Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Poza granice wirtuozerji

Poza granice wirtuozerji

01.05.2015
Czyta się kilka minut
Gdy najsławniejszy po Paderewskim pianista – koncertuje w Krakowie. Specjalny wywiad „Ilustrowanego Kuryera Codziennego” z Józefem Hofmannem w jego rodzinnem mieście. Kraków, 6 listopada 1935
W bramie przy ul. Kurniki 7, obok nieistniejącego już domu nr 5, w którym spędził pierwsze lata życia, 1935 r. Fot. The International Piano Archives, University of Maryland
C

Czego oczekujemy od sztuki? Albo potwierdzenia rzeczy znanych – ma to swoją wartość popularną – albo odkrycia i odsłonięcia rzeczy nieznanych, ukazania możliwych, lecz nieznanych perspektyw. To drugie właśnie stanowi najwyższą wartość w sztuce – zarówno twórczej, jak odtwórczej. W muzyce, jako w jedynej sztuce bezpośrednio niedostępnej, której dzieła dla przemówienia do wszystkich potrzebują koniecznie interpretatorów, odtwórczość ma zupełnie inne znaczenie i jest odmianą twórczości. Odtwórczość muzyczna sama z kolei rozchodzi się po tych dwóch, idących odrębnie, torach: stwierdzenie rzeczy znanych i odkrywanie nieznanych – może być nietwórcza i twórcza, i w stosunku do wykonywanych dzieł bezosobiście doskonała lub indywidualna. Tylko ta druga wychodzi poza granice mechanicznej wirtuozerji i przez indywidualną interpretację wykonywanego utworu odkrywa te jego wartości, których inni dotąd nie spostrzegli, nie znaleźli, do których nie doszli połączonym wysiłkiem pracy i intuicji.


Copernicus Festival rusza w Krakowie już 18 maja!

Hasłem przewodnim drugiej edycji jest "Geniusz".


