Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pisarz do oglądania

Pisarz do oglądania

17.05.2014
Czyta się kilka minut
Istnieją co najmniej dwa mocne dowody na to, że życie literackie istnieje. Pierwszy to jego widowiskowe upodabnianie się do życia bez przymiotników; drugi, że irytuje.
O

Od jesieni do wiosny przydarzyły się trzy literackie afery. Najpierw poszło o principia. Małgorzata Kalicińska, autorka pogodnych i lubianych powieści na tematy, z grubsza biorąc, sercowe i geograficzne, sformułowała problem fundamentalny: dlaczego w Polsce nagradza się tylko twórczość ciemną i pesymistyczną, a jasnej i dającej otuchę nie? Było to w chwilę po przyznaniu Nike Joannie Bator za utwór „Ciemno, prawie noc”, też w końcu niepozbawiony walorów rozrywkowych, trudno więc było odmówić spostrzeżeniu Kalicińskiej słuszności. Bo czy rzeczywiście ciemne jest lepsze lub głębsze, a jasne płytsze i głupsze z definicji? A może powinniśmy wyżej cenić to, co rzadsze, czyli – w naszych warunkach – jaśniejsze?
Potem było o pieniądzach. Kaja Malanowska poskarżyła się na Facebooku, że za swą wartościową, nominowaną do nagród powieść zarobiła okropnie mało. Faktycznie, niedużo, niecałe siedem tysięcy – żaden zarobek. Gdyby choć dostała którąś z nagród lub rzucili się na nią czytelnicy! Niestety, na nagrody za jasna, do czytania – nie dość. Autorka zagroziła porzuceniem zawodu, a świat – jak zwykle w takich razach – odsłonił wszystkie swoje buzie, twarze i gęby. Współczucie, kpina, buta. Płacić więcej, dać stypendia, wyrwać wydawcom, zmusić państwo do troski, zarobić samemu, pisać tak, żeby pisanie się sprzedało, przestać marudzić.
Ale dyskusja nie poszła na marne. Pisarze wzięli los w swoje ręce, ewentualnie powierzyli go agentom. Na razie niektórzy, co podkreślam, żądają więcej za spotkania z publicznością. Pięć tysięcy za wieczór, plus oczywiście hotel, podróż; za jakiś czas skrzynka coli, psychoterapeutka – próbuję się domyślić. Wybitny znawca ludzkiej biedy chce mniej, trzy i pół tysiąca – oraz dodatki. Pisarz dość poczytny, którego powieści regularnie sprzedają się w nakładzie ok. trzech tysięcy egzemplarzy, z dobrymi widokami na przyszłość, uprzejmie, acz stanowczo prosi o dwa tysiące netto. Zauważmy, literatura mówi o pieniądzach! Czy coś w tym złego?
Nie sądzę. Pisarzom należy się prawo do dostatku, jak wszystkim. Ale nic też szczególnie dobrego. Bo pisarz nie jest tożsamy ze swoim dziełem, spotyka się z ludźmi, żeby zwrócić na nie uwagę. Sam rzadko przypomina filmową seksbombę, nie bryluje w telewizji, nie śpiewa, nie tańczy, nie pichci. To utwór jest przyczyną, żeby się z nim widzieć, rzadko na odwrót.
A poza tym, kogo będzie stać na pisarza? „Jeśli tak dalej pójdzie – skarży się przyjaciółka (i przyjaciółka pisarzy), pracująca w jednej z największych instytucji kulturalnych w mieście – to zamiast dziesięciu autorów rocznie, zaprosimy tylko dwóch. Ale których? Zresztą wkrótce i to nie będzie miało znaczenia, bo w ludziach wygaśnie nawyk i ciekawość”. „A może trzech z zagranicy – podpowiadam – bywają popularniejsi i tańsi”. „A może piętnastu poetów, zależy im na czytelnikach, a czytelnikom – elicie czytelników – na nich”. Myśl, że przeciętnemu prozaikowi trzeba zapłacić więcej niż nieprzeciętnemu poecie zdaje mi się nie do zniesienia, cała ta rozmowa zaś coraz bardziej przygnębiająca, więc wyćwiczonym sposobem oddalam się w pośpiechu.
Niedaleko zaszedłem, bo oto dopada mnie „sprawa Andrzeja Franaszka”, trzecia z afer sezonu. Redaktor „Tygodnika”, broniąc poezji wysokich idei, odezwał się być może niezbyt rozważnie i nazbyt emocjonalnie, lecz lawina polemik, jaka zeszła na jego siwiejącą, a obecnie już całkiem siwą głowę, przerosła najśmielsze rachuby. W obronie poezji, która potrafi być sama dla siebie ideą, i przeciw absolutyzowaniu poezji w gruncie rzeczy staroświeckiej stanęli starzy i młodzi, akademicy i amatorzy, hermeneuci i hermetyści, blondyni i bruneci, kawał narodu. A „Gazeta Wyborcza” nie szczędziła łamów. Słowem: piękny widok. Jeśli czegoś mi szkoda, to głównie tego, że niewiele mówiło się o wierszach. Taka okazja nie powtórzy się prędko.
A na koniec, żeby wiadomo było: grzęznę w ciemnościach, w pisarzach się durzę, a do kwestii poezja vs. emocje jeszcze wrócimy.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]