Reklama

Plamy na modlitewniku

Plamy na modlitewniku

25.01.2007
Czyta się kilka minut
"Moje życie było związane z wojnami - opowiada człowiek, który ponad pół wieku temu szedł z żołnierzami szturmującymi Monte Cassino. Tyle że zamiast karabinu miał modlitewnik.
Prowizoryczne groby polskich czołgistów poległych pod Monte Cassino, przykryte gąsienicami
C

Czasem można go spotkać na krakowskim placu Wszystkich Świętych, gdy idzie na pocztę z listami. Albo na Grodzkiej, kiedy zmierza do kościółka św. Idziego pod Wawelem, by odprawić Mszę dla harcerzy. W czarnej kapie, z laską i beretem.

W pośpiechu, bo choć 96. rok życia na karku, wciąż czeka na niego wiele obowiązków: harcerze, lwowiacy i kombatanci. Wszyscy chcą się spotkać, powspominać, prosić o błogosławieństwo.

Urodził się w Strzemieniu, w 1911 r. Rodzice nadali mu imię Franciszek (Adam to imię zakonne). Strzemień, niewielka wieś, leżała w powiecie żółkiewskim na Kresach. Poszczególne rodziny mieszkały w przysiółkach; Studzińscy z pięciorgiem dzieci w domu pod lasem, w tzw. Baranach. - Gdy wybuchła wojna, skończyłem trzy lata, ale nieźle się orientowałem, co się dzieje - wspomina. Obrazy z Wielkiej Wojny to jedne z pierwszych wrażeń z dzieciństwa. - Moje życie związane było z wojnami - mówi.

Aby oglądać maszerujące wojska austriackie, wspinał się na wysoki parkan. Imponowali mu ułani w niebieskich bluzach i czerwonych spodniach; tak ich zapamiętał. Potem tymi samymi drogami maszerowali Rosjanie, ale był to widok inny: w chaosie szli łąkami i polami, przez całą szerokość równiny, paląc napotkane domy.

Nieszczęście ominęło dom Studzińskich, choć niewiele brakowało. - Ponieważ mieszkaliśmy pod lasem, Moskale wzięli go za gajówkę i chcieli spalić, bo mieli nakaz niszczyć zabudowania dworskie - wspomina. - Uratowała nas jajecznica. A raczej mama, która na prośbę rosyjskiego żołnierza ją zrobiła.

Również za drugim razem interweniowała mama. Kiedy ogniem zajął się pobliski budynek, pani Studzińska sypnęła w stronę lasu solą poświęconą w dniu św. Agaty. Miała ona chronić przed pożarem. W tym czasie krewni ukrywający się u Studzińskich stali przed domem z obrazami świętych, skierowanymi w stronę ognia. Wiatr zmienił kierunek, a o wydarzeniu opowiadano przez lata w całej okolicy.

Potem ojciec został wzięty do wojska austriackiego, by po zakończeniu wojny wstąpić do polskiej armii Hallera we Francji. Gdy po 1918 r. halerczycy zostali przerzuceni do Polski, brał udział w ofensywie w Małopolsce Wschodniej.

Tymczasem Franciszek idzie do szkoły. Najpierw powszechnej w Strzemieniu, potem do gimnazjum w Żółkwi. W 1928 r. wstępuje do zakonu dominikanów. W 1937 r. zostaje wyświęcony na księdza.

Wrzesień

Z wybuchem kolejnej wojny było tak: - Ponieważ w kraju rosło napięcie, postanowiłem przerwać wakacje u brata i udać się na wyznaczoną przez przełożonego placówkę, do Czortkowa na Kresach. Wcześniej jednak musiałem zabrać rzeczy z Krakowa - opowiada o. Adam.

Tu zastał go 1 września 1939 r.: - Rano jesteśmy na modlitwie w chórze. Słyszymy wybuchy. Nie bierzemy tego jednak za oznaki wojny, tylko ćwiczenia przeciwlotnicze.

Do modlących się informację o wojnie przynosi ojciec Dalmacy, klasztorny prokurator. Nie przerywają modlitw; po nich odprawiają Mszę konwentualną. Dopiero po jej zakończeniu zaczynają organizować schron w klasztornej krypcie.

Przełożony zarządza, że zakonnicy mają jak najszybciej znaleźć się na przydzielonych placówkach. W krakowskim klasztorze, prócz ojca Adama, jest ojciec Atanazy Fic, doktor archeologii i teolog, który wracał do Lwowa. Przyjdzie im wspólnie podróżować na wschód. Trwa to kilka dni: pociągiem, na piechotę, furmanką. Z tłumem spanikowanych kobiet i dzieci, z żołnierzami. Niemal w każdym miejscu, do którego przybywali, czekało na nich bombardowanie. - Niemcy deptali nam po piętach - mówi.

