Teoretycznie w otoczeniu Wołodymyra Zełenskiego jest wielu wpływowych specjalistów spoglądających na Polskę z sympatią. W rządzie to szef dyplomacji Andrij Sybiha i minister kultury oraz komunikacji strategicznej Mykoła Toczycki. W Biurze Prezydenta, na stanowisku zastępcy szefa – Ihor Żowkwa. Każdy z nich zna lub rozumie w różnym stopniu język polski. Biegle i bez akcentu włada nim Sybiha.
Nie sposób kwestionować ich niezłego rozeznania w sprawach polskich. Cała trójka ma też za sobą karierę dyplomatyczną albo co najmniej zaangażowanie w sprawy międzynarodowe. Żowkwa współtworzył tzw. wektor euroatlantycki ukraińskiej dyplomacji, i to jeszcze w czasach prezydentury Leonida Kuczmy, gdy szefem administracji był Wiktor Medwedczuk, słynny agent wpływu Kremla nad Dnieprem. Sybiha z kolei w latach 2008-2012 był radcą ambasady ukraińskiej w Warszawie, podobnie Toczycki, dla którego kierunek zachodni był zawsze priorytetem. Czy to jako przedstawiciela Ukrainy przy UE, czy jako doradcy w MSZ ds. NATO.
Rujnowanie relacji Kijowa z Warszawą
Trudno zakładać, że ci trzej panowie nie rozumieją konsekwencji, jakie mogą wynikać z rujnowania relacji z Warszawą. Dlaczego zatem w naszych stosunkach jest tak źle? I dlaczego będzie jeszcze gorzej? Jeśli bliżej przyjrzeć się relacjom Warszawa–Kijów, okazuje się, że wymienieni specjaliści wpływ na nie mają ograniczony. Co jednak ważniejsze, z powodu obiektywnych różnic interesów w kwestiach takich jak historia czy gospodarka – jak przekonywał na Forum w Krynicy analityk PISM Daniel Szeligowski – stanem naturalnym jest tu kryzys, a nie karnawał miłości.
Problem pierwszy, brak wpływu fachowców, wynika ze specyficznego systemu władzy, który wytworzyła wojna. To duumwirat, w którym decyzje podejmuje Zełenski do spółki z szefem swego biura Andrijem Jermakiem. Być może nawet ten drugi znaczy nad Dnieprem więcej niż głowa państwa. Tak przynajmniej uważa magazyn „Time”, który w 2024 r. umieścił go w gronie 100 najbardziej wpływowych osób w Europie. Pomijając Zełenskiego.
To Jermak podejmuje decyzje w sprawie Polski, hołdując często sprawdzonej sowieckiej zasadzie bicia po twarzy, aby ustawić partnera w odpowiednim położeniu. Świadczy o tym choćby sprawa zatrzymania na polskim lotnisku boksera Ołeksandra Usyka. Moi rozmówcy przekonują, że w nocy, tuż po tym w sumie drobnym incydencie – Jermak miał wydzwaniać do przedstawicieli polskiego państwa. Nie wystarczył mu konsul. Mało tego: na drugi dzień w ramach eskalacji Andrij Sybiha dostał zlecenie wysłania do Polaków noty z pretensjami, choć sam Usyk już wówczas odpuścił. Nie miał żalu, bo zdawał sobie sprawę, że jego towarzysze zrobili zadymę i na każdym lotnisku na świecie zostaliby potraktowani tak samo. Jermak z kolei, gdyby do podobnego incydentu doszło w USA, najpewniej nie dzwoniłby do Jake’a Sullivana. W jego posowieckiej głowie Polska to jednak trzecia liga.
Atak na Radosława Sikorskiego
Pół biedy, gdyby skończyło się na Usyku. Ale Jermak poczuł krew. Równolegle do incydentu zaczęto spinować wersję, jakoby Radosław Sikorski podczas zakończonego niedawno w Kijowie forum YES wyszedł przed szereg i naruszył tabu dotyczące przyszłości Krymu. Polak mówił o hipotetycznym oddaniu półwyspu pod zarząd ONZ i w przyszłości nie wykluczał tam referendum. Nikt podczas panelu nie zakwestionował tego pomysłu, bo było to spotkanie w formule dopuszczającej pomysły out of the box. Sikorskiego zaatakowano później, bo tak chciał Jermak. Najpierw grillowali go Tatarzy krymscy, że niby kupczy ich przyszłością. Następnie dołączyły oficjalne struktury państwa. Chodziło o to, by z Sikorskiego zrobić chłopca w krótkich spodenkach, przy okazji podtapiając go w wojnie polsko-polskiej.
Niewykluczone, że wzięto na cel Sikorskiego po jego wypowiedzi na temat połączenia rozmów o akcesji Ukrainy do UE z kwestią odblokowania ekshumacji ofiar rzezi wołyńskiej. Oficjalnie szef polskiego MSZ poinformował o tym Ukraińców podczas spotkania z Zełenskim w Kijowie, którego kulisy opisał Witold Jurasz w Onecie. Atmosfera rozmów miała być lodowata: prezydent zarzucał ministrowi, że Wołyń pojawia się na agendzie ze względu na uwarunkowania wewnątrzpolityczne w Polsce. Miał również pretensje o niechęć polskich władz do przekazania pozostałych samolotów MiG-29.
Przemocowy styl w ukraińskiej polityce
Czy można się temu wszystkiemu dziwić? Odpowiedzialny za relacje z Polską i urodzony w 1971 r. Jermak to jednak mentalny postsowiet. Czy też, jak mawia część dyplomatów po stronie polskiej – sowietoliberał. Czyli człowiek, który przeszedł bezpośrednio z komunizmu do nowoczesności, z pominięciem okresu przejściowego. Efektem są specyficzne pozostałości starej szkoły myślenia w postaci nieunikania przemocowego stylu w polityce, jednoosobowego zarządzania, roszczeniowości, zwykłego chamstwa czy też zagrań poniżej pasa.
Syndrom ten nie jest czymś nadzwyczajnym w ukraińskiej polityce. To norma, do której nie możemy się od lat przyzwyczaić, co z kolei powoduje po stronie polskiej niepotrzebną frustrację. Każda nowa ekipa trafia w końcu na swojego Jermaka. I każda zachowuje się tak, jakby to była jakaś nowość.
ZBIGNIEW PARAFIANOWICZ jest dziennikarzem „Dziennika Gazety Prawnej”, stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















