszczak wydał zakaz niszczenia jakichkolwiek dokumentów. To polecenie zignorowano i - nie wierzę, że bez jego milczącej aprobaty - nadal palono i mielono tajne materiały. Nowością było to jedynie, że protokoły zniszczeń antydatowano. Nikt nie jest w stanie oszacować, ile i o jakim znaczeniu dla prokuratury i sądów materiałów zniszczono. Ale też nikt nie ma wątpliwości, że zniszczono wiele dowodów przestępstw.

Była jeszcze jedna ważna przeszkoda w dokonaniu rozliczeń. Bo przecież skład kadry resortów kluczowych dla ścigania i osądzania przestępstw został w dużej mierze nienaruszony.

Nie bez znaczenia - choć pozornie to margines życia politycznego - jest także całkowity brak rozliczeń w szkolnictwie, szczególnie wyższym. W ten sposób elity PRL-u - sędziowie, prokuratorzy, politycy wywodzący się z nomenklatury, a więc bez wyjątku o komunistycznej proweniencji, a po części także ludzie zajmujący się edukacją w szkołach czy na wyższych uczelniach (nie wszystkie szkoły wyższe były ostoją dla niepokornych studentów; rzeczywistość była bardziej złożona) - nadal wywierały duży wpływ na to, co się dzieje w kraju.

Pozostawienie bez zasadniczych zmian tzw. resortów siłowych, ale też wymiaru sprawiedliwości przez pierwszy rząd "solidarnościowy" Tadeusza Mazowieckiego zostało dokonane w imię spokoju społecznego, jaki wywiesiła ekipa premiera na sztandarach nowej władzy. Gdyby bowiem, kierując się radykalnymi hasłami, zacząć od rozliczeń, mogłoby dojść do cofnięcia procesu demokratycznego - perswadowano społeczeństwu.

Czyżby górę brał strach przed powtórką z 13 grudnia 1981 r.? Coś z tych obaw było pewnie na rzeczy. Ciekawe tylko, że takich problemów nie mieli ani Czesi, ani Niemcy. W Niemczech całkowicie wolne wybory do parlamentu odbyły się już w marcu 1990 r. W obu tych krajach po wszystkich kluczowych strukturach aparatu państwowego i bezpiece został tylko ugór. I dopiero na tym ugorze zaczęto budować nowe struktury, od podstaw.

Bali się wilka, ale do lasu poszli

Nasze elity pewnie w dużym stopniu ograniczał fakt, że byliśmy pierwsi, którzy wyrwali się z zaklętego kręgu komunizmu. A więc byliśmy w sytuacji, kiedy działamy na poletku doświadczalnym. I nie chcemy ryzykować.

Tadeusza Mazowieckiego, a także jego następcę Jana Krzysztofa Bieleckiego, determinowała forma przejścia od komunizmu do demokracji. Dokonała się, jak wiemy, przy Okrągłym Stole w wyniku zawarcia kompromisu opozycji z władzą.

Wszędzie było pełno nieostrości. Niby rząd nasz, ale MSW i armia ich. Z punktu widzenia psychologicznego nowej ekipie trudno było się przełamać. Tym bardziej że część nowych elit przez lata była w PRL opozycją legalną; niektórzy jej przedstawiciele zasiadali w Sejmie PRL; część przywykła od lat do układania się z nomenklaturą partyjną. Wreszcie niektórzy, przez swoje domy rodzinne, wywodzili się ze środowisk komunistycznych - zanim przeszli drogę do opozycji. Im też niełatwo było przeć do rozliczeń, bo mogły one rykoszetem dotknąć ludzi, którzy trzymali ich na kolanach, gdy byli dziećmi.

W myśleniu pierwszych rządów solidarnościowych dominowała obawa: przed interwencją rosyjską, przed widmem wojny domowej wywołanej zbyt silnym przypieraniem do muru bezpieki, oficerów wojska, tajnych służb wojskowych, służb dyplomatycznych (w większości uwikłanych w silne związki z wywiadem). Wreszcie, przed niedojrzałym społeczeństwem, w którym jest wielu radykałów, awanturników politycznych, których stać na nieodpowiedzialne, a być może nawet barbarzyńskie kroki. Aby uniknąć tych wszystkich zagrożeń, trzeba było dokonywać powolnych przemian i za wszelką cenę unikać konfrontacji. Stąd zgoda na przedłużenie życia tak wielu elementów z poprzedniego systemu, co czyni trafną uwagę, że III Rzeczpospolita jest demokratyczną kontynuacją PRL.

W podobnym duchu prowadził swą politykę Lech Wałęsa, który - jak twierdził - dla dobra Polski zadbał błyskawicznie, aby wzmocnić "lewą nogę" sceny politycznej. Była to jedna z niewielu rzeczy, która mu się udała.

Ale koszta tego płacimy do dziś. Bo lewica postkomunistyczna, dwukrotnie już po 1989 r. rządząca, w jeszcze większym stopniu niż pierwsze rządy "solidarnościowe" stała się głównym hamulcowym rozliczeń z PRL.

W dobrze pojętym własnym interesie.

JERZY JACHOWICZ (ur. 1938) był przed 1989 r. działaczem opozycji demokratycznej. Od maja 1989 r. współzałożyciel i dziennikarz "Gazety Wyborczej", jeden z prekursorów dziennikarstwa śledczego w Polsce. Zajmował się problematyką przestępczości zorganizowanej i jej powiązań z dawnym aparatem bezpieczeństwa PRL; relacjonował szereg procesów związanych ze zbrodniami i przestępstwami z czasów PRL. Na początku lat 90. podjęto próbę zastraszenia Jachowicza: sprawcy do dziś nieznani podpalili jego mieszkanie, w pożarze zginęła żona dziennikarza. Od 2005 r. pracował w tygodniku "Newsweek Polska"; od 2006 r. w "Dzienniku". O losach Jachowicza opowiada film fabularny Tomasza Dudziewicza "Tu stoję..." (1993).

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]