Swego czasu podpatrzyłem na modlitwie kogoś, kto uchodzi za osobę pobożną. Człowiek ten, klęcząc przed drewnianą figurą Jezusa, nie wypowiedział nawet jednego słowa, tylko w skupieniu obejmował rękami Jego stopy. Była późna, chłodna jesień, sanktuarium położone jest na otwartym terenie, więc cała scena wyglądała tak, jakby modlący się ciepłem swoich dłoni ogrzewał zmarznięte palce i kostki Zbawiciela. Potem dowiedziałem się, że figurę wykonano z oliwki rosnącej na Górze Oliwnej.
Człowiek stworzony został w całości i jako osobowa całość jest najpiękniejszym wyrazem Bożej chwały na ziemi. Ale dowodem tej chwały są też wszystkie poszczególne części naszego ciała, wszystkie segmenty naszej psychiki - dlatego że istnieją, żyją i funkcjonują w obrębie indywidualnej harmonii zwanej organizmem. W naturze człowieka nie ma (i z definicji być nie może) takiego elementu, który by egzystował poza relacją dziękczynienia. Dotyczy to także naszych zmysłów. Cześć Bogu oddawać można wszystkimi pięcioma - również przez dotyk.
Wyrazem tej pierwotnej wiedzy jest instynkt małego dziecka, dla którego wszelkie wrażenia klasycznie sensualne: chwytanie i dotyk, chłonięcie niezrozumiałych dźwięków, kolorów i zapachów, stanowią pierwszy wyraz fascynacji otaczającym go światem. Wiedzą też o tym ludy plemienne, dziedziczące prastare sposoby kontaktu ze światem nadprzyrodzonym. Znajomy misjonarz z Australii opowiadał mi, że gdy w świeżo objętej przezeń kaplicy zapowiedział Aborygenom, że będzie ich nauczał o życiu i zbawiennej męce Chrystusa, usłyszał: "Lepiej popatrzmy na krzyż i zaśpiewajmy".
Ktoś mógłby powiedzieć, że my, ludzie Zachodu, wyrośliśmy już z podobnych form poznawania Boga. Zastrzeżenie to jest jednak zasadne tylko o tyle, o ile nie zakłada przeciwstawiania zmysłów rozumowi. Ortodoksyjne chrześcijaństwo nigdy tego nie czyniło; nauka Kościoła wręcz głosi, że jedno wspiera drugie. W imię jakich więc racji kontakty z Nim w praktyce zredukowaliśmy do intelektu oraz intelektualnie przetrawionych emocji?
Wcielenie, centralne wydarzenie historii zbawienia, to najmocniejszy z możliwych wyraz afirmacji materialnego świata. Wcielony Bóg nie tylko poniósł zań ofiarę życia, On też pozostaje w nim nieustannie obecny poprzez sakramenty, które dają zbawienie duszy i ciału człowieka.
Święty Lucjan Męczennik z Antiochii swoją ostatnią Eucharystię, odprawioną w celi rzymskiego więzienia, celebrował z uczniami - z braku stołu - na własnym ciele: "Stołem wam będzie moja pierś, świątynią zaś będziecie wy sami". Lucjan, Ojciec Kościoła i teolog, doskonale wiedział, że ciało żyjącego człowieka to najbardziej godny obiekt, by odprawiać na nim tajemnice Paschy Chrystusa. Prowadzeni tą samą intuicją księża, więzieni w stalinowskich łagrach i hitlerowskich kacetach, na własnych dłoniach konsekrowali przemycony zza drutów chleb i wino.
"To nie człowiek zastępuje ołtarz. To ołtarz jest symbolicznym zastępowaniem człowieka, który cały ma być ołtarzem Boga" - usłyszałem od pewnego zakonnika. Tę właśnie myśl wyrażają katolickie i prawosławne ryty tzw. dedykacji ołtarza, naśladujące obrzęd inicjacji chrześcijanina: ołtarz skrapia się wodą jak chrzczonego człowieka, namaszcza krzyżmem jak bierzmowanego, wreszcie nakłada biały obrus, ustawia świece i celebruje się na nim pierwszą Eucharystię - podobnie jak świeca i biała szata są nieodzownymi akcesoriami pierwszej komunii.
Własnym ciałem służymy Bogu także wtedy, gdy oddajemy je drugiemu człowiekowi. "Tym pierścieniem cię poślubiam (...) i moim ciałem cześć ci oddaję" - tymi słowami przysięgał swojej wybrance narzeczony w XVI-wiecznej, jeszcze katolickiej Anglii.
Postawa afirmacji ciała i materii już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa wzbudziła sprzeciw ludzi pozostających pod wpływem manichejskiej doktryny dobra i zła, które walczą o panowanie nad światem. W oczach chrześcijańskich manichejczyków pierwiastek zła wyrażał właśnie to, co cielesne i materialne. "Skażoną" materię przeciwstawiano więc "dobremu" duchowi. Przekonanie to zostało uznane za niezgodne z nauką Kościoła już przez świętego Augustyna; kropkę nad "i" postawił w 1312 r. sobór w Vienne, uroczyście potwierdzając komplementarność duszy i ciała. Psychofizyczną jedność człowieka przedstawia też liturgia: jej wyrazem jest chociażby wpuszczanie przez celebransa okruchu ciała Chrystusa do kielicha z Jego krwią, co dokonuje się tuż przed komunią.
Jednak echa manichejskich poglądów pod różnymi nazwami przetrwały w chrześcijaństwie na przestrzeni całej jego historii, aż do dziś. I chyba trudno się temu dziwić. Tendencje do polaryzowania obrazu świata i przeciwstawiania materii duchowi znajdują uzasadnienie w psychice człowieka. Wielu z nas zwyczajnie nie mieści się w głowie, że Bóg mógł uniżyć się do tego stopnia, by wcielać się w pokarm dla człowieka. I to w pokarm jak najbardziej realny, podlegający biologicznym procesom trawienia. A jednak taka właśnie jest Jego wola. Bóg pozwala nam siebie dotykać, a nawet zachęca nas do tego mówiąc: bierzcie i jedzcie! Bierzcie i pijcie!
To zachęta do prawdziwego, nieudawanego jedzenia i picia. Pierwsi chrześcijanie bez ceregieli łamali chleb, czyli ciało Chrystusa, my natomiast, przyjmując je w postaci opłatka, gryziemy i przeżuwamy je przed połknięciem, gdyż tak działa ludzki organizm. Jeszcze do niedawna katechizmy instruowały nas, by komunię połykać bez naruszania zębami opłatka, ale te wskazówki brały się z opacznego rozumienia, do czego służy przeistoczony pokarm życia. On właśnie po to jest, by go smakować - inaczej skąd byśmy wiedzieli, że Pan jest "dobry jak chleb"?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