Dotarli do Lwowa. Miasto przygotowywało się do obrony. W klasztorze brak miejsca dla nowo przybyłych. Decyzja: do Czortkowa. - Mając w pamięci trudy ostatniej podróży, poprosiłem prowincjała o pieniądze na rower - wspomina o. Adam. - Kupiłem sobie piękny model Tour de France. Był to pomysł doskonały na przemieszczanie się, ale kilkanaście dni później pojazd ten o mało nie stał się przyczyną utraty życia. Niewiele brakowało, aby mnie jeden Ukrainiec na drodze zastrzelił. Chciał mnie obrabować, wymierzył już z pistoletu. Oddałem rower. Gdy trochę ochłonął, powiedziałem, że jestem księdzem. Na co on: "A ja chciałem księdza zastrzelić...".

Nie jest to jedyna historia z 1939 r., gdy ledwie uszedł z życiem. Tak było w czasie podróży z Krakowa, gdy wraz z o. Ficem zostali wzięci za szpiegów (krążyła wieść, że Niemcy przebierają się za duchownych). Uratował ich znajomy, który - cudem niemal - pojawił się w krytycznym momencie.

Równie niebezpiecznie było, gdy kresowymi drogami samotnie zmierzał ku granicy z Węgrami. Ukraińcy napadali na Polaków. - Drogę zatarasowała mi banda nastolatków. Ponieważ sam wyglądałem jak rzezimieszek, miałem na sobie straszliwie poplamione ubranie, nie zatrzymali mnie. Pewnie tylko dlatego przepuścili - zastanawia się o. Adam.

Już w Czortkowie dowiedział się o agresji ZSRR: - Szesnastego, w sobotę wieczorem, wpadła kobieta z informacją, że bolszewicy budują mosty na Zbruczu. Nikt jej nie uwierzył, byliśmy przekonani, że zawarte układy gwarantują nam bezpieczeństwo. O świcie następnego dnia do klasztoru przybiegł posłaniec z pobliskiego pułku z wieścią, że bolszewicy przekroczyli granicę.

Ludność rzuciła się do ucieczki, a ojcowie zostali zwolnieni z obowiązku pozostania w klasztorze. Studziński postanowił ruszyć nie na Zaleszczyki, ku granicy (tam szli wszyscy), ale w kierunku Stanisławowa. Wierzył jeszcze, że polskie wojsko będzie się bić w Karpatach.

Po kilku dniach jazdy rowerem dotarł do granicy węgierskiej. Tam przyszło mu oglądać dramat polskich żołnierzy, zmuszonych do złożenia broni i przejścia na drugą stronę. Pamięta, że niektórzy płakali.

Wkrótce i on znalazł się na Węgrzech, aby przez kolejne miesiące pomagać internowanym Polakom: żołnierzom i cywilom.

Kapelan

O. Adam: - Na Węgrzech miałem jak najlepszą opinię i dzięki rozmaitym kontaktom, np. w konsulacie, mogłem nieść pomoc tym, którzy jej potrzebowali.

W pierwszym miesiącu pobytu - po tym, jak szczęśliwie dotarł do Budapesztu, gdzie zaopiekowali się nim współbracia z zakonu - zajął się objeżdżaniem obozów dla internowanych Polaków. Do jego obowiązków należało sprawdzenie panujących tam warunków. Służył też opieką duszpasterską: odprawiał Msze, spowiadał. Starał się pomagać wszystkim: młodzieży (próbował wraz z pewną nauczycielką założyć polskie gimnazjum), rodzinom (we wzajemnym poszukiwaniu się), żołnierzom.

Z czasem to tym ostatnim poświęcił się całkowicie. Dzięki legitymacji kapelana, wydanej przez węgierskiego biskupa, wykonywanie posługi w obozach wojskowych było łatwiejsze. Zaczął pomagać w organizowaniu przerzutu żołnierzy z Węgier do Francji; załatwiał cywilne ubrania dla uciekinierów. Wspomina: - Wojskowi przychodzili do nas na plebanię, w zakrystii zrzucali mundur, przywdziewali cywilne ubranie i wychodzili, jakby nigdy nic.

Interweniował też w sprawie żołnierzy, kuszonych możliwością powrotu do kraju. Wiedział, że to podstęp i w efekcie żołnierze wpadną w ręce wroga.

