Reklama

Przypadłość

Przypadłość

20.02.2006
Czyta się kilka minut
O lustracji mówiono już tak wiele, że chyba każdy argument o zwodniczości i pułapkach "pełnej lustracji" został już kiedyś wypowiedziany. Cóż z tego, kiedy temat ten odżywa wciąż na nowo, dotykając naszego życia publicznego jakimś dziwnym paroksyzmem. Sprawa "Hejnała" pokazała chyba dobitnie, jak wygląda wyzwolenie przez prawdę ubeckich papierów. Nie wiem, kogo "oczyściła", bo we mnie pozostawiła jedynie niesmak i obrzydzenie. Miała chyba tylko jeden dobry skutek - wrzód raz przecięty nie grozi już wylaniem.
N

Nie wiem, co powoduje, że pojawiają się ludzie gotowi upubliczniać tego typu wiedzę, wykorzystując luki w istniejącym prawie lub je cynicznie łamiąc. Którzy głoszą potrzebę takiej jego zmiany, aby ciemną stronę ludzkiej natury można było pokazywać w świetle jupiterów z imieniem i nazwiskiem konkretnego człowieka. Nie wiem, jak nazywa się ta przypadłość i co ją powoduje, ale jestem pewien, że to ciężka choroba duszy. Bo człowiek ma w sercu tak wiele do zarzucenia samemu sobie, że szukanie wiedzy o cudzych grzechach wydaje się zupełnie niepotrzebne. A potrzeba jej upublicznienia - chorobliwa. Tłumaczy ją oczywiście troska o to, by "grzesznik" nie mógł - przy naszej niewiedzy - kontynuować działalności, ale w przypadku tajnych współpracowników służb reżimu komunistycznego jest to już przecież niemożliwe. Oraz o to, by skryta wiedza nie mogła posłużyć do szantażu - tyle że, w odniesieniu do życia publicznego, dawno załatwiła to już ustawa lustracyjna. Zapewne warto stworzyć możliwości ujawnienia się wszystkim innym, w tym także księżom, dyrektorom banków, rektorom, dziennikarzom, sędziom i nauczycielom. I wszystkim, którzy by tego chcieli. Ale publikowanie list tych, których służby komunistyczne złamały, tłumaczę tylko chęcią odwetu albo dogodzenia własnej pysze, by na tle "słabych" jaśniej zaświeciło światło "niezłomnych". Jedno i drugie - chorobliwe.

Już samo prawo do poznania personaliów osoby, która na mnie donosiła, wydaje się mocno wątpliwe. Nie wiem, na czym się ono opiera, jeżeli działania takie nie prowadziły bezpośrednio do mojej istotnej szkody. A już przekazywanie tej informacji komukolwiek innemu, nie mówiąc o jej upublicznianiu, uważam za bezprawne. Liczyłem, że powołane instytucje dokonają rzetelnego obrachunku z przeszłością: opiszą metody działania służb specjalnych, zdobywania i wykorzystywania zdobytych informacji; zbadają środowiska i instytucje; dadzą obraz tego, jak bardzo (albo jak mało) społeczeństwo było uległe wobec ustroju i jak to się zmieniało w czasie. Jednym słowem - opiszą rzeczywistość. W jedyny sensowny sposób - statystyczny. Chyba jednak wszystkim znacznie ciekawsze wydało się odkrywanie i publikowanie list zdrajców oraz ferowanie publicznych wyroków. Do tego przywołuje się słowa Ewangelii o "prawdzie, która wyzwala". Przynajmniej w Kościele pamiętajmy o innym wezwaniu i o kontekście, w którym zostało wypowiedziane: "Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień".

WACŁAW RECZEK (Kraków)

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]