Reklama

Pięć pożytków z czytania Quinzia

Pięć pożytków z czytania Quinzia

22.10.2008
Czyta się kilka minut
Quinzio oskarża chrześcijaństwo o zatracenie się w myśli neoplatońskiej i arystotelesowskiej, w wyniku którego Pan Zastępów stał się "nieruchomym poruszycielem" - co wypaczyło chrześcijanom samo pojęcie Boga.
O

Opublikowana właśnie książka "Przegrana Boga" jest drugim (po "Hebrajskich korzeniach nowożytności") wydanym po polsku dziełem Sergia Quinzia i swoistą summą jego poglądów. Zmarły w 1996 r. Quinzio z wykształcenia był inżynierem wojskowym, służbę odbywał w Guardia di Finanza (policji skarbowej), dochodząc do stopnia kapitana. Po przedwczesnej śmierci żony przeszedł na emeryturę i zajął się studiowaniem Biblii, filozofii, pisarstwem i publicystyką. Jego twórczość nie jest łatwa, styl ma trudny, niektóre zdania są wieloznaczne; wydaje się też, że włoski wydawca nie przyłożył się do porządnej redakcji tekstów, przez co przyczynił trudności tłumaczom. Czemu mimo to myśl włoskiego teologa i egzegety warta jest wysiłku czytelnika?

Quinzio nie odebrał akademickiego wykształcenia teologicznego. Samouk ma co najmniej jedną istotną przewagę nad teologiem "szkolnym": nie nauczył się sztuki obchodzenia trudnych tematów. Każdy wybitny teolog akademicki musiał się tego sposobu myślenia oduczyć na drodze własnych dociekań i duchowej pracy. Quinzio nie potrzebował, ruszał wprost na sprzeczności i aporie zawarte nie tylko w kościelnym nauczaniu, ale nade wszystko w samym Piśmie Świętym. Ten teologiczny naturszczyk był myślicielem radykalnie uczciwym. Nie zgadzał się na proste pocieszenia. Brak szkolnego wykształcenia teologicznego ułatwił mu zadawanie niewygodnych pytań i szukanie rzetelnych odpowiedzi. Bez fałszywego rozumienia ortodoksji.

Tematem przenikającym całą myśl Quinzia jest eschatologia i jej najważniejsze pytanie: dlaczego jeszcze nie nastało zapowiadane ostateczne zbawienie, które Chrystus głosił, a którego spełnienia apostołowie wyglądali już za swoich ziemskich dni? Czemu tyle pokoleń daremnie oczekiwało wyzwolenia ciała, nowego nieba i nowej ziemi, podczas gdy świat pozostaje bezbrzeżnie okrutny, a Bóg ukrył się i milczy?

Temu w całości poświęcona jest "Przegrana Boga". Już sam fakt stawiania takich pytań radykalnie odróżnia autora od szkolnej teologii. Poświęcił życie tematom niechętnie podejmowanym. Zwłaszcza w rodzimym dla Quinzia rzymskim katolicyzmie, gdzie w duszpasterskiej i kaznodziejskiej praktyce miejsce eschatologii zajęła teologia moralna, a zamiast oczekiwanego Mesjasza głosi się "ład moralny".

