Reklama

Przemoc w pracy – listy

Przemoc w pracy – listy

10.12.2018
Czyta się kilka minut
"Moja opowieść o pracy w jednym z dyskontów to historia z małym happy endem: da się wywalczyć swoje".
M

Mam tu dziesięciu na twoje miejsce. Zwiń sobie ten raport w rulon i wsadź w d… Niczego nie potrafisz zrobić dobrze. Jesteś zerem.

TO NIE SĄ „NORMALNE” ODZYWKI SZEFA.

To przemoc w pracy. To mobbing. To łamanie polskiego prawa.

A JEDNAK W NASZYM KRAJU TO WCIĄŻ CODZIENNOŚĆ.

Dlatego chcemy rozpocząć rozmowę na ten temat. Będzie trudna, ale jest konieczna.

BYLIŚCIE PONIŻENI, ZASTRASZENI, WZGARDZENI PRZEZ PRACODAWCĘ?

Opiszcie to z hashtagiem #przemocwpracy lub wyślijcie na przemocwpracy@tygodnik.com.pl, opublikujemy Wasze świadectwa anonimowo. Napiszcie też, co wtedy czuliście.

POKAŻMY OFIAROM, ŻE NIE SĄ SAME.

A sprawcom, że kończy się ich bezkarność, że zachowania, które uchodziły za dopuszczalne, według pracownic i pracowników są już nie do przyjęcia.

Poniżej kolejne głosy, które otrzymaliśmy od Państwa. Czytaj też specjlany serwis „Tygodnika” o mobbingu na powszech.net/przemocwpracy

Szef „świetny w dociskaniu”

Po studiach dostałam pracę w jednej z najszybciej rozwijających się spółek lokalnego rynku. Już na początku towarzyszyło mi poczucie rozczarowania: przerzucali mnie pomiędzy działami – tam, gdzie akurat był większy problem. A był wszędzie. Nie oponowałam, i to był początek problemu, bo dostałam szefa, który wcześniej miał pod sobą większy zespół i uchodził za świetnego w „dociskaniu ludzi”.

Przez pierwszy tydzień było super. Był miły, dowcipny, ale nie podobało mi się, że przesunął granicę w kierunku „zostańmy kumplami”. A potem zaczęły się większe problemy. Nie tak zrobione, nie na czas, do poprawy, a kiedy przychodzisz, a kiedy wychodzisz, a jak długo można robić kawę czy jeść obiad. Ani razu nie było rekompensaty za nadgodziny, a wszystkie uwagi były na granicy przyzwoitości.

Próbowałam się korygować, ale czułam, że uderzam głową w ścianę. Im więcej robiłam, tym bardziej byłam nieodpowiednia. Do tego doszła kwestia urlopu: nigdy nie można go było wziąć. Kuriozalne było to, że z decyzją o wakacjach szef czekał raz do godziny 17 w piątek, a następnie obwinił mnie za to, że nie przypomniałam mu się wcześniej, po czym dodał, że „jak muszę”, to mogę na ten urlop iść... Poszłam do jego szefa, chciałam się przenieść. Ale i on nie widział problemu. Inni pracownicy zaczęli mnie unikać. Zwolniłam się. Miałam poczucie beznadziei.

W kolejnym miejscu myślałam, że będzie lepiej. Po raz pierwszy szefowa krzyknęła na mnie po dwóch tygodniach. Znowu poczułam znany ból brzucha, ale postanowiłam tym razem sobie poradzić. Zaczęłam zbierać dowody. Wszyscy mi współczuli, bo znali moją szefową: mobbowała już dziewczyny przede mną, nie było z nią życia. Miałam dość potakiwania, poszłam do działającego w tej firmie związku zawodowego. Następnego dnia zostałam wezwana przez kadrową. Dowiedziałam się, że ze mną nie można współpracować, i co prawda oni wiedzą o ciężkim charakterze szefowej, ale „trzeba się dostosować”.

O mobbingu w mojej firmie wiedział każdy: od portiera do prezesa. Ale jedynym pomysłem na przetrwanie przemocowej sytuacji było właśnie dostosowanie się.

ADRIANA (imię zmienione)

„Sam sobie winny”

Moja opowieść o pracy w jednym z dyskontów to historia z małym happy endem: da się wywalczyć swoje.

Problem zaczął się po zmianie kierownika sklepu, który postan0wił wprowadzić swoje zasady – niezgodne nawet z wewnętrznym regulaminem firmy. Pewnego popołudnia nie zostałem wypuszczony na przerwę, w dodatku usłyszałem, że sam sobie jestem winny, „bo jakbyś rozładował kolejkę w sklepie, to byś miał czas na przerwę”. Nie wytrzymałem: złożyłem skargę na kierownika. I się zaczęło dokręcanie śruby.

Najpierw były ciągłe zmiany w grafiku, potem odmowa udzielenia urlopu, „bo nie ma komu pracować”. Postanowiłem zawalczyć o przeniesienie do innego sklepu. Bez skutku: mimo kilkunastu interwencji kierownika wyższego szczebla, mój przełożony mi nie odpuszczał. Zaczęło się wyznaczanie nierealnego limitu czasu na wykonanie poszczególnych zadań, wpisywanie nagan za rzekomo niewykonane czynności. Jak na te praktyki reagowały zastępczynie kierownika? Jedna miała to w d..., druga uważała, że przesadzam, i że „on taki jest, jak się zdenerwuje”, trzecia niby coś widziała, ale nie potrafiła zareagować konkretnie.