- Pewnego razu - wspomina - już pod koniec mojej misji na Węgrzech, znalazłem się w opałach. Ponieważ nie wypaliła akcja, w której brałem udział, trzeba było uciekać. Tyle że jedynym możliwym kierunkiem był ten, w którym znajdował się wróg. Dzięki Bogu, udało się zachować zimną krew. Uciekałem jak Zagłoba - śmieje się.

Wkrótce po tym zdarzeniu wraz z grupą żołnierzy znalazł się w Jugosławii. Przez kilka kolejnych miesięcy znowu służył Polakom, by potem wraz z "turystami Sikorskiego" (jak nazywano Polaków wędrujących przez Europę do armii na Zachodzie) trafić do Palestyny.

Tu został, już oficjalnie, powołany do wojska. Najpierw jako p.o. szefa duszpasterstwa 2. Brygady Czołgów. W sierpniu 1942 r. przeszedł do 4. Pułku Pancernego "Skorpion" - i w nim pozostał.

Na Bliskim Wschodzie - w Palestynie, Iraku i Iranie - spędził ponad półtora roku. Brał udział w ćwiczeniach, by przywyknąć do warunków pola walki.

Tak nadszedł grudzień 1943 r. Z pułkiem znalazł się najpierw w Egipcie, aby potem, już w 1944 r., ruszyć do Włoch. Tam, gdzie alianckie dywizje krwawiły od miesięcy, uderzając na tzw. Linię Gustawa. W jej centrum górował klasztor na Monte Cassino.

Przed walką

Z Egiptu armię czekała podróż przez Morze Śródziemne. Zaokrętowano ich w Wielkim Tygodniu 1944. - Dostałem się na pokład okrętu flagowego, płynęło na nim 5600 ludzi. Jako kapelan dostałem kajutę pojedynczą, co było przywilejem - wspomina. Nawet dowódcy mieszkali we wspólnych kajutach, a szeregowi pod pokładem, w dusznych halach.

W Wielki Czwartek flota ruszyła. Ojciec Adam akurat odprawiał Mszę: - Pod koniec liturgii słyszę potworny hałas, strzelanina, przyspieszam więc z modlitwami, żeby jak najszybciej wybiec na pokład. A tam cudowne widowisko: flota opuszcza port, jak okiem sięgnąć okręty i statki "odtwarzające obronę". Polegało to na sprawdzeniu sprawności dział, które strzelały do "rękawa" umocowanego na tyle samolotu. W pewnym momencie wszystko ucichło i zaczęła się podróż.

Po dotarciu do Włoch, żołnierze II Korpusu gen. Andersa dostali kilka tygodni na przygotowanie się przed ruszeniem na front. Nie wiedzieli, kiedy to nastąpi.

O. Adam: - Przez cały czas toczyły się dyskusje i prorokowania. Pamiętam, jak kapitan Drelicharz mawiał, że dobrze byłoby znaleźć się pod Monte Cassino, bo wtedy Polacy staliby się sławni.

- Słyszeliśmy, że tam jest straszna rzeź - mówi. - Tymczasem wśród żołnierzy panowała wielka radość. Mieliśmy święta, Wielkanoc. A poza tym była wiosna, zieleń, świeżość i wszystko to po niewygodach pustyni. Wciąż trwały ćwiczenia, dozbrajanie, aż w końcu przyszedł czas na ostatnie przygotowanie, duchowe. Zrobiłem rekolekcje, żołnierze się spowiadali. Teraz miała się zacząć dla nas wojna.

Walka

- 11 maja przed południem podano do wiadomości, że w nocy o 23.00 zacznie się ofensywa - wspomina o. Studziński. Wcześniej czołgi musiały dojechać na pole bitwy. Po zbiorowym rozgrzeszeniu, którego udzielił, żołnierze ruszyli. On z lekarzem jechali wozem pancernym: - Przyznam, że kiedy człowiek leży na dnie takiego wozu, to sobie tak myśli: i po co to wszystko...?

Rozpoczęła się kanonada z dział. Nie sposób było rozróżnić poszczególnych strzałów. Trudno dziś sobie wyobrazić, jak potworne to robiło wrażenie. Wspomina: - W czasie tej drogi zdarzyło się nieoczekiwanie, że ja wraz z lekarzem znaleźliśmy się na początku kolumny czołgów. Stąd niektórzy mówią, że to ksiądz prowadził pułk do ataku... A to się stało przez przypadek - dodaje.

Czołgi 4. Pułku Pancernego zaatakowały tzw. Gardziel: górski wąwóz. Szło natarcie za natarciem, odpierane przez Niemców. Jego miejsce, kapelana, było przy punkcie sanitarnym i przy lekarzu. Czuwał, aby wszystkich rannych opatrzyć sakramentami, nim dżipy zawiozą ich w dolinę, do szpitala. Mimo że, jak mówi, starał się koncentrować na posłudze duchowej, co chwila pomagał też sanitariuszom.

