Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

„Po prostu ohyda"

„Po prostu ohyda"

06.12.2007
Czyta się kilka minut
Niejednoznaczność szpetoty i bliskość jej związków z pięknem to jeden z najważniejszych wątków tej arcyciekawej antologii, która stanowi drugie skrzydło wydanej już u nas "historii piękna.
C

Co decyduje o tym, że motyl wydaje nam się ucieleśnieniem subtelności, a chrząszcza gnojarza najlepiej w ogóle nie zauważać? Czy piękno zawsze znaczy dobro, a zło swoją szpetotą samo przed sobą ostrzega? Kiedy brzydota bywa piękna, a piękno budzi obrzydzenie? I co sprawia, że nasz wzrok mimowolnie szuka tego, co budzi grozę; dlaczego w ohydzie znajdujemy przyjemność?

Powyższe pytania sugeruje już "Niedobrana para" Quentina Metsysa, renesansowy obraz z okładki "Historii brzydoty" - antologii zredagowanej przez Umberta Eco, książki stanowiącej naturalne dopełnienie dostępnej jeszcze w księgarniach, niezwykle popularnej "Historii piękna". Oto kobieta o mlecznej cerze i orzechowo-złotych włosach ukrytych w renesansowym czepcu. Obok niej mężczyzna o nieproporcjonalnej twarzy, w której dominują rozchylone drapieżnie, nazbyt szerokie wargi (zza nich wychylają się nieliczne zachowane zęby) oraz bezkształtny, monstrualny nos.

Trudno o bardziej czytelne ucieleśnienie antytez: piękna i brzydoty, harmonii i chaosu, ładu i niepokoju. A jednak przeciwieństwa wyraźnie się przyciągają: młoda kobieta łagodnym gestem gładzi podbródek podstarzałego mężczyzny; on mocno ściska tył jej głowy i delikatnie gładzi kobiecą pierś. O tym właśnie - o bliskości pojęć kontrastowych - opowiada antologia Eco.

Dodać przy tym trzeba, że mowa o książce szczególnej, balansującej między podręcznikową chronologią a eseistyczną tematycznością, między tym, co wysokie, a tym, co popularne. Jednakową rolę przyznaje ona komentarzowi redaktorskiemu, tekstom archiwalnym oraz (wcale nieoczywistym) przedstawieniom wizualnym, które relacjonują przynajmniej trzy tysiące lat myśli ludzkiej: żaden z tych elementów nie jest wyłącznie podpisem albo ilustracją. Każdy stanowi poważny element dyskusji.

Na początku przywołani zostają klasycy: Poliklet i Witruwiusz - twórcy antycznej kalokagatii, nierozerwalnie łączącej piękno z dobrem, teorii dobrze rozumianej jeszcze całkiem niedawno, np. w wiktoriańskiej Anglii, gdzie dżentelmen miał się odznaczać nienaganną powierzchownością, sportową zwinnością, a zarazem mocną identyfikacją patriotyczną i moralną (czyż nie taka właśnie jest atmosfera kryminałów Agaty Christie?).

Jednak czy w tej uniwersalistycznej wizji "piękna i dobra" zmieściliby się wielcy mężowie starożytności, choćby tylko filozof Sokrates albo bajkopisarz Ezop? Można wątpić. Pierwszy usłyszał pochwałę swojej brzydoty od ukochanego ucznia Alkibiadesa, który porównał filozofa do sylena o pomarszczonej twarzy i zaniedbanej brodzie. Ezop zaś, jeśli wierzyć anonimowemu biografowi z początku naszej ery albo siedemnastowiecznemu malarzowi Diego Velázquezowi, był "z wyglądu odpychający (...), wstrętny, brzuchaty, z wielkim łbem i płaskim nosem, przygarbiony i o ziemistej cerze. Lichego wzrostu, z platfusem i przykrótkimi rękami, koślawy, z wydętymi wargami, po prostu ohyda". Oto szpetota rozumiana jako maska ukrywająca mądrość i dobro.

Podobną drogą poszła sztuka dojrzałego średniowiecza, w której brzydota zachowała swój dychotomiczny wymiar. Młodzieńczego, apollińskiego Dobrego Pasterza z rzeźb wczesnochrześcijańskich zastąpiło wówczas naturalistyczne wyobrażenie biczowanego, koronowanego cierniem, wreszcie ukrzyżowanego Chrystusa - arcyczłowieka. Na piętnastowiecznych tryptykach widzimy postać podziurawioną jak sito, ze strumieniami krwi wytryskującymi w kierunku widza. Ta apoteoza bólu po setkach lat powróci w innym medium: nie bez powodu Eco zestawia piętnastowieczny obraz Memlinga z kadrem filmu "Pasja" Mela Gibsona.

Ale ta sama scena bywa konstruowana odwrotnie. Na obrazie Hieronima Boscha zauważamy piękną, spokojną twarz Chrystusa otoczonego przez siepaczy - bardziej groteskowych niż strasznych w swej chorobliwej szpetocie.

Dalej droga prowadzi już wprost do wyobrażeń piekła, których źródłem jest Apokalipsa św. Jana odczytana przez kulturę popularną dosłownie jako "opowieść o prawdziwych rzeczach". Oto np. "Paszcza piekielna" Mistrza Katarzyny z Cl?ves: z otwartego, jakby kociego pyska, spośród czerwonych płomieni wychylają się rozmodlone postaci, którym na pomoc ruszają anioły. Tyle tylko że nawet tutaj monstrualny, zwierzęcy diabeł morderca przypomina nieco fantastyczne poczwary z romańskich opactw: półkonia-półkozła z ogonem węża, jednorożca, leśnego człowieka...

Monstrom tym poświęcił uwagę św. Augustyn w "Państwie Bożym", stwierdzając, że one także są synami Boga, który "wie, gdzie i kiedy należało coś stworzyć, i dobrze rozeznaje, w jaki sposób rozłożyć podobne do siebie części, aby uzyskać piękną całość. Kto jednak nie może całości tej objąć wzrokiem, tego razi pozorna brzydota niektórych części".

Niejednoznaczność szpetoty, bliskość jej związków z pięknem, fakt, że ona także została stworzona, to jeden z najwyraźniejszych wątków, które przewijają się przez kolejne rozdziały. Antologia jest również próbą stworzenia swoistej "systematyki". O dziwo, niewielu teoretyków zajmowało się w przeszłości tym tematem. Dla większości brzydota pozostawała po prostu cieniem piękna. Dlatego, jak pisze Eco, "historia brzydoty będzie musiała się odwoływać do (...) przedstawień wizualnych i werbalnych, przedmiotów lub osób, które postrzegane były jako »brzydkie«".

Autor proponuje podział na "brzydotę jako taką, brzydotę formalną i artystyczne przedstawienie ich obu". Innymi słowy: na brzydotę jako temat, środek artystyczny i jakość. Bywało jednak i tak, że np. "artyści awangardy reprezentowali brzydotę jako taką i brzydotę formalną, niekiedy zwyczajnie deformowali swoje wyobrażenia, lecz publiczność widziała ich prace jako przykłady brzydoty artystycznej. Nie odbierała ich jako pięknych przedstawień rzeczy brzydkich, lecz jako brzydkie wyobrażenie rzeczywistości". Ten konflikt nadal pozostaje aktualny.

Tu pojawia się jeszcze jeden aspekt "Historii brzydoty": książka odwołująca się do kilku tysiącleci dziejów kultury Zachodu jest mocno osadzona we współczesności. Czy żyjemy w czasach, w których brzydota - odrodzona w okresie romantyzmu i dowartościowana w wieku XX - ostatecznie zwycięża nad pięknem? Wydawać by się mogło, że tezę tę łatwo udowodnić. Rozdział poświęcony dwudziestowiecznym awangardom nosi nawet znaczący tytuł - "Triumf brzydoty".

Jednak sam Eco podkreśla ponadczasowość i uniwersalizm niektórych motywów kojarzonych z tym, co budzi naszą odrazę. Kiedy patrzymy na jednego z bohaterów "Gwiezdnych wojen" George'a Lucasa, przypominają się maszkary z wież paryskiej Notre Dame. Prześladowcy Chrystusa z "Drogi Krzyżowej" Hieronima Boscha ufryzowani są niemal dokładnie tak samo jak współczesny "punk". Czym wreszcie naga, wychudzona stara kobieta z fotografii Andreasa Serrano różni się od jakże częstych w dawnej sztuce wanitatywnych wyobrażeń "trzech okresów z życia człowieka"?

Równolegle zachodzi proces odwrotny: to, co kiedyś uznawano za brzydkie, po latach okazywało się piękne. Wszak "Boskiej Komedii" zarzucano niejasność i ordynarność, a Napoleon przed koronacją na cesarza kazał zburzyć gotycki tympanon głównego portalu paryskiej katedry. Ciekawe, co z tego, co dziś wydaje się ohydą, za jakiś czas okaże się arcydziełem harmonii?

***

I jeszcze jedno. Antologia przygotowana przez Umberta Eco pojawiła się w Polsce niemal równocześnie z "Nightwatching" Petera Greenawaya, filmem, do którego kluczem jest słynna "Straż nocna" Rembrandta. To ciekawa koincydencja: wszak członkom amsterdamskiej gildii strzelców, zleceniodawcom malarza, nie spodobała się "prawdomówna brzydota" tego zbiorowego portretu...

"Historia brzydoty", redakcja Umberto Eco, przekład zbiorowy, Poznań 2007, Dom Wydawniczy Rebis.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]