Powrót badylarza

Czytam w „Fakcie”, że kierowca ważnego polityka woził służbowym autem kwiaty do prywatnej kwiaciarni. Tabloid uderza: „Dał auto badylarzowi!”, wracając do komunistycznego żargonu.
Czyta się kilka minut

W dekadach schyłkowego socjalizmu „badylarz” był przedstawicielem tzw. inicjatywy prywatnej, łupionej i traktowanej per noga (do późniejszej amputacji, jak już wygra socjalizm). Jad nienawiści sączony wobec tej grupy społecznej chłeptała ze smakiem znaczna część narodu – bo „prywaciarze” mieli dżinsy i chałwę z Turcji. Kiedy skończył się komunizm, prywatna inicjatywa zaczęła być chwalona… Aż do teraz. Od paru lat słyszymy, że źródłem naszego dobrobytu znów ma być premier (np. Kopacz) i prezydent (np. św. Mikołaj), i aktywni urzędnicy, zwłaszcza ci z aparatu karnoskarbowego. Jeszcze chwila, a kandydaci na prezydenta zaczną obiecywać, że badylarze, cinkciarze i spekulanci wrócą do swoich nor, skąd nigdy nie powinni byli wyjść. ©

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 15/2015