Doszło do tego, że zrobiono mi awanturę za pójście do toalety (godz. 7.30 rano, sklep otwarty od 9). Po tym incydencie złożyłem wypowiedzenie, i paradoksalnie zaczęło się dopiero coś dziać w kwestii poprawy warunków pracy. Zostałem przeniesiony do innego sklepu i od niedawna cieszę się normalną pracą i atmosferą. Choć w „starym” sklepie mi nie odpuszczono, twierdząc, że byłem „najbardziej bezwartościowym pracownikiem”, i że jeśli myślę, iż w innym miejscu będzie inaczej, to się mylę.

MAREK (imię zmienione)

Toksyczny związek

Moją pierwszą poważną pracą była asystentura w biurze pewnej posłanki. Wszyscy byliśmy nowi, wszystko (przynajmniej z początku) płynne i ciężko było wyznaczyć granicę między tym, co powinno być wymagane i akceptowane w pracy, a co nie. Szefowa (posłanka na Sejm) łączyła w sobie chwiejny, wybuchowy charakter i kompletny brak przygotowania do pracy.

Większość decyzji wymuszana była krzykiem oraz atakami personalnymi. Jak coś nie wyszło (bez względu na to, kto był winny i czy realnie coś było problemem), było to moją winą, bo „nie dopilnowałem”. Nie można było powiedzieć słowa, bo to sprawiało, że wybuch był jeszcze większy. Trzeba było w ciszy to przeczekać i robić swoje, bo bez tego biuro nie mogło funkcjonować. Wiele decyzji wymuszano płaczem i obrażaniem się.

Po wybuchach, które – oprócz obrażenia ludzi – nie przynosiły żadnego efektu, nadchodziły okresy spokoju i miłej atmosfery, które mogły się w każdej chwili skończyć. Także na publicznych spotkaniach byłem oskarżany o błędy i obrażany. Dodatkowo musiałem upominać się o własną pensję, bo szefowa wychodziła z założenia, że pracuje się tutaj dla doświadczenia życiowego, co sprawiało, że przez cały okres swojej pracy szukałem darmowej siły roboczej: studentów, wolontariuszy, praktykantów – wykonujących normalne zajęcia, ale za darmo.

Wymagano ode mnie pełnej wiedzy z księgowości, organizacji biura, zarządzania mediami społecznościowymi, pisania przemówień, kontroli kalendarza, kontaktów z Sejmem i strukturami – za pensję dużo poniżej choćby połowy tej rynkowej. Moim zadaniem było robić wszystko, co potrzebne. Dosłownie. A jak to zrobię, to już szefowej nie obchodziło. Jedyną nadzieją na uratowanie się i niedopuszczenie do spodziewanych katastrof (które mogłyby zatopić całą działalność biura), było urabianie szefowej. To było upokarzające: jakbym był w patologicznym małżeństwie i miał poczucie, że nie mogę uciec. Momentami łapałem się na tym, że dla dobra biura, dla dobra „Sprawy” muszę udawać, że ona nie jest tak niekompetentna, jak się wydaje, tylko że to we mnie i innych tkwi problem.

Nie miałem też świadomości istnienia prawa pracy (albo raczej tego, co to naprawdę znaczy). Byłem pod telefonem, w pełni dyspozycyjny, a każdą przerwę traktowałem prawie jak ucieczkę z pracy. Musiałem wymykać się, żeby coś zjeść albo chwilę odpocząć. Dopiero w kolejnej, normalnej pracy dowiedziałem się, że przysługuje mi 30 minut przerwy obiadowej i 5 minut po każdej godzinie pracy przy komputerze. Nie istniało coś takiego jak rozdział między życiem prywatnym i zawodowym. Pomagałem w prywatnych sprawach w czasie pracy (ogólnie wychodziło, że byłem bardziej jej osobistym/ życiowym asystentem).

Gdy wreszcie odszedłem z pracy, przez kolejny tydzień czułem, jak stres i napięcie powoli ze mnie spływa. Wtedy naprawdę zdałem sobie sprawę, w jakim strasznym stanie byłem przez poprzednie dwa lata.

AS


Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest Tygodnik Powszechny sp. z o.o., z siedzibą w Krakowie, ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków. Podany adres e-mail przetwarzamy wyłącznie w celu pozyskania informacji o przypadkach mobbingu, które do celów akcji mogą zostać wykorzystane w sposób całkowicie anonimowy. Podstawą przetwarzania jest art. 6 ust. 1 lit a RODO, czyli Pani/Pana zgoda, która jest wyrażona poprzez przesłanie maila na podany adres. Pani/Pana adres e-mail będzie przetwarzany nie dłużej, niż jest to konieczne do odebrania zawartych w nim informacji. Przesyłanie wiadomości e-mail na adres przemocwpracy@tygodnik.com.pl jest dobrowolne.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]