Przypadłość

O lustracji mówiono już tak wiele, że chyba każdy argument o zwodniczości i pułapkach "pełnej lustracji" został już kiedyś wypowiedziany. Cóż z tego, kiedy temat ten odżywa wciąż na nowo, dotykając naszego życia publicznego jakimś dziwnym paroksyzmem. Sprawa "Hejnała" pokazała chyba dobitnie, jak wygląda wyzwolenie przez prawdę ubeckich papierów. Nie wiem, kogo "oczyściła", bo we mnie pozostawiła jedynie niesmak i obrzydzenie. Miała chyba tylko jeden dobry skutek - wrzód raz przecięty nie grozi już wylaniem.
Czyta się kilka minut

Nie wiem, co powoduje, że pojawiają się ludzie gotowi upubliczniać tego typu wiedzę, wykorzystując luki w istniejącym prawie lub je cynicznie łamiąc. Którzy głoszą potrzebę takiej jego zmiany, aby ciemną stronę ludzkiej natury można było pokazywać w świetle jupiterów z imieniem i nazwiskiem konkretnego człowieka. Nie wiem, jak nazywa się ta przypadłość i co ją powoduje, ale jestem pewien, że to ciężka choroba duszy. Bo człowiek ma w sercu tak wiele do zarzucenia samemu sobie, że szukanie wiedzy o cudzych grzechach wydaje się zupełnie niepotrzebne. A potrzeba jej upublicznienia - chorobliwa. Tłumaczy ją oczywiście troska o to, by "grzesznik" nie mógł - przy naszej niewiedzy - kontynuować działalności, ale w przypadku tajnych współpracowników służb reżimu komunistycznego jest to już przecież niemożliwe. Oraz o to, by skryta wiedza nie mogła posłużyć do szantażu - tyle że, w odniesieniu do życia publicznego, dawno załatwiła to już ustawa lustracyjna. Zapewne warto stworzyć możliwości ujawnienia się wszystkim innym, w tym także księżom, dyrektorom banków, rektorom, dziennikarzom, sędziom i nauczycielom. I wszystkim, którzy by tego chcieli. Ale publikowanie list tych, których służby komunistyczne złamały, tłumaczę tylko chęcią odwetu albo dogodzenia własnej pysze, by na tle "słabych" jaśniej zaświeciło światło "niezłomnych". Jedno i drugie - chorobliwe.

Już samo prawo do poznania personaliów osoby, która na mnie donosiła, wydaje się mocno wątpliwe. Nie wiem, na czym się ono opiera, jeżeli działania takie nie prowadziły bezpośrednio do mojej istotnej szkody. A już przekazywanie tej informacji komukolwiek innemu, nie mówiąc o jej upublicznianiu, uważam za bezprawne. Liczyłem, że powołane instytucje dokonają rzetelnego obrachunku z przeszłością: opiszą metody działania służb specjalnych, zdobywania i wykorzystywania zdobytych informacji; zbadają środowiska i instytucje; dadzą obraz tego, jak bardzo (albo jak mało) społeczeństwo było uległe wobec ustroju i jak to się zmieniało w czasie. Jednym słowem - opiszą rzeczywistość. W jedyny sensowny sposób - statystyczny. Chyba jednak wszystkim znacznie ciekawsze wydało się odkrywanie i publikowanie list zdrajców oraz ferowanie publicznych wyroków. Do tego przywołuje się słowa Ewangelii o "prawdzie, która wyzwala". Przynajmniej w Kościele pamiętajmy o innym wezwaniu i o kontekście, w którym zostało wypowiedziane: "Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień".

WACŁAW RECZEK (Kraków)

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 09/2006