Ową wymianę treści chrześcijańskiego orędzia Quinzio osądza bezkompromisowo. W "Hebrajskich korzeniach nowoczesności" pisał: "Etyka w fałszywy sposób znosi cierpienie, zaprzeczając, jakoby stanowiło zło". W "Przegranej Boga" mówi jeszcze mocniej: "Nowożytność jest pseudo-Chrystusem, jest ona Antychrystem. (...) Jej błąd, jej zło nie sytuuje się w przestrzeni etycznej, lecz polega na małpowaniu Boga, na naśladowaniu jego zbawczej mocy za pomocą środków czysto ludzkich. Czas Antychrysta jest skrajnie etyczny". A gdzie indziej: "Apokalipsa (...) księga, która zamyka Pismo Święte, jest jednym wielkim krzykiem przeciw panowaniu Antychrysta, które obejmuje Kościół i świat, i wołaniem o zemstę". I jeszcze: "Sytuacja świata po Chrystusie - jak objawia to i jak prorokuje na ten temat Apokalipsa, która ma przed oczyma prześladowania i odejścia od wiary - to czas Antychrysta, czas zafałszowania (to znaczy dogłębnego przeinaczenia) intencji zbawczych Boga". Teolog oskarża chrześcijan, że urządzili się w tym świecie, a wołanie o paruzję zastąpili utopijnymi próbami zaprowadzenia ładu moralnego. Czy jednak mogliśmy inaczej, skoro Bóg się spóźnia?

Twórczość Quinzia przypomina, że oprócz mądrości greckiej i rzymskiego prawa nasz świat ma korzenie w myśli hebrajskiej. Ona jest dla niego podstawowym punktem odniesienia, przy czym robi to bez cienia irytującego filosemityzmu. Wobec wpływu greckiego jest za to zdecydowanie krytyczny. Nie waha się oskarżyć spotkania, czy raczej zatracenia się chrześcijaństwa w filozoficznej myśli neoplatońskiej i arystotelesowskiej, w wyniku którego Pan Zastępów stał się "nieruchomym poruszycielem" i nabrał cech niebiblijnych, co wypaczyło chrześcijanom samo pojęcie Boga.

Wstrząsające są strony, na których Quinzio rozważa atrybut Boskiej wszechmocy. Wprost rzuca oskarżenie: "Schwytany w sidła metafizyki Bóg biblijny nabrał cech wprost mitycznych, takich jak: absolutna niewzruszoność, nieskończoność, wieczność, wszechmoc, których Pismo nie potwierdza w sposób bezpośredni i jednoznaczny. (...) Biblijna koncepcja Boga żyjącego jest nie do pogodzenia z zasadą Jego niewzruszoności". Z drugiej zaś strony, "jeżeli nigdy nie było żadnej wszechmocy, jeżeli Bóg nigdy nie był i nigdy nie będzie wszechmocny, zdaje się, iż zostaje podważona idea jednego i jedynego Boga: coś lub ktoś musiał Go ograniczyć lub ogranicza Go od samego początku, i być może właśnie temu czemuś lub komuś powinniśmy przyznać miano Boga".

Powyższą trudność Quinzio próbuje rozwiązać, odwołując się do biblijnego sposobu myślenia. Człowiek, który czternaście lat życia poświęcił niemal wyłącznie studiowaniu Pisma, potrafi to zrobić jak nikt inny. Czyta Biblię nie jak Grek, ale jak Żyd. Nie ogranicza się zresztą do samej Biblii. Odnosi się do nowożytnej współczesnej myśli żydowskiej, do Schelinga, Jonasa, Bubera. Doskonałym przykładem jest to, jak swobodnie operuje kabalistycznym pojęciem cimcum - Boga, który wycofuje się, by zrobić miejsce stworzeniu, żeby mogło w ogóle zaistnieć, łącząc je z ideą kenozy Boga w Chrystusie. A czyni to tak radykalnie, że każe czytelnikowi zrobić rachunek sumienia, czy przypadkiem nie był dotąd wątpiącym w realność Wcielenia doketystą.

Oryginalne myślenie Quinzia pozostawia nadzieję, że wewnątrz chrześcijaństwa jest jeszcze wiele przestrzeni dla odważnego poszukiwania prawdy. W niektórych miejscach może wzbudzać sprzeciw, ale konfrontacja z jego opiniami będzie ożywcza i rozwijająca.

Przykładowo, nasz autor nie pyta, jak może istnieć Bóg, skoro jest tyle zła. (Skądinąd łatwo można zdyskontować je innym pytaniem: jak może nie być Boga, skoro tyle jest dobra?). Istnienie Boga jest dