Czerwcowy poniedziałek, trwa trzeci mecz finału ligi NBA: koszykarze z New York Knicks mierzą się z drużyną San Antonio Spurs. Donald Trump, śledzący to spotkanie w hali Madison Square Garden, je kawałek pizzy złożony w pół – tak jak przystało na Nowojorczyka. Innym razem kamery pokażą, jak z miną zadowolonego chłopca pochłania frytki, jedna za drugą, z papierowej tacki.
Uwadze mediów nie umykają nie tylko upodobania kulinarne Trumpa, niezbyt zdrowe, ale też chwile, gdy przymyka na dłużej oczy, jakby walczył z sennością. Takie sytuacje zdarzały mu się już wielokrotnie w Gabinecie Owalnym. Nie szukając daleko: cztery dni przed nowojorskim meczem, gdy siedział na krześle przechylony na bok, z zamkniętymi oczami – w czasie, kiedy podwładni opowiadali reporterom o inwestycjach w przemysł węglowy.
Media i lekarze o zdrowiu Trumpa
W takich sytuacjach otoczenie prezydenta zwykło twierdzić, że 80-letni szef wcale nie zapada w drzemkę, lecz tylko przymyka oczy i rzecz jasna uważnie słucha swoich rozmówców. Biały Dom ma też gotowe wytłumaczenie, gdy kamery uchwycą posiniaczone dłonie Trumpa: fioletowe plamy na skórze, maskowane makijażem, mają być efektem częstych uścisków dłoni i codziennego zażywania aspiryny (zmniejsza to ryzyko zakrzepów, pomaga w profilaktyce zawału serca i udaru mózgu).
Gdy z kolei w zeszłym roku media zainteresowały się opuchniętymi kostkami prezydenta, rzeczniczka Białego Domu zapewniała, że to efekt przewlekłej, ale nieznaczącej niewydolności żylnej, a nie jakichś bardziej poważnych schorzeń.
Co na to lekarze? Według najnowszego raportu medycznego, ważący 108 kilogramów Trump powinien co prawda schudnąć, ale ogólnie „cieszy się doskonałym zdrowiem” – z uwagi na dobry stan serca, płuc, układu nerwowego i sprawność fizyczną.
W ramach badań okresowych, które odbyły się pod koniec maja, prezydent miał przejść m.in. kompleksowy ogląd neurologiczny, w tym badanie w kierunku depresji i zaburzeń lękowych. Nieprawidłowości nie stwierdzono też podczas testu na zaburzenia funkcji poznawczych.
Jak ukrywano stan Joego Bidena
Takiego testu nie przeprowadzono natomiast ani razu u poprzedniego prezydenta, Joego Bidena – choć w momencie objęcia urzędu, w styczniu 2021 r., miał już 78 lat.
To, w jakim stanie fizycznym i psychicznym był Biden pod koniec swojej prezydentury, pokazało jego wystąpienie podczas debaty telewizyjnej w czerwcu 2024 r. Było dla niego katastrofalne: w starciu z Trumpem, transmitowanym na żywo, Biden mamrotał, gubił wątki i zacinał się. To ostatecznie pogrzebało jego szanse na reelekcję.
Przy okazji sprowadziło też krytykę na dziennikarzy – za to, że wcześniej nie dociekali zbytnio, w jakim stanie jest Biden. Choć powinno ich zastanowić, dlaczego np. rzadziej od Trumpa i innych poprzedników organizował konferencje prasowe i udzielał wywiadów.
Niektórzy jednak dociekali. W drugiej połowie kadencji Bidena portal Axios zwracał uwagę na kilka szczegółów: że ze śmigłowca Marine One wychodzi on zawsze w otoczeniu współpracowników, asekurujących go, oraz że coraz częściej nosi specjalne sportowe buty, które pomagają zachować równowagę.
Czy Trump traci kontrolę nad sobą?
Doświadczenia związane ze zdrowiem Bidena – oraz inne, wcześniejsze przypadki w historii USA, gdy ukrywano stan zdrowia prezydentów (np. Johna F. Kennedy’ego, który prezentował młodzieńczy wręcz wizerunek, choć, jak dziś wiemy, był bardzo schorowany) – sprawiają, że Amerykanie nie ufają oficjalnym komunikatom.
W czerwcowym sondażu Quinnipiac University prawie 60 proc. respondentów deklarowało, że ich zdaniem Biały Dom nie mówi całej prawdy o zdrowiu obecnego prezydenta. Niemal tyle samo – według innego badania – uważało, że Trump z wiekiem stał się nieobliczalny.
To, że Donald Trump ma emocjonalność nastolatka, wiadomo od dawna: szybko się niecierpliwi, potrzebuje ciągłej uwagi otoczenia i wybucha gniewem, gdy nie dostanie tego, czego chce. Być może stąd jego impulsywne wpisy w social mediach, ataki na dziennikarzy i generalnie ubliżanie wszystkim tym, którzy ośmielą się go skrytykować.
W ostatnich miesiącach przybywa jednak zachowań, które nawet według standardów Trumpa wydają się niepokojące.
Nocne szarże prezydenta USA
Oto ten sam prezydent, który w ciągu dnia walczy z sennością w Gabinecie Owalnym, potrafi w ciągu jednej nocy napisać i udostępnić w swoim serwisie Truth Social nawet 160 postów – z czego wiele pełnych jest teorii spiskowych i gwałtownych ataków na oponentów.
W kwietniu cały świat łapał się za głowę, gdy Trump groził zniszczeniem irańskiej cywilizacji, jeśli Teheran nie odblokuje cieśniny Ormuz. Kilka dni później wzbudził oburzenie nawet wśród części zwolenników, gdy opublikował grafikę, sporządzoną przy pomocy sztucznej inteligencji i przedstawiającą go jako Jezusa uzdrawiającego chorego. Jeszcze innym razem upublicznił obraz, na którym siedzi na złotym tronie w stroju papieża.
Ostatnio stan psychiczny Trumpa kwestionują nie tylko politycy Partii Demokratycznej i zabierający głos psychiatrzy (wielu z nich od lat diagnozuje go na odległość jako narcyza i socjopatę), ale też jego niegdysiejsi sojusznicy – jak była kongresmenka Marjorie Taylor Greene czy siewca teorii spiskowych Alex Jones. Z kolei Ty Cobb, prawnik Białego Domu za pierwszej kadencji Trumpa, stwierdził, że nocne posty prezydenta jedynie potwierdzają „skalę jego szaleństwa i zdeprawowania”.
Ameryka pod rządami seniorów
W reakcji na wspomnianą kwietniową szarżę Trumpa w social mediach, wśród Demokratów odżyły apele, by usunąć go z urzędu na podstawie 25. poprawki do konstytucji USA. To wymagałoby jednak współpracy ze strony wiceprezydenta J.D. Vance’a i większości członków rządu, którzy musieliby stwierdzić, że prezydent nie jest w stanie dalej wykonywać swoich obowiązków.
Taką diagnozę mogłaby również postawić specjalna komisja parlamentarna. Jednak jest to scenariusz równie nierealny jak opcja pierwsza – gdyż ustawę Kongresu powołującą takie gremium mógłby zawetować główny zainteresowany, czyli Trump.
W tym momencie warto się zastanowić, jak do tego doszło, że Stany stały się w istocie gerontokracją – systemem, w którym, zgodnie z definicją (pojęcie to łączy greckie słowa „gérōn” i „krátos”, starzec i władza), stery trzymają głównie seniorzy. Bo nie tylko władza wykonawcza (Biały Dom), ale też ustawodawcza (Kongres) i sądownicza są w dużej mierze kontrolowane przez ludzi w wieku senioralnym lub nawet bardzo już zaawansowanym.
Biden noszący specjalne buty albo nieprzewidywalny Trump – to wierzchołek góry lodowej. Średnia wieku członków Kongresu to dziś prawie 59 lat, a sędziów federalnych 69 lat. Ani jedni, ani drudzy nie spieszą się z przejściem na emeryturę. Telewizja NBC News wyliczyła, że ponad połowa tych członków Kongresu, którzy mają powyżej 80 lat, ubiega się o reelekcję w listopadowych wyborach (tzw. połówkowych).
Politycy i sędziowie aż do śmierci
Co to oznacza w praktyce? Kilka przykładów.
Jeśli Jim Risch, urodzony w 1943 r. republikański senator ze stanu Idaho, zdobędzie w listopadzie kolejną kadencję, będzie sprawować swój urząd niemal do dziewięćdziesiątki. Nie będąc wyjątkiem – w Senacie zasiadają dziś starsi od niego.
Najstarszy urzędujący senator Chuck Grassley ma 92 lata. Inny prominentny Republikanin, Mitch McConnell, ma 84 lata, a funkcję senatora pełni przez niemal połowę swojego życia. Ostatnio stał się on zresztą bohaterem zdrowotnych spekulacji w Waszyngtonie: McConnell trafił do szpitala, po czym przepadł bez wieści na prawie miesiąc, co napędzało domysły, czy w ogóle żyje.

Rzecz dotyczy nie tylko Republikanów. Kilka lat temu głośny był przypadek 90-letniej Dianne Feinstein, senatorki z Kalifornii z ramienia Partii Demokratycznej, która nie chciała odejść ze stanowiska przed upływem kadencji, choć miała poważne problemy z pamięcią. Ostatecznie jej urzędowanie przerwała śmierć.
Nie inaczej było z Ruth Bader Ginsburg, słynną liberalną sędzią Sądu Najwyższego. Zmarła w wieku 87 lat, na półtora miesiąca przed wyborami prezydenckimi w 2020 r., co wykorzystał Trump, wysyłając do Sądu Najwyższego swoją konserwatywną nominatkę. To przechyliło ideologiczny układ sił w tym gremium na korzyść amerykańskiej prawicy.
Niektórzy twierdzą, że gdyby nie upór Ginsburg, by trzymać się uparcie urzędu, to kobiety w USA nie straciłyby federalnego prawa do aborcji na życzenie. W 2022 r. zniosła je bowiem konserwatywna większość w Sądzie, „sprezentowana” w zasadzie przez feministkę Ginsburg.
System premiuje wiekowych liderów
Dlaczego sędziwi Amerykanie i Amerykanki mogą w ogóle tak kurczowo trzymać się urzędów? Jest to możliwe ze względu na brak górnego limitu wieku dla osób je sprawujących. W przypadku sędziów federalnych kadencja ma charakter dożywotni. Coraz częściej słychać głosy, że ma to złe skutki dla amerykańskiego państwa i społeczeństwa, i że potrzebne jest wprowadzenie obostrzeń dotyczących wieku.
Tym bardziej że polityk, który raz dostanie się do Kongresu, ma potem ułatwione zadanie, aby trwać na stanowisku członka Izby Reprezentantów czy Senatu bez końca, wygrywając kolejne wybory.
Dzieje się tak dlatego, że taki polityk zwykle nie ma poważnej konkurencji. Jeśli reprezentuje bowiem okręg będący tradycyjnym bastionem Partii Republikańskiej lub Partii Demokratycznej, to jego jedynym zadaniem jest odtąd pokonywanie w kolejnych prawyborach kandydata z własnej partii. Ten zwykle jest mniej znany i ma gorszą siatkę darczyńców, co w amerykańskiej polityce jest sprawą fundamentalną.
W takim systemie kolejny etap wyborów, czyli ostateczny bój o miejsce Kongres, staje się w większości przypadków tylko formalnością.
W USA jeszcze trudniej jest startować w wyborach prezydenckich, gdzie potrzebne są naprawdę duże pieniądze i rozpoznawalność w skali kraju. Tu znów łatwiej mają politycy zasiadający już w Kongresie – lub tacy ludzie jak Trump. Przez 11 lat prowadził on telewizyjne reality show „The Apprentice”, którego uczestnicy rywalizowali o posadę w imperium deweloperskim Trump Organization. Ogłaszając start w wyścigu o Biały Dom w 2015 r., był więc już znany, a do tego miał dostęp do pieniędzy, by opłacić kampanię.
Boomersi trzymają władzę i majątek
Zjawisko gerontokracji nie ogranicza się w USA do polityki. Boomersi, czyli osoby z pokolenia wyżu demograficznego po II wojnie światowej (przyjmuje się tu przedział lat 1946-1964), zajmują nadal wysokie stanowiska także na uczelniach i na czele dużych amerykańskich firm. Ułatwiło to zniesienie w 1986 r. obowiązku przejścia na emeryturę w wieku 70 lat.
W efekcie starsi Amerykanie mogą dłużej cieszyć się swoją pozycją społeczną i statusem materialnym. W dużej mierze, przyznajmy, zdobytymi zresztą własną ciężką pracą w czasach, gdy American Dream był bardziej osiągalny niż obecnie.
Jak duża przepaść dzieli dziś młodsze i starsze pokolenia, pokazuje dobrze analiza ekonomisty Edwarda N. Wolffa. Podczas gdy w 1983 r. majątek amerykańskich gospodarstw domowych, prowadzonych przez osoby w wieku co najmniej 75 lat, był o 5 proc. wyższy od średniej krajowej, to w 2022 r. było to już 55 proc. (można to tłumaczyć m.in. wzrostem wartości domów i innych zasobów inwestycyjnych posiadanych przez seniorów).
Trump jako twarz gerontokracji
I tutaj wracamy do polityki. Bo jeśli starsi Amerykanie są statystycznie bardziej majętni (choć absolutnie nie jest to żadna reguła), to niektórych z nich stać na finansowanie kampanii tych kandydatów, którzy obiecują korzystne dla boomersów zmiany, jak obniżenie podatków dla zamożniejszych.
Samuel Moyn, profesor Uniwersytetu Yale i autor wydanej niedawno książki „Gerontocracy in America” przekonuje, że jeśli Stany są oligarchią, to jest to taka oligarchia, w której zasoby materialne i władzę trzymają w rękach ludzie starsi.
Jeśli dać się ponieść takiej tezie, Donald Trump byłby „tylko” emanacją zjawiska – jedną z wielu wpływowych sędziwych głów w Ameryce.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











