Tegoroczna, 18. edycja Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego „Boska Komedia”, rozpoczęła się od zapowiadanej i oczekiwanej eksplozji brudnej bomby zdetonowanej przez Florentinę Holzinger. Krakowski festiwal jest jednym z producentów przedstawienia pt. „Rok, w którym nie było lata”, które zdążyło już narobić sporo hałasu.
Trudno się dziwić, bo jest ono zrobione tak, żeby ułatwić pracę redaktorom portali zajmujących się tworzeniem klikbajtów. „Szok! Prawdziwa lesbijska orgia na scenie”. „Nagie aktorki taplają się w kale. Wiemy gdzie!”. „Czy naprawdę podciągano ją na linach zaczepionych o haki wbite w twarz? (zdjęcia)”.
„Rok, w którym nie było lata”: poród i parada jarmarcznych numerów
„Rok, w którym nie było lata” rzeczywiście zaczyna się od sekwencji wzajemnego rozbierania się aktorek (nawet w Wikipedii można już przeczytać, że Holzinger to ta od przedstawień granych przez zespół nagich kobiet) i sceny aktów seksualnych sprawiających wrażenie niemarkowanych. Trwa to długo, a jeśli doliczyć jeszcze pół godziny słuchania nużącej ambientowej muzyki w oczekiwaniu na spóźniony spektakl, to pewnie uzbierałyby się jakieś trzy mgliste kwadranse bez specjalnych wydarzeń.
Za to potem rzecz nabiera tempa. Przedstawienie jest bowiem rewiową paradą numerów, niekiedy wręcz jarmarcznych, granych z rozmachem i bezwstydną szarżą, jak parodia Zygmunta Freuda prezentującego przypadek vagina dentata, czy pojedynek między doktorem Mengele, granym przez niskorosłą aktorkę, i Georgesem Cuvierem, prekursorem rasizmu (w tej roli aktorka ciemnoskóra).
Tym, co większość publiczności rzeczywiście wciska w fotele, jest pokazywana na ekranowych zbliżeniach scena „porodu”, czyli wypruwania szwów z rany na udzie jednej z aktorek i wyciągania z niej małej plastikowej laleczki w kształcie embrionu. Rana jest raną, ale „Zeusowy” poród zamienia się błyskawicznie w show, bo aktorki wołają, że to, co się urodziło, „to musical!”.
I rzeczywiście sporo się tu śpiewa, zderzając znane melodie musicalowe z tekstami dalekimi od cukierkowatej estetyki pierwowzorów, albo wykorzystując emocjonalnie przeładowane przeboje takie jak „Who Wants to Live Forever”.
Jeśli powiem, że ta właśnie piosenka brzmi w finale kończącej przedstawienie sceny zatytułowanej „Wieczność”, w której aktorki taplają się w fontannach sztucznego kału, podczas gdy na górnej platformie do coveru zespołu Queen tańczy łyżwiarka, a z góry pada hollywoodzki sztuczny śnieg, to będzie to chyba celny skrót całości.

Z tego, co słyszałem w festiwalowych kuluarach, wynika, że „Rok, w którym nie było lata” ma swoich miłośników. Zapewne mieć też będzie zajadłych przeciwników, choć tych akurat nie słyszałem. Mnie pozostawił dość obojętnym, a chwilami nawet nudził. Wszystkie te prowokacje i proroctwa nadchodzących potworności słyszałem wiele razy. Lęk przed śmiercią, który artystka chyba właśnie odkryła, też mi nie obcy. No i poczucie humoru nie moje – jakoś żarty fekalne nigdy mnie nie brały, podobnie jak zabawa w stylu Oktoberfest.
Mam świadomość, że każdy element tego przedstawienia może być tematem uczonych analiz i apologii z przypisami zawierającymi wszystkie te nazwiska, które teraz trzeba mieć w przypisach. Podejrzewam, że całkiem spora część publiczności „takie coś” w teatrze widziała po raz pierwszy. Mimo zadzierania prowokacyjnego nosa, mnie się „Rok...” wydał zestawem teatralnych oczywistości.
Chwilami nawet dość sympatycznie przypominał mi jakieś dawne przedstawienia studenckie czy alternatywne. Tylko że na przykład znakomicie prowokacyjni Porywacze Ciał nie mieli bardzo bogatych ciotek, które by im zafundowały wielki zespół produkcyjny i cztery psy-roboty ot, tak – dla zabawnego pokazu.
No i nic nie poradzę, że przez związki z biednym polskim offem nie mogłem się opędzić od myśli, ile można by za budżet tego spektaklu (a choćby i kasę na posprzątanie po nim) zrealizować projektów, o wiele skromniejszych, a dających jednak o wiele więcej do myślenia.
