Nie dość, że w dół, to jeszcze się trzęsie – mówi Michał. Dla złapania równowagi co rusz chwyta się poręczy. Mimo trudności, idzie dzielnie przez wiszący most.
Most jest wirtualny: wyświetla się na dużym ekranie, jak w kinie. Michał stawia kroki po przesuwającej się bieżni. Ale ma złudzenie, jakby szedł przez chybotliwą przeprawę.
W poznańskim Szpitalu Ortopedyczno-Rehabilitacyjnym im. Wiktora Degi od kilku lat rehabilitują dzieci i młodzież z mózgowym porażeniem przy wsparciu sztucznej rzeczywistości. To jedno z pierwszych w świecie miejsc, gdzie w rehabilitacji wykorzystuje się świat wirtualny.
Być jak superbohater
– Leczą przede wszystkim ludzie, nie roboty – prof. Marek Jóźwiak jest kierownikiem Centrum Technologicznie Wspomaganej Rehabilitacji dla Dzieci. – Stworzyliśmy przestrzeń leczącą, którą tworzą pacjenci, fizjoterapeuci, rodzice. Awatary też – dodaje.
Jesteśmy w poczekalni. Profesor przykłada plastikową kartę do ekranu. Na sąsiednim ekranie „ożywiają się” awatary. Tak robi każdy pacjent, który trafia tu na rehabilitację: po uruchomieniu aplikacji wybiera superbohatera, który będzie mu towarzyszył przez cały pobyt.

– Przyjazne, przystosowane do potrzeb dzieci miejsce ma zachęcać pacjenta do działania, czyli wyzwalać jego supermoce – mówi prof. Jóźwiak.
Wirtualny świat będzie nam towarzyszył już do końca. Ale najpierw idziemy do Laboratorium Chodu. To sala naszpikowana kamerami i czujnikami, które rejestrują odchylenia chodu od normy i szukają przyczyn jego zaburzeń. – Coś w rodzaju diagnostyki, która pomaga ustalić najbardziej optymalny program rehabilitacji dla każdego podopiecznego – objaśnia Jóźwiak.
Arena Bohaterskich Przemian, Pokój Wyzwalania Siły, Arena Wielkich Kroków, Pokój Walecznych Serc – czytam nazwy sal, w których dzieci wykonują ćwiczenia.
– Na tym polega oddziaływanie przestrzeni leczącej – powtarza profesor. – Tu każdy element pomaga w rehabilitacji.
Idziemy po namalowanych na posadzce śladach lwich łap. – Co lew najbardziej lubi robić? – pyta profesor. – Wypoczywać – odpowiada, nim zdążę pomyśleć.
Wchodzimy do pokoju zabaw. Jest basen kulkowy, migające światełka, leżą porozrzucane zabawki.
Kilkuletnia Karolina siedzi z mamą przy grze. Na monitorze ucieka zając. Żeby go dogonić, dziewczynka musi przesuwać rączką to wzwyż, to wszerz monitora.
– Ćwiczy w ten sposób rękę, ale mentalnie gra. Bawi się zającem, nie ćwiczy – profesor tłumaczy ideę tutejszej terapii.
Niektóre z rozwiązań widział w Stanach Zjednoczonych, Australii, w Europie. – Ale takiego ośrodka nigdzie nie ma – zapewnia. – To nasz autorski pomysł.
Marki od hrabiny
Sto lat wcześniej.
Hrabina Helena Gąsiorowska z podpoznańskiego Bytynia jedzie koleją do Berlina. Po chorobie Heinego-Medina od dziecka niepełnosprawna, a w Berlinie niemiecki lekarz Konrad Biesalski (pochodził z Mazur) założył Brandenburski Zakład Leczniczo-Wychowawczy dla Kalek (tak określano wtedy ludzi z niepełnosprawnością fizyczną).
W pociągu pasażerka spotyka Ireneusza Wierzejewskiego: Wielkopolanin, ortopeda, asystent Biesalskiego, pyta: – Co pani hrabina ma się tłuc do Berlina, nie lepiej byłoby założyć szpital w Poznaniu?
Hrabina daje więc dwa miliony marek w złocie na Poznański Zakład Ortopedyczny – pierwszą taką placówkę na ziemiach polskich. Jest rok 1913. Rodzi się polska ortopedia.
Jej historię opowiada mi Przemysław Daroszewski, dyrektor szpitala nosżącego imię Wiktora Degi – ucznia Wierzejewskiego.
Siedzimy w jego gabinecie, w starym gmachu z czerwonej cegły. Budynek zbudowały 150 lat temu siostry Sacré Coeur. Ledwo się wprowadziły, kanclerz Bismarck kazał im się wynieść. W opuszczonym klasztorze powstał zakład dobroczynny dla samotnych i starszych.
– Jest już po I wojnie, wybucha Polska, w odzyskanym z pruskich rąk Poznaniu powstaje myśl stworzenia pierwszego na ziemiach polskich, w nowo powstałym Uniwersytecie Poznańskim, akademickiego ośrodka ortopedycznego – opowiada dyrektor Daroszewski. Od 1935 r. jego szpital ma siedzibę w budynku po siostrach Sacré Coeur.

Nic się nie stało
– Urodził się z wcześniaczej, bliźniaczej ciąży z prawostronnym porażeniem mózgowym – mówi Grzegorz Radajewski, tata Michała. Jest wdowcem, sam go wychowuje.
Chciałem się przywitać z Michałem i popełniłem gafę: nie mógł podać mi dłoni, bo ma niedowład prawej ręki. Do tego kłopoty z chodzeniem: stopę stawia nie od pięty, ale od palców.
– Nic się nie stało – uśmiechnął się nastolatek, gdy nie wyszło mi przywitanie. Chodzi do podstawówki, nie ma problemów z nauką.
Sześcioletnia Zuzia z Ostrowa Wielkopolskiego też urodziła się jako wcześniaczka (ważyła 800 gramów). Dziecięce porażenie mózgowe objawiło się u niej diplegią – porażeniem dolnych kończyn. Chodzi do przedszkola integracyjnego. – Jest bardzo roztropna, umie już pisać i bardzo chce chodzić – mówi Bożena Kuroszczyk, mama Zuzi.
Czternastoletni Adrian z Poznania urodził się z czterokończynowym porażeniem mózgowym, z autyzmem.
– Potrafi chodzić, bo jest tego sztucznie wyuczony – mówi Iwona Pala, mama Adriana. – Ale bez rehabilitacji pojawia się regres – dodaje.
Gdy rozmawiamy, Adrian wpatruje się w wycięte serce ze swoim imieniem. Stuka w nie palcem.
Patron uśmiechnięty
Wiktor Dega na zdjęciach zawsze jest uśmiechnięty.
Kiedy pod koniec XIX w. patron kliniki przychodził na świat, jego rodzinny Poznań był jeszcze pod zaborem pruskim. Młody Wiktor walczył podczas I wojny światowej w armii niemieckiej, potem przeciwko Niemcom w powstaniu wielkopolskim. Maturę zdał w Koblencji, studia zaczynał w Berlinie, kończył na Uniwersytecie Poznańskim. Jako młody lekarz asystował przy operacjach Ireneuszowi Wierzejewskiemu. Wiedzę z ortopedii rozszerzał w Lyonie, Paryżu, Sztokholmie. Krótko przed kolejną wojną został pierwszym ordynatorem ortopedii w szpitalu w Bydgoszczy – oddział powstał według jego wskazówek.
Po wrześniu 1939 r. dostał się do niewoli, w czasie okupacji kierował chirurgią dziecięcą w warszawskim szpitalu, operował rannych powstańców. Po wojnie wrócił do Poznania. Na Akademii Medycznej stworzył pierwszą na świecie Katedrę Medycyny Rehabilitacyjnej, organizował klinikę ortopedyczną, był ekspertem WHO. Długo namawiano go, żeby został rektorem Akademii Medycznej. Po trzech latach zrezygnował: uważał, że obowiązki administracyjne zabierają mu czas dla pacjentów.
Jako pierwszy w świecie przeprowadził zabieg osteotomii miednicy – pozwala ratować dzieci z wrodzonym zwichnięciem stawu biodrowego. Poznański szpital wykonuje około stu takich zabiegów rocznie.
