Zmywam naczynia. Bez podkastu w tle, bez trwającego właśnie spotkania na Google Meet. W ciszy i skupieniu. Dociera do mnie dziwny impuls. Nagle czuję radość i wdzięczność, ale kompletnie nie rozpoznaję, za co. Przecież nic się nie dzieje, zmywam tylko talerze. Po chwili orientuję się, że to powidoki spotkania autorskiego w Gdańsku, w Bibliotece pod Żółwiem, gdzie spotkałam się z tak wieloma przejawami życzliwości, troski i ekscytacji ze wspólnych rozmów, że nie zdążyłam tego zarejestrować.
System się przeładował, a ja upchałam radość i rozkosz rozmawiania z ciekawymi świata ludźmi na tyle głęboko, że przez tydzień zapomniałam, że coś poczułam. Pomogła mi w tym dostateczna ilość zadań, wywiady, wystąpienia w audycjach radiowych i telewizji. Zajętość, podlewana edukacyjnym podkastem w tle czy serialem. Bez chwili na to, żeby zorientować się we własnym przeżyciu.
Ominęło mnie tym samym całe spektrum stanów, których mogłabym doświadczyć, gdybym tylko zrobiła im miejsce, bez rozpraszaczy.
Nic dziwnego więc, że dopiero wychodząc z kontekstu zajętości, bez stymulujących bodźców na drugim planie, dotarła do mnie zaległa radość sprzed tygodnia. Ile myśli, stanów emocjonalnych, refleksji i wrażeń omija nas, kiedy zalepiamy ciszę działaniem? Dlaczego tak trudno jest wytrzymać siebie w bezruchu, stanie głęboko nieproduktywnym?
Słowem – co nam umyka, kiedy każda chwila jest wypełniona informacjami i bodźcami, a brakuje miejsca na swobodny namysł w ciszy?
Jak dać szansę przeżyciom na dotarcie do nas
W psychologii mówimy o zdolności do tolerowania niepewności i ambiwalencji jako przejawie dojrzałości psychologicznej. Człowiek dojrzały zdaje się dobrze sobie radzić z brakiem rozstrzygnięcia różnych kwestii czy jasnej odpowiedzi na zadane pytanie. Jeśli umiem znosić pustkę, bez frenetycznego poszukiwania domknięcia, jestem też zdolna, aby mieścić w sobie sprzeczne myśli, godzić stojące w opozycji argumenty.
Można powiedzieć, że w medialnej kulturze oburzenia, wymuszającej na nas skrajne emocje – od zachwytu i idealizacji, po dewaluację i nienawiść – przejawem buntu będzie kultywowanie postawy symetrycznej. Zakłada ona, że warto dostrzec dwie strony medalu tam, gdzie chciałoby się szybko zredukować czyjś pogląd do godnego wyłącznie poklasku lub potępienia.
Żeby jednak umieć mieścić w sobie wspomniane sprzeczności, trzeba przyjąć, że istnieje jakaś wartość w nierozstrzyganiu, nieopowiadaniu się od razu za czy przeciw. Że danie sobie czasu na namysł otwiera możliwość, aby pewne fakty, wspomnienia, przeżycia miały szansę do nas dotrzeć i jakoś nas dotknąć. Coś w nas poruszyć.
Jeśli rejestrujemy rzeczywistość wyłącznie na poziomie poznawczym, umyka nam komponenta afektywna, a więc to, jak zdarzenia czy interakcje wpływają na nas emocjonalnie. Można więc doskonale pamiętać, co się robiło, jakie zadania się wykonało, a jednak nie mieć zbyt wiele przeżyć z tym związanych. Wtedy funkcjonujemy jak dobrze naoliwione maszyny – sprawne, ale martwe w środku.
Nauka wytrzymywania w ciszy
Zdolność do znoszenia siebie w ciszy i przebywania w bezruchu, ze swoimi myślami, to umiejętność, którą paradoksalnie nabywamy w towarzystwie drugiego człowieka. Brytyjski psychoanalityk Donald W. Winnicott, najczęściej cytowany w kontekście pojęcia „wystarczająco dobrej matki”, w swoim tekście z 1958 r. zatytułowanym „The Capacity to Be Alone” (to jeden z rozdziałów książki „The Collected Works of D.W. Winnicott, vol. 5, 1955-1959”, 2016) stawia tezę, że niemowlę uczy się znosić samotność dzięki obecności wspierającej matki, która, choć fizycznie obecna, nie interweniuje. Stwarza natomiast przestrzeń do tego, żeby dziecko mogło być, bez komunikowania się czy zagadywania ciszy.
Być może wiele i wielu z nas nigdy nie doświadczyło ciszy, w której można bezpiecznie się rozgościć, która nie staje się zagrożeniem do jak najszybszej eliminacji, tylko zaproszeniem do eksploracji swojego świata wewnętrznego. Jeśli tak, wtedy jednym z ważniejszych wyzwań dorosłości staje się nauka wytrzymywania siebie w ciszy poprzez stworzenie bezpiecznej bazy dla możliwości jej zaistnienia – warunków, w których człowiek będzie mógł trwać bez bodźców, bez scrollowania, bez napływających do uszu informacji, bo cisza nie będzie generować napięcia.
Pracując z pacjentami w gabinecie psychologicznym, niejednokrotnie powstrzymuję się przed tym, żeby nie zagadać momentów ciszy, w których dzieje się coś dla pacjenta ważnego. Dociera jakaś informacja, przeżycie, na które nie było w codziennym biegu miejsca. I nie jest tu potrzebna fachowa interpretacja, a raczej moment zaniechania działania, chwila zawieszenia, w której to pacjent czy pacjentka zdąży samodzielnie połączyć kropki.
Kiedy cisza jest nie do zniesienia?
O wewnętrznym i zewnętrznym hałasie, który staje się formą ataku na własne myślenie, ale i niespełnioną potrzebą bycia widzianą przez innych, wnikliwie opowiada pisarka Małgorzata Halber w wydanym w roku 2024 „Hałasie”. „Mam wrażenie, że połowa życia, w którym się obracam, jest wymyślona, ponieważ dzieje się w telefonie, jest powiadomieniami, jest rozmowami, które nie są rozmowami, tylko nieustającą możliwością pisemnej rozmowy” – pisze Halber.
Zalew dopaminowych bodźców sprawia, że wytrwanie w ciszy staje się wyzwaniem wymagającym ponadprzeciętnej siły woli. Podczas czytania czegokolwiek dłuższego niż post na Instagramie uwaga skacze i domaga się szybkiego strzału, sprawdzenia powiadomień. Ten rodzaj specyficznego otępienia i odrętwienia, który czuje się po paru godzinach scrollowania, nie zostawia miejsca na żywe rozmyślanie, zaciekawienie się światem zewnętrznym, zachwyt czymś błahym. I znów – omija nas wiele wrażeń i przeżyć, które nie zdołają do nas dotrzeć, zostać zapamiętane.
Halber stawia tezę, że nie chodzi tu o „narcyzm” współczesnego człowieka, a jego dojmującą samotność, która poprzez media społecznościowe krzyczy: „Zobacz mnie, jestem w tej chwili, zobacz mnie w robieniu tego, co robię teraz. Widzisz? Powiedz coś (skomentuj). Powiedz, że mnie widzisz, bo ja siebie nie widzę, nie mam oczu do widzenia siebie. Nie mam kontekstu. Nie wiem, czy robię dobrze, nie wiem, czy w ogóle istnieję”.
Cisza i trwanie w próżni, bez komunikatów na temat własnej wartościowości, jest nie do zniesienia, jeśli nasz obraz siebie nie stoi na stabilnych fundamentach, a w dużej mierze zależy od zewnętrznej aprobaty. Wtedy generowanie hałasu staje się jedyną możliwą formą bycia w świecie, a ruch i osiąganie pozwalają zgrabnie omijać docierające od wewnątrz sygnały niezadowolenia czy pustki.
Do czego potrzebujemy nudy
Czym właściwie jest jakościowy odpoczynek? Okazuje się, że nie chodzi tu o ciszę dla samej ciszy, a raczej wejście w specyficzny stan umysłu, nastawiony na odbieranie, a nie działanie. Odbieranie informacji z wewnątrz, podłączanie się pod możliwość zachwytu rzeczywistością, konsolidowanie wspomnień, integrowanie przeżyć ostatnich dni z naszą pamięcią i rozumieniem siebie w kontekście.
Kiedy pozwalamy sobie na swobodne dryfowanie w wyobraźni, błądzenie myślami, a nawet nudę, w mózgu aktywuje się tzw. default mode network (DMN), czyli sieć spoczynkowa odpowiedzialna za integrowanie doświadczeń, tworzenie narracji o sobie, planowanie, regulację emocji. Zakłócanie jej działalności poprzez nieustanne zadania nie pozwala nam integrować wiedzy o sobie i świecie, dokonywać pogłębionej autorefleksji, być kreatywnymi czy nadawać rzeczom sens.
Być może to właśnie rozmyślanie będzie tym czymś, co pozwoli nam odzyskać równowagę, dokopać się do ważnych informacji na własny temat i uporządkować rozumienie tego, co nam się przydarza. Odpoczynek przestanie być wtedy intensywnym treningiem czy piątkową imprezą, a możliwością nieograniczonego błądzenia myślami po świecie wyobraźni.
Zresztą, w ciszy myślimy nie tylko swoje myśli. Dociera do nas wszystko to, co na co dzień zagłusza hałas – narracje, którymi nasiąkamy w kontakcie z otaczającą kulturą, przekonania, które stają się nieaktualne dzięki perspektywie innych osób, nadzieje na to, co przyniesie przyszłość, tęsknoty za tym, co już minęło.
Liczne warstwy, z których składa się doświadczenie bycia w świecie, a które wymykają się naszym własnym rozmyślaniom. Odbicie siebie w oczach drugiego człowieka, zrozumienie własnych trudów poprzez kontakt ze sztuką, ale i pytania, które pozwalają spojrzeć na własną sytuację z metapoziomu – to wszystko nie ma szans nas zmienić, jeśli zredukujemy naszą codzienność do działania i osiągania.
Co daje kontakt z własnym zmęczeniem
Wyzwaniem staje się też wypadnięcie z obiegu, doświadczenie stagnacji czy zawieszenia. Dla niektórych osób takim momentem jest urlop macierzyński lub tacierzyński, utrata bliskiej osoby, wypalenie zawodowe, pójście na L4 czy przejście na emeryturę. Ów moment wyjścia z kołowrotka daje niezwykłą okazję, aby przyjrzeć się sprawom z daleka.
Zobaczyć swoje funkcjonowanie „na trzeźwo”, już nie z epicentrum zajętości, emocjonalnego odrętwienia i hałasu, a raczej z dystansu, który ujawnia, jak bardzo jesteśmy zmęczeni, odłączeni od siebie nawzajem i przebodźcowani. I wtedy nie ma już powrotu – nie da się równie gładko wskoczyć z powrotem w wir zadań i działania na wysokich obrotach.
Skontaktowanie się z własnym zmęczeniem zamyka bezpowrotnie drogę do nadużywania swojego ciała, zaciskania zębów i działania wbrew potężnemu przemęczeniu. I jest to dobra wiadomość. Żyję, czuję i dalej już tak nie mogę. Cisza i moment zatrzymania obnażają wszystkie dotychczasowe mechanizmy przekraczania własnych możliwości. W pewnym sensie koszt, który się ponosi, to radykalne zmniejszenie sił przerobowych. A wraz z nim – odzyskanie czasu na refleksję nad tym, co tli się w środku.
Kim jestem, kiedy nie osiągam?
Cisza i doświadczenie siebie jako osoby niedziałającej, nieosiągającej, a raczej rozmyślającej i otwartej na to, co przyjdzie, może stać się dziś antidotum na skrajne emocjonalne odrętwienie, przytłoczenie bodźcami i informacjami. Nie mając doświadczenia bezpiecznego przebywania w ciszy w towarzystwie nieingerującego dorosłego, będziemy musiały i musieli zbudować tolerancję na pustkę i nudę od podstaw.
Z początku może być to niewygodne, drażniące i podważające nasze przekonania na temat własnej wartości. W końcu kim jestem, kiedy nie osiągam, kiedy nie jestem widziana za to, co robię dla innych? Istnieje jednak wartość w poszerzaniu wewnętrznego kontenera na ciszę, pustkę i bezruch – możliwość wejścia w stan umysłu, który pozwala zaciekawić się rzeczywistością, zachwycić, zainspirować. Pomyśleć coś o sobie inaczej, wpaść na pomysł, który nie powieli tego, co już jest, tylko stworzy coś całkiem nowego, twórczego.
W ciszy drzemie też możliwość błądzenia po wyobraźni, introspekcji, konsolidowania informacji z pamięcią, przetwarzania tego, co nam się przydarza, nie tylko poznawczo, ale i afektywnie. Brak bodźców i zatrzymanie to też ćwiczenie się w tym, jak nie rzucać się na odpowiedzi, tylko siedzieć z samymi pytaniami, bez natychmiastowego opowiadania się za czy przeciw. Być może to właśnie w większej różnorodności pytań, nie odpowiedzi, pojawi się lepsze zrozumienie własnych doświadczeń.
W sytuacji przytłoczenia i nieustannego bombardowania nas informacjami to właśnie zawieszenie działania i reagowania na rzecz myślenia, bycia z myślami i czucia na bieżąco tego, co przychodzi, pogłębi naszą obecność i zaangażowanie w życie.
A zmywanie naczyń nie będzie już jedynym momentem, żeby świadomie rejestrować to, co się w nas aktualnie dzieje.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.