„Was ich vergessen habe”: performatywnie poetycki spektakl
Na przykład takich, jakie tworzy Anna Karasińska. Prezentacji jej przedstawienia „Was ich vergessen habe” („O czym zapomniałam”), z monachijskiego Residentheater, też towarzyszyły oczekiwania wytwarzane przez wcześniejsze prace artystki, która przynajmniej w kręgu względnie stałych a bardzo środowiskowych osób uczestniczących w krakowskim festiwalu cieszy się renomą i zdaje wzbudzać autentyczną ciekawość. Również ją dzieliłem. Monachijskie przedstawienie o zapominaniu i pamięci było dla mnie pierwszym od dawna spotkaniem z tą rozwijaną w instytucjonalnych ramach teatru oryginalną wersją sztuki performatywnej.


„Was ich vergessen habe” to przeciwieństwo rozbuchanego bezwstydnie show Holzinger – ściszone i spowolnione, skromne (choć jak na Karasińską to jest tu prawdziwie bogata „wystawa” – z kilkoma meblami, elektronicznym kominkiem, a nawet dwoma wielkimi, sztucznymi głazami). A przede wszystkim prawdziwie poetyckie, nie tylko językowo, ale właśnie performatywnie.
Odmiennie niż w nagrodzonych trzy lata temu na Boskiej „Łatwych rzeczach”, osobiste i kierowane do publiczności wypowiedzi na zadany temat oraz konceptualna a przewrotna gra sytuacją teatralną ustępują tu serii scen przechodzących jedna w drugą na podobieństwo snu.
Ustępują dosłownie, bo po początkowej serii wypowiedzi aktorskich dotyczących tego, co się pamięta, a co zapomniało, stanowiącej jakby autocytat z dawniejszych projektów Karasińskiej, przedstawienie zaczyna płynąć, a może raczej rozlewać się w zaskakujących kierunkach.
Są w nim momenty surrealistycznego humoru, są też sceny nagłego, zaskakującego piękna, które w niejasny sposób kojarzyło mi się z filmami Felliniego lub Sorentina – gdy nagle zdarza się coś nieuzasadnionego racjonalnie, ale tak doskonale współgrającego z wszystkimi innymi elementami kompozycji, że wydaje się konieczne.
Tak jest w tym przedstawieniu, gdy na scenę niespodziewanie wchodzi ludzki wąż złożony z osób w różnym wieku, o bardzo różnej cielesności. Albo gdy w końcu zapala się elektroniczny kominek, będący trochę jak strzelba Czechowa – oczekiwany, ale i tak zaskakujący.
„Boska Komedia”: za dużo huku, by skupić się na tym, co ważne
Oba przedstawienia pokazane na początku „Boskiej” stanowią bardzo dobre wprowadzenie w problematyczność festiwalu teatralnego jako takiego. Takie „święto” ma wiele oczywistych zalet: pozwala zobaczyć w krótkim czasie i w jednym mieście przedstawienia z różnych powodów (i przez różne osoby) uznane za ważne, oraz wyrobić sobie jakąś opinię na temat tego, jak wygląda teatr danego czasu, kraju czy typu. Spotykają się ludzie znani sobie od dawna oraz właśnie poznawani, co w sferze tak zależnej od kontaktów środowiskowych jak sztuka ma znaczenie nawet większe niż same przedstawienia.
Ponieważ wszyscy chodzą na to samo, wytwarzają się też sympatyczne związki o charakterze klubowym – drobne wspólne przygody, jakaś anegdotyczna sytuacja i już zaczyna się tkać sieć relacji, umacniana przez kilka dni kolejnych spotkań. Przede wszystkim zaś dzieje się dużo i w sposób niecodzienny, więc czujemy się wyróżnieni, elitarni.
Problematyczność festiwalu dotyczy natomiast samych przedstawień, których jedyność i niepowtarzalność jest w jego trakcie paradoksalnie spychana na dalszy plan. Wręcz boleśnie odczułem to w przypadku Karasińskiej, wymagającej skupienia, świeżości, uważności na najwyższym poziomie. Jej propozycja pokazana na koniec długiego i męczącego festiwalowego dnia nie działała, chyba nie miała wręcz szans działać tak, jak mogłaby, gdyby oglądać ją osobno, specjalnie i bez tego całego festiwalowego szumu.
Potrzebne jest wyciszenie, o które trudno na tym teatralnym jarmarku przedświątecznym. Z kolei w przypadku Holzinger, będącej produktem festiwalowym par excellence, mechanizmy „święta” działają niejako odwrotnie, ale też przeciwskutecznie: uwagi zwraca się za dużo, za dużo wokół huku i za wiele oczekiwań, by to, co może wydarzyć się w trakcie przedstawienia, nie zostało już na początku zagłuszone.
Nie ma jednak co narzekać. Festiwal trwa do 15 grudnia i z pewnością wiele jeszcze będzie niespodzianek. A jeśli znajdziecie wśród nich coś, co Wam szerzej otwory oczy, to zawsze można podążyć za tym dalej, już własną, a nie festiwalową ścieżką.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















