Reklama

TP Historia - 85.Boniecki

Przewodnik

Przewodnik

17.02.2009
Czyta się kilka minut
Kiedy ciężka choroba wyłączyła Jana Błońskiego z udziału w życiu literackim i towarzyskim, nikt właściwie tego nie zauważył. Jego teksty - wciąż cytowane i przywoływane - stanowiły stały punkt odniesienia i znak obecności Autora w rozmowach, sympozjach, spotkaniach. Tak będzie i teraz. Zawdzięczamy mu więcej, niż jesteśmy w stanie to sobie wyobrazić. Był i jest wybitnym pisarzem, który ze znanych tylko sobie powodów wybrał krytykę jako uprawiany gatunek. Żadna rewolucja artystyczna, otrąbiana co tydzień w teatrach, redakcjach gazet czy wydawnictwach, nie naruszy jego pozycji. Powiedzieć o nim, że był - jak na dzisiejsze czasy - mało cool i trendy - to tak jakby zarzucić Janowi Kochanowskiemu, że używał rymów i pisał coś tam o jakimś tam Satyrze.
*

***

Istnieją ludzie, którzy z biegiem lat stają się instytucją. Nie z nadania urzędników czy mediokracji. Ich własna twórczość okazuje się tak ważna dla krwiobiegu kultury, że kiedy odchodzą, odczuwamy nie tylko żal. Trudno nam wyobrazić sobie dalsze istnienie bez ich obecności.

Prof. Jan Błoński był takim człowiekiem. Podobnie jak Jerzy Giedroyc, zajmował się sprawami wyłącznie istotnymi dla Polski i Polaków. Nasze największe cnoty i gorzkie przywary, rejestrowane sejsmografem literatury, były przedmiotem jego nieustannej obserwacji. Literaturę znał od podszewki. Sposób, w jaki uprawiał krytykę literacką, przynosił zaszczyt tym pisarzom, na których skupiło się jego uważne spojrzenie. Nigdy nie pisał o książkach złych, słabych, nic niewartych. Nie zajmowały go sezonowe mody. Z tego punktu widzenia lista zjawisk literackich pominiętych przez Profesora tworzy nadzwyczaj ciekawy przypis do historii naszej kultury.

***

Zanim poznałem Jana Błońskiego na krakowskim wydaniu gazety mówionej "Nagłos", byłem jego czytelnikiem. Mój profesor literatury staropolskiej na Uniwersytecie Gdańskim, Edmund Kotarski, polecił nam książkę "Mikołaj Sęp Szarzyński a początki polskiego baroku". Pamiętam, że właśnie wówczas, podczas tej lektury, dane mi było zrozumieć hermeneutyczny sens pracy historyka i krytyka literatury. W wydaniu Błońskiego było to mądre, uważne przewodnictwo w labiryncie słów, znaczeń i toposów najświetniejszej polskiej poezji. Zrozumiałem też - dzięki objaśnieniom krytyka - na czym polega istota dzieła wybitnego, jego niepowtarzalność, arcydzielność. Otóż ciśnienie twórcze tylko wówczas osiąga nadzwyczajny efekt, kiedy erupcji wyobraźni towarzyszy żelazna dyscyplina formy. Odziedziczonej i równocześnie współtworzonej przez artystę.

Dla młodego studenta filologii, jakim wówczas byłem, lekcja ta okazała się ważna, inicjacyjna. Po latach analogiczną ideę znalazłem w eseju Barańczaka "Tablica z Macondo". Potwierdzała się przy lekturach Mickiewicza, Mrożka, Prousta, Joyce’a.

Później spotkałem Jana Błońskiego kilkakrotnie, między innymi w kaszubskim Żarnowcu, do którego przyjeżdżał z żoną każdego lata. Zawsze miałem poczucie, że jestem wobec jego erudycji jakimś Leśmianowskim Znikomkiem. Dlatego starałem się bardziej słuchać, mniej gadać. Ale Błoński był człowiekiem śródziemnomorskim. Żywioł wina i rozmowy wciągał zaproszonych do jego stołu gości z nadzwyczajną otwartością i serdecznością.

Miał fantastyczne poczucie humoru. Mannowską ironię. Francuskie esprit w pointach, które zawsze się zapamiętywało. Zachęcał mnie do napisania książki o losach polskiej, XIX-wiecznej inteligencji, o niepolsko brzmiących nazwiskach. Słowem o moich dziadkach i prapradziadkach ze Lwowa: Huel­lach, Fiedlerach, Shegivich. Interesował się gdańskimi przestrzeniami, kaszubskim obrzeżem językowym.

***

Jan Błoński, biedny chrześcijanin patrzący na getto, nie usłyszał już słów o tym, że Bruno Schulz w kanonie lektur szkolnych jest znakiem judaizacji polskiej kultury. Szkoda, że tego zdania nie słyszał, a w każdym razie nie skomentował abp Józef Michalik, uważający Radio Maryja - na antenie którego zdanie owo padło - za jedno z nielicznych prawdziwie katolickich mediów. Dla tego środowiska Jan Błoński był i jest apostatą, zdrajcą narodowej sprawy, sługusem u obcych. Wystarczy przeczytać internetowe posty, aby przekonać się, z jaką skalą nienawiści i frustracji mamy do czynienia.

Bruno Schulz, podobnie jak profesor Błoński, nie potrzebuje oczywiście obrony. Obaj opanowali wszelkie tajniki naszej polskiej, szeleszczącej mowy w stopniu bezrównym - jakby to określił Mikołaj Sęp Szarzyński.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]