Już po pierwszym ataku zaczęły spływać tłumy rannych: - Wyglądało to jak procesja. Jedni leżeli jęcząc i płacząc, inni stali w bezruchu, niczym zjawy, z twarzami wykrzywionymi bólem. Nasza praca wyglądała tak: lekarz po podaniu morfiny malował chemicznym ołówkiem literę "M" na czole żołnierza, żeby inny medyk nie zrobił drugiego zastrzyku, bo taka dawka mogła oznaczać śmierć. A ja, po udzieleniu namaszczenia, obok tej litery "M" stawiałem krzyżyk swoim ołówkiem.

- To była praca straszliwa - mówi. - Tym bardziej że mieliśmy mało czasu i trzeba było wyłowić tych, którzy byli w najgorszym stanie. W sercu rodziła się rozpacz. Brakowało nawet chwili na słowo pociechy czy jakiegoś wsparcia, wtedy tak bardzo potrzebnego. Do dziś pamiętam twarze tych ludzi i to, co mi opowiadali w ostatnich chwilach życia.

Zachowało się zdjęcie: karta jego modlitewnika, z zapisaną ręcznie modlitwą za umierających, z szarymi plamami - to krew tych, którzy umarli na jego rękach.

Do jego zadań należało też ustalanie tożsamości poległych. Wypełniał w ten sposób rozkaz, by zarejestrowano każdą śmierć, było to ważne dla pamięci o konkretnych ludziach, którzy zginęli.

Został pod ogniem, gdy zlikwidowano punkt sanitarny po tym, jak pocisk uderzył w środek placyku, na którym leżeli ranni. Ranny został też lekarz. O. Adam przeszedł wtedy do pułku piechoty. - Nie chciałem się wycofać, choć dowódca mnie do tego zachęcał. Byłem zdrowy i nie mogłem tak po prostu zejść - mówi.

Czasem ogarniał go strach, który tłumił modlitwą. - Próbowałem przekonywać sam siebie, że strach księdzu nie przystoi, że nie powinienem się bać. Niekiedy jednak ciężko było zapanować nad roztrzęsionym organizmem - dodaje. Raz pocisk uderzył niemal pod jego nogami tak, że siła wybuchu rzuciła go do góry. Innym razem uratował go hełm.

18 maja żołnierze zajęli opuszczony przez Niemców klasztor. O. Adam mówi: - Rzeczywiście było tak, że pole walki pokrywały czerwone maki, a w powietrzu słychać było śpiew słowików. Choć w tamtej sytuacji wydawało się to anachroniczne, serce ogarniało wzruszenie. Człowiek czuł się jak nowo narodzony, zadowolony, że żyje, że z tego wyszedł. Ale radość trwała krótko, dostałem rozkaz udania się z żołnierzami pod Piedimonte.

To była druga część bitwy: przełamanie tzw. Linii Hitlera, której osią było miasteczko Piedimonte. Po jego zdobyciu przyszedł czas odpoczynku. Ale nie koniec ani kampanii włoskiej, ani wojny.

Za udział w bitwie pod Monte Cassino o. Studziński został odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari. Nie był to jego jedyny medal za odwagę.

***

Koniec II wojny światowej nie oznaczał dla niego końca walki - tyle że już innej. Po powrocie do Polski w 1947 r. znów znalazł się "na pierwszej linii": aresztowany, kilkanaście miesięcy spędził w komunistycznym więzieniu. Tam dostąpił "zaszczytu": był przesłuchiwany przez samego Mieczysława Moczara, później ministra spraw wewnętrznych, który podobno koniecznie chciał go poznać. I wówczas starał się służyć współwięźniom; potajemnie udzielał sakramentu pojednania skazanym na śmierć. Miał jednak szczęście: dość szybko wypuszczono go na wolność.

Potem była normalna praca duszpasterska: najpierw w parafii na warszawskim Służewie, potem w Krakowie. Mimo trudności czynionych przez władze, skończył studia na Akademii Sztuk Pięknych i oddał się swojej pasji: konserwacji średniowiecznego klasztoru dominikanów w Krakowie. Tu mieszka do dziś.

W ubiegłym roku został mianowany generałem brygady Wojska Polskiego.

***

Kilka lat temu spisał wspomnienia; ukazały się w małym wydawnictwie pod tytułem "Wspomnienia kapelana Pułku 4 Pancernego »Skorpion« spod Monte Cassino".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]