Są ludzie, którym śni się, że coś ich spycha w przepaść. Są nieszczęśnicy widzący w snach węża pod kołdrą bądź pająka cichcem wychodzącego spod poduszki, bądź czują, że ćma wlatuje im do ust, gdy ziewają. Znamy człowieka, któremu regularnie śni się podróż w brzuchu gigantycznego ciernika, choć ów śniący w Łodzi mieszka, gdzie aż tak wielkich cierników nie ma i nie było. Mamy takoż krewnego, dręczonego snem-serialem, a jest to tasiemcowe przemówienie na tematy gospodarcze, podzielone na odcinki, a wygłaszane w jego głowie co noc przez generała W. Jaruzelskiego. Słowem, nasze mózgi robią nam dowolnie dziwne psikusy, zwłaszcza gdy leżymy w ciemnościach, a na kolację zjedliśmy za dużo usmażonej cebuli bądź wypiliśmy niedobre piwo.
Nam takoż – jak tu ponuro siedzimy – śni się co jakiś czas koszmar, że oto J. Kaczyński, porzuciwszy godności i zaszczyty, odepchnąwszy rozkosze i blaski życia towarzyskiego stolicy, przestał wygłaszać, a zwłaszcza obwieszczać bądź oświadczać. Że znienacka, bez zapowiedzi, odgrodziwszy się od zgiełku postmodernistycznej codzienności, zatrzasnął się w celi u kamedułów albo zamknął się w wieży. My zaś, zobowiązani do cotygodniowej aktywności pisarskiej, złaknieni sowitego honorarium, jak co tydzień przeczesując internet w poszukiwaniu jakiejś jego wypowiedzi, orientujemy się nagle, że zostaliśmy na lodzie. Że nie mamy pożywki. Cisza. Pustka. Że żwawo bijące dotychczas źródło fantazji wyschło. Że oto, by napisać cokolwiek, musimy skorzystać z wypowiedzi kogoś innego, mniej obeznanego z polszczyzną, mniej twórczego, nieeksperymentującego na schorowanym ciele polskiej polityki. I wtedy mamy kłopot. Dostajemy więc we śnie modnego dziś ataku paniki i, jak to się teraz mawia, wypadamy ze strefy komfortu wprost do strefy dyskomfortu, a zatem nie piszemy, budzimy się zlani potem, by po chwili jednak odetchnąć z ulgą.
Obudzeni, uśmiechamy się. J. Kaczyński nie zamknął się w wieży, tworzy jak tworzył w swej rozległej posiadłości na Żoliborzu. A więc przy porannej kawie zapoznajemy się z codziennymi ogłoszeniami b. Gospodarza i jego służb, których zadaniem jest karmienie mediów jego myślami zebranymi. I zawsze znajdujemy coś dla siebie, dla nas, dla Polski, dla świata i wszechświata. Dla przykładu, obudzeni czytamy ostatnio takie coś: „Nie wyrażam zgody na pociągnięcie mnie do odpowiedzialności za wykroczenie w wyżej wskazanej sprawie i wnoszę o niewyrażenie zgody przez Wysoką Komisję w wyżej wskazanej sprawie”. Było to oświadczenie J. Kaczyńskiego przeczytane na głos, parę dni temu, przez posła PiS-u Z. Boguckiego, podczas obrad sejmowej komisji regulaminowej, która zajmuje się wnioskiem o pociągnięcie J. Kaczyńskiego do odpowiedzialności za niszczenie tabliczki na wieńcu. Uważamy, że to oświadczenie w sposób niemal kompletny ukazuje, iż kraj nasz staje się muzeum osobliwości. Poza wątkiem regularnego niszczenia wieńców przez lidera opozycji w Polsce, co jest tematem na coś więcej niż felieton, można by rzec, że kodeksy tutejsze można już śmiało spalić w piecu, wystarczy, że jakikolwiek obywatel uzna, iż nie będzie odpowiadał nigdy za nic, w żadnej sprawie. Ani powyższej, ani poniższej. Jest to, zdaje się, anarchia na poziomie totalnym i bezwzględnym. Do tego, zdaje się, zmierzają nieskrywane, bo ogłaszane bezwstydnie wszem wobec, marzenia o realizowaniu – na razie tylko przez J. Kaczyńskiego – każdego jego kaprysu, każdej jego chęci i każdej niechęci, aż do ustanowienia prymatu jego woli nad wszelkimi prawami, w tym nad prawami fizyki i przyrody.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















