„The Royal Hotel”: po tym filmie mało kto będzie marzył o australijskich wakacjach

Autobus przyjeżdża tu raz na kilka dni, pracodawca zalega z wypłatami, a w basenie można co najwyżej postawić leżaki. No i ci mężczyźni.
Czyta się kilka minut
Jessica Henwick i Julia Garner w filmie „The Royal Hotel” // Materiały prasowe Galapagos Films
Jessica Henwick i Julia Garner w filmie „The Royal Hotel” // Materiały prasowe Galapagos Films

Po tym filmie mało kto będzie marzył o australijskich wakacjach. A już z pewnością nie kobiety i nie w spalonym słońcem interiorze, zwanym Outbackiem, często przywoływanym w tamtejszym kinie i niekoniecznie ukazywanym w dobrym świetle (patrz: „Limbo” Ivana Sena, opisywane w ubiegłym roku na tych łamach). Akcja „The Royal Hotel” dzieje się co prawda w bliżej nieokreślonej współczesności, lecz miejsce akcji dzielą lata świetlne od neonowych barów w Sydney czy klimatów z piosenek Kylie Minogue, reklamowej wizytówki kontynentu. Antywakacyjny film Kitty Green jest wycieczką w alkoholowo-testosteronowy świat przemocy, która bardziej (przynajmniej do pewnego momentu) stawia na swą wiarygodność niż atrakcyjność. 

„To różnice kulturowe” – pocieszają się Hanna i Liv, kanadyjskie studentki, kiedy w ramach programu Work and Travel lądują z plecakami w obskurnym barze pośrodku niczego. Liczyły na wielkie australijskie wakacje, ale przedwcześnie wyczyszczone konto zmusiło je do przyjęcia roboty raczej mało wdzięcznej. Bo przecież obsługiwanie podpitych górników w osadzie, do której autobus przyjeżdża raz na kilka dni, a pracodawca zalega z wypłatami, trudno nazwać spełnieniem egzotycznych marzeń – nawet jeśli gdzieś po drodze mignie kangur. 

Wszystko tu zresztą wydaje się jakieś obce: akcent, poczucie humoru, ruch lewostronny. W basenie można co najwyżej postawić leżaki i nawet gwiazdy wyglądają inaczej. No i ci mężczyźni. Ze swoimi dowcipasami i mało wyszukanymi rozrywkami wcielają najgorsze stereotypy na temat nieokrzesanych Aussies. W knajpie, gdzie przez kilka tygodni dziewczyny będą nalewać piwo i cydr, panuje atmosfera niczym w męskiej szatni. Stąd podwyższona o kilka kresek temperatura filmu – to nie może się dobrze zakończyć.

Green i jej współscenarzysta Oscar Redding unikają domyślnych rozwiązań fabularnych. Pozwalają najpierw rozgościć się na tej niezbyt gościnnej ziemi, w otoczeniu pustki i szorstkich tubylców. Ów pejzaż – suchy, jałowy, bezkresny – jak zwykle w australijskim kinie, odgrywa rolę niebagatelną. Narzuca ograniczenia, brutalizuje relacje, wyraża powszechny tutaj stan umysłu. A wnętrze pubu pod absurdalną nazwą The Royal Hotel zdaje się przedłużeniem zewnętrza.

Można jednak, niczym młode Brytyjki, poprzedniczki Hanny i Liv, zaakceptować panujące tu brutalne reguły i po prostu dobrze się zabawić w towarzystwie miejscowych. Zresztą druga z głównych bohaterek, grana przez Jessicę Henwick, zdecydowanie lepiej się w tym świecie odnajduje, w czym bez wątpienia pomaga jej wszechobecny alkohol. Natomiast znacznie mniej imprezowa Hanna z niepokojem przygląda się rozochoconym, wulgarnym, bezkarnym w swoich zakusach klientom i wkrótce będzie musiała chronić przed nimi nie tylko siebie.

Gra ją amerykańska aktorka Julia Garner, znana z serialu „Ozark” i tytułowej roli w „Asystentce”. Czyli we wcześniejszym filmie Green, klaustrofobicznym portrecie młodej kobiety, wpadającej w tryby patriarchalnej przemocy. To właśnie wyostrzone i czujne spojrzenie Hanny przenika na wskroś „The Royal Hotel”. Każe dostrzegać wszystko, co umyka już uwadze Liv: że w takim świecie szybko zaczyna się normalizować toksyczne zachowania i grać według reguł narzuconych przez męską agresję. Jakże często powraca obraz drzwi, pospiesznie zamykanych od środka i forsowanych przez kogoś. Gdy jeden z nachalnych adoratorów poskramia węża, który wkradł się do dziewczyńskiej sypialni, a następnie zostawia go Hannie na barowej półce, zanurzonego w słoju z alkoholem, trudno o lepszy skrót myślowy. I o bardziej sugestywną zapowiedź kolejnych problematycznych zdarzeń.

Choć przez cały czas jesteśmy świadkami różnego rodzaju naruszeń i z każdą chwilą coś gęstnieje w przegrzanym powietrzu, reżyserka nie nadużywa narzędzi typowych dla tego rodzaju kina. Nie uświadczysz tu spektakularnie narastającej grozy ani podszytych klasizmem czy seksizmem prób zezwierzęcania barowych intruzów. Wszyscy, i mężczyźni, i miejscowe kobiety, są zakładnikami tego przeklętego miejsca i, w przeciwieństwie do kanadyjskich turystek, nie mają większych szans, by się z niego wyrwać. Albo znacząco je odmienić. 

Takim zakładnikiem jest również Billy, przeżarty chciwością i maczyzmem właściciel pubu, zagrany przez Hugo Weavinga, brytyjskiego aktora i ikonę kina australijskiego, niezapomnianego Elronda z „Władcy Pierścieni”. Jego bohater zarabia na degrengoladzie lokalsów, konserwując przy okazji rozmaite patologie. Tym bardziej nie ma czego zazdrościć jego aborygeńskiej żonie Carol (w tej roli pół-Serbka, pół-Aborygenka Ursula Yovich), która bezskutecznie próbuje „cywilizować” panujące obyczaje. Nic więc dziwnego, że zakończenie, jakie obmyślili dla tej historii scenarzyści, a zarazem ich bohaterki, będzie aż tak desperackie.

Za ten gest „The Royal Hotel” bywa krytykowany najbardziej. Że jest zbyt przewidywalny, że nazbyt wydumany i efekciarski na tle całości. Ale przecież Green opowiada historię o próbie przetrwania (co ciekawe, słowo „ocaleniec” nie doczekało się jeszcze feminatywu), w tym zaś przypadku „przeżyć” oznacza „ochronić własne granice”. Opowieść przepełniona mniej lub bardziej drobnymi naruszeniami, acz pozbawiona widowiskowych tąpnięć, przez cały czas trzyma nas w oczekiwaniu, kiedy i skąd nastąpi główne uderzenie. A finał bezpardonowo przekierowuje i rozładowuje tę skumulowaną energię.

Jeśli czegoś filmowi brakuje, to nie tyle prawdopodobieństwa, oryginalności czy narracyjnego szwungu, ile dookreślenia portretów Hanny i Liv. Kim one są? Co za sobą pozostawiły w dalekiej Kanadzie? Czego szukają na antypodach oprócz dobrej zabawy? Dostajemy na ten temat jedynie szczątkowe informacje, bo bardziej niż dynamika relacji między dziewczynami liczy się napięcie pomiędzy nimi a miejscowymi. Pomimo tej psychologicznej szkicowości udaje się zbudować klimat zagrożenia tak dobrze znany przynajmniej połowie populacji, nie tylko australijskiej czy kanadyjskiej. Ta druga połowa dzięki filmowi Green może chociaż przez chwilę poczuć, czym jest ów strach zakodowany w byciu kobietą. I jakkolwiek twórcy nie chcą nas z nim pozostawiać, „The Royal Hotel” traktuje przede wszystkim właśnie o nim.

„THE ROYAL HOTEL” – reż. Kitty Green. Prod. Australia/Wielka Brytania 2023. Dystryb. Galapagos Films. W kinach od 28 czerwca. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Za barem