Tu kryje się tajemnica, dlaczego wielcy odtwórcy muzyczni są tak samo poszukiwani jak twórcy: bez nich dzieła wielkich twórców muzyki byłyby „światami zamkniętymi”. Oni w swej indywidualności odtwórczej posiadają klucz, który wszystkim te światy otwiera, ukazuje ich piękności, ich najdalej sięgające perspektywy – a zarazem drogi, któremi światy te łączą się z naszą własną psychiką.
Do takich „twórczych odtwórców” współczesnych w muzyce należy – zdaniem świata muzycznego – jako pianista Józef Hofmann, stawiany przez fachowców po Paderewskim, przed wszystkimi innymi pianistami świata, których imię wcale zresztą nie jest legion, lecz zaledwie kilku.
To jest jego tytuł do sławy światowej – dla nas on jest przede wszystkiem interesujący jako Polak z pochodzenia, Krakowianin z rodu.
I to właśnie – w chwili, gdy w pełni swej sławy koncertował on, obok trzech innych miast polskich, także w Krakowie – skłoniło mnie do poszukania z nim rozmowy, w której mistrz z przyjemnością odnawiający swoje młodzieńcze, a nawet dziecinne wspomnienia, odsłonił rzeczy na pewno interesujące wszystkich jego wielbicieli: swoje uczucia, myśli, i jako muzyka, i jako człowieka.
Wspomnienia krakowskie
Rzecz oczywista, że rozmowa potrąciła przede wszystkim o Kraków – miasto rodzinne.
– Muszę powiedzieć – mówi artysta – że ze świadomemi mojemi wspomnieniami dziecinnemi Kraków się nie łączy. Urodziłem się tu wprawdzie, lecz opuściłem miasto razem z ojcem, muzykiem-kompozytorem, gdy objął stanowisko profesora Konserwatorjum w Warszawie, potem dyrektora opery, w 4-tym roku życia. Do Krakowa przybywałem później jako młodzieniec, a ostatni raz, przed obecną bytnością, bawiłem tu w roku 1911 na występach. To ostatnie wspomnienie pozostało we mnie może najżywsze i to wspomnienie najlepiej mogę skonfrontować z obecnymi mojemi wrażeniami. Streszczę je w jednem zdaniu: w moich wspomnieniach młodzieńczych i późniejszych człowieka dojrzałego Kraków pozostał jako miasto raczej małe, mające wielkie zabytki i pamiątki historyczne. Jednem słowem pozostał raczej jako historja. Dzisiaj widzę je jako teraźniejszość – jako wielkie miasto współczesne, europejskie, rozbudową swą i urządzeniami kulturalnemi imponujące.
Niezależnie od tego oczywiście trwa mój sentyment do tego miasta, gdzie ujrzałem po raz pierwszy światło dzienne. Dlatego to dzisiaj w jednym dniu wolnym, gdy już mam koncert poza sobą, pierwszy mój krok był wyjazdem do domu na Kleparzu (mała ulica Kurniki), gdzie się urodziłem. Jakże to już daleko poza mną...
Jeżeli oderwę się od Krakowa, to pierwszem mojem, można powiedzieć świadomem wspomnieniem dziecinnem jest fakt, że za każdym razem, gdy zagrała katarynka na podwórzu, przypominam to sobie tak dobrze, jakby się dzisiaj działo, jeżeli nie mogłem wyjrzeć, przykładałem przynajmniej uchem do szyby, aż matka musiała mnie odciągać. – Tak się to moje zamiłowanie zaczęło od katarynki, choć może na katarynce się nie skończy...
Niewiele stosunkowo czasu upłynęło od tego słuchania katarynki, gdy już rozpoczęła się moja „kariera artystyczna”. Byłem mianowicie muzycznem „cudownym dzieckiem” i jako chłopiec 9-letni już miałem tournée europejskie po wszystkich krajach. Gdy zaś miałem 10 lat, zaangażowano mnie do Ameryki, na 80 koncertów w różnych miastach Stanów Zjednoczonych. Tu jednakże stanęła mi na drodze dziwna przeszkoda: działalność pewnego Towarzystwa „Gury Society” (od nazwiska swego założyciela Gury), które występowało przeciwko wszelkiemu „wyzyskowi pracy dzieci”. Wystąpiło więc i przeciwko mojemu wyzyskowi i na drodze sądowej uzyskało wstrzymanie moich występów i koncertów. Moi „wyzyskiwacze” znaleźli się w kłopocie, lecz nie był to kłopot tak wielki, gdyż poza tem wystąpieniem filantropijnego towarzystwa stał prawdziwy wielki filantrop, nazwiskiem Clark. Zwrócił się on do mojego ojca, wyjaśniając, że byłby niepocieszony, gdyby powstrzymanie moich występów – mnie miało pozbawić środków do rozwoju talentu. To też on zapewnia na siedem lat należyte sumy na moje utrzymanie i wykształcenie muzyczne – abym ja nie potrzebował występować, a ojciec mój nie potrzebował pracować, lecz jako ten, który dał mi pierwsze wykształcenie muzyczne, i nadal kierował mojemi studiami.
Była to perspektywa, której jeszcze wtedy nie umiałem ocenić, lecz która mojego ojca niewątpliwie wprowadziła w zachwyt. Rozpocząłem moje regularne studja. Wyjechałem do Berlina, gdzie uczyłem się przede wszystkim u profesora H. Urbana (uczyło się w owym czasie u niego wielu Polaków) między innymi kompozycji.
Z Berlina dojeżdżałem jeszcze do Drezna, gdzie mnie uczył (w r. 1892-94) niezapomniany Antoni Rubinstein.
A potem tak się dziwnie złożyło: w tym samym roku 1894, w dniu 18 listopada, miałem mój pierwszy występ w Anglji, w małem mieście Cheltenham, gdzie między innemi grałem sonatę Szopena, z marszem żałobnym – i tego samego dnia Antoni Rubinstein umierał, o czem naturalnie nie wiedziałem [mylna informacja – red.].
Nie będę tu oczywiście opowiadał dziejów wszystkich moich występów – mam ich od 18-go roku życia po dziś dzień, lat przeszło 40 – po całym świecie. Dzieje te są przeważnie znane. Nie będę się chwalił moim powodzeniem, ani uskarżał się na jego brak – i jedno, i drugie byłoby próżne i nieszczere. Moją zaś dewizą, zarówno w życiu jak w sztuce, jest to, co Tołstoj określił w swej małej książce „Co to jest sztuka?” (będącej zresztą pamfletem) jako najważniejsze, najistotniejsze trzy warunki artysty: szczerość, szczerość – i jeszcze raz szczerość.
Mojem zdaniem jedyną drogą prowadzącą do zdobycia doskonałości w sztuce, zarówno jak powodzenie, jest właśnie kwestja zachowania zawsze szczerości – w stosunku do dzieł, które się odtwarza. Szczerość jest nieodłącznym towarzyszem indywidualności i bez szczerości indywidualności nie ma.
„Zaczarowany Dwór” i upiorna rzeczywistość
Potrąciłem o twórczość muzyczną, ponieważ mnie pan o nią pytał. Nie jestem jej obcy, mam za sobą napisane kilka koncertów fortepianowych, sonaty, suitę... ostatnim moim większym utworem był poemat symfoniczny, który zatytułowałem „Zaczarowany (nie „Straszny”) Dwór”. Pisałem go w roku 1918 – wtedy, gdy wojna jeszcze trwała, i wtedy, gdy się już kończyła. W tym utworze wyrazić się starałem muzycznie mój stosunek do świata. Ów zaczarowany dwór to świat: straszą w nim upiory machinacyj dyplomatycznych i politycznych – potem przychodzi upiorna rzeczywistość: walka i wojna. Zaczarowany świat-zamek rozpada się w gruzy i zapada, wyłania się i przychodzi nowy świat...
– Czyżby był tak bardzo nowy?
– Jeszcze go nie ma – mówi z przekonaniem Hofmann – ale wierzę, że będzie!
Co do mojego życia bieżącego, jeżeli się tak wyrazić można, no to może panu wiadomo, że jestem dyrektorem Curtis Institute, uczelni muzycznej, uważanej za najwyższą w Ameryce, znanej w całym świecie. Wspominam o niej dlatego, że tak wielu w niej uczyło i uczy Polaków, począwszy od niezapomnianej i kochanej Marceliny Sembrich-Kochańskiej, najlepszej nauczycielki naszej uczelni. Poza nią uczyli tutaj jako profesorzy: Młynarski, Lambert z Warszawy, Rosenthal, Rodziński ze Lwowa (który jest obecnie dyrektorem w Cleveland).
Uczniowie Curtis Institute (których liczbę zredukowałem dla uzyskania najwyższego poziomu z 250 na 135) są z całego świata, nawet z Mandżurji i Australji, oczywiście zawsze z Polski kilku.
Ja sam mieszkam koło Filadelfji, która obecnie jest już prawie przedmieściem Nowego Jorku: tylko 1 godzina 40 minut drogi...
Jestem żonaty, obecnie już po raz drugi, i mam z tego małżeństwa dwoje dzieci: starszy, Antoś, ma 10 lat. Żona moja pochodzi z Kalifornji, pierwsza była z Nowego Orleanu. Jedyna moja córka z pierwszego małżeństwa jest zamężna za kanadyjskim oficerem.
Czy wrócę kiedyś na stałe do Polski – wątpię. Widzi pan, dzieci zżyły się z Ameryką; gdyby się je tu przeniosło, a w każdym razie nie nastąpiłoby to tak prędko – byłyby już na zawsze „połowiczne”. A tak będą szczerze pamiętać o Polsce, będąc w Ameryce...
Zresztą – to przyszłość, która do nich należy. Moja teraźniejszość – jest ta, że jestem teraz w Polsce, co mnie raduje, choć znowu muszę ruszać w świat. Lecz skazany już jestem na „światowe” audytorjum...
Po godzinnej prawie ze mną rozmowie wyjechał jeszcze raz na miasto, aby korzystając z paru godzin krótkiego już dnia, popatrzeć na rodzinny Kraków. Tu ojciec jego pisał muzykę do „Krakowiaków i Górali”, „Czartowskiej farsy”, „Boruty”... ©

ST. MRÓZ, „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, 7 XI 1935, s. 5-6

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]