Dr Daroszewski: – Największy wkład Degi w rozwój ortopedii polegał na tym, że łączył ją nierozerwalnie z rehabilitacją. I my to nieustannie realizujemy.

Egzoszkielet
Ludzik Nicolo idzie przez świat. Na ekranie widać, jak wędruje płaską drogą, czasem napotyka przeszkody, np. musi wejść na kamień albo na grzyb wielki jak on sam.
Zuzia siedzi wpięta w lokomat: to taka zautomatyzowana orteza z symulacją wzorca chodu. Fizjoterapeuta Maciej przygotował dla niej odpowiednie parametry: długość kroku, szybkość.
– Mocniej stawiaj nogę – pan Maciej dopinguje dziewczynkę, bo przed Nicolo wyrósł znowu wielki grzyb.
Zuzia skupiona jest na Nicolo, z którym pokonuje drogę. Żeby mu „pomóc”, zdobywa się na wysiłek.
– Ten, kto to wymyślił, jest geniuszem – zachwyca się mama Zuzi. – Ćwiczenia rehabilitacyjne są monotonne, więc dzieci szybko się zniechęcają. A tutaj starają się, bo to dla nich zabawa.
Wiszący most, który ma pokonać Michał, robi wrażenie: najpierw stromo opada, potem się pnie. Jest chybotliwy. W dole widać przepaść.
Bieżnia, którą idzie Michał, odwzorowuje to, co chłopak widzi na ekranie: podłoże nie tylko się przesuwa, ale zmienia kąt nachylenia: gdy przeprawa opada, bieżnia przechyla się w dół; gdy trzeba rozpocząć podejście, podnosi się. Jakby tego było mało, kolebie się, żeby uzmysłowić, że kładka się kołysze. Żeby ustać na nogach, Michał musi czasem chwycić się poręczy – ćwiczy w ten sposób ręce.
Gdy Michał pokonuje przeprawę, cały czas dopinguje go terapeutka Magdalena. Dobiera dla nastolatka parametry. – Uczymy tutaj chodu, równowagi i radzenia sobie z bodźcami – tłumaczy zalety ćwiczenia.
Wcześniej Michał wpięty był w egzoszkielet. To coś w rodzaju wielkiej ortezy połączonej z robotem. Ćwiczył wydolność i właściwe stawianie stóp.
– Brawo! – pani Magda odczytuje wyniki Michała. – Znowu się poprawiłeś.
Michał chwali urządzenia: – Na pewno nie zanudzają na śmierć.
Nauczył pogody ducha
Dyrektor Daroszewski zna Degę głównie z opowiadań. W czasie studiów zetknął się z nim kilka razy.
– Był naszym mentorem – wspomina czasy swoich studiów. Gdy pod koniec zeszłego wieku słynny ortopeda umierał, Daroszewski był początkującym lekarzem, robił doktorat. Szpitalem Ortopedycznym im. Degi kieruje od siedmiu lat. – Praca tutaj zobowiązuje do podtrzymywania poziomu polskiej ortopedii i rehabilitacji – uważa.
Prof. Jóźwiak też nie był studentem Degi. Ale jako młody lekarz miał z nim bliski kontakt: przez dwa lata był sekretarzem Polskiego Towarzystwa Ortopedycznego i Traumatologicznego. Mówi, że nauczył się od niego pogody ducha.
– Dega już w latach 60. stworzył współczesny model rehabilitacji – mówi Jóźwiak. – Uznał, że ma być powszechna, a więc dla wszystkich; dostępna, czyli bezpłatna, generująca minimalne obciążenia dla uczestników i ich rodzin; ciągła, czyli prowadzona także w domu; oraz kompleksowa – musi obejmować wszystkie domeny życia decydujące o niepełnej sprawności dziecka, włącznie z rolą rodziny, przyjaciół, aspektami psychologicznymi.

Zamiast „Pana Tadeusza”
Rehabilitacja odbywa się w dwutygodniowych turnusach. Dziecko może skorzystać z trzech takich zjazdów w ciągu roku i maksymalnie z dziewięciu w ciągu trzech lat trwania projektu.
Zuzia jest drugi raz. Jej mama opowiada, że gdy przyjechała na pierwszy turnus w maju, na wstępnym teście przeszła 65 metrów. Po dwóch tygodniach rehabilitacji potrafiła pokonać samodzielnie ponad 100 metrów.
Przez pięć miesięcy ćwiczyła w domu. Na wstępnym teście rozpoczynającym drugi turnus przeszła 130 metrów.
– Ciekawa jestem, ile przejdzie na koniec turnusu? – zastanawia się pani Bożena.
Pytam Zuzię, czego się tutaj nauczyła.
– Iść do tyłu, sama się obracać – wylicza.
Michał też jest drugi raz. Po kwietniowym pobycie też poprawił swoje sprawności.
– Lepiej chodzi, lepiej utrzymuje równowagę, zwiększył się zakres ruchu ręki – pan Grzegorz mówi o postępach syna w rehabilitacji.
– Zacząłem szybciej chodzić, lepiej idzie mi wchodzenie po schodach, na wuefie lepiej sobie radziłem – dopowiada Michał. I podaje jeszcze jeden argument, żeby tu być: w szkole na polskim czytają akurat „Pana Tadeusza”, a on nie przepada. Śmiejemy się.
Hotel jest tańszy
Wszystko zaczęło się w 2019 r. Zbliżała się 25. rocznica śmierci Wiktora Degi. Jóźwiak i Daroszewski usiedli ze współpracownikami, żeby opracować nowoczesny program rehabilitacji dzieci i młodych dorosłych z mózgowym porażeniem dziecięcym w województwie wielkopolskim.
Projekt dotyczył pacjentów w wieku od pięciu do 21 lat. W Wielkopolsce jest ich ok. tysiąca. Informację wysłano do wszystkich starostw powiatowych. – Żeby każdy wiedział, że jest taki program – mówi dyrektor Daroszewski. Z rehabilitacji skorzystało około 750 pacjentów.
Żeby wyeliminować czekanie w kolejkach, zrezygnowano ze skierowań: wystarczyło zgłoszenie.
Program świetnie się sprawdził. – Średnio o 80-85 proc. poprawiły się parametry jakości chodu u naszych pacjentów – podaje Daroszewski.
Rok temu ruszył drugi, trzyletni etap. Tym razem mogą z niego korzystać pacjenci z niepełnosprawnością ruchową powodowaną przez wszystkie choroby neurologiczne. Dyrektor mówi, że program ma objąć 1100 osób.
Potrzeby były tak duże, że zaczęto budować nowoczesne Centrum Technologicznie Wspomaganej Rehabilitacji dla Dzieci. Otwarto je latem. Powstało za pieniądze unijne, część sprzętu zakupiła Fundacja Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pomogła fundacja Sebastiana Kulczyka i inni darczyńcy.
Oprócz lekarzy, fizjoterapeutów i terapeutów w tworzenie nowoczesnego centrum zaangażowano architektów, informatyków, designerów i inżynierów. Pacjenci, którzy mieszkają dalej niż 30 kilometrów od Poznania, dostają nocleg w pobliskim hotelu. Tak samo jak ich opiekunowie.
– Hotel jest tańszy niż oddział szpitalny – mówi prof. Jóźwiak. – Poza tym szpital kojarzy się z rygorem i chorobą, a pobyt w hotelu z czymś przyjemnym.
Kierownikowi centrum marzy się następna rzecz: żeby superbohaterowie towarzyszyli jego pacjentom w domu, po zakończeniu turnusu. Ma nadzieję, że będzie to możliwe za rok.
W góry pójść
Pytam Michała, jaki wyznaczył sobie cel, gdy już będzie dobrze chodził.
Mówi, że chciałby iść w góry. Samodzielnie. Raz był, ale tata musiał go prowadzić.
– Co ćwiczysz? – zagaduję Zuzię, która na kolejnym przyrządzie kręci nóżkami, jakby jechała na rowerze.
– Nogi.
– A po co?
– Żeby samodzielnie chodzić kiedyś.
– Dokąd chciałabyś pójść?
– Będę spacerować z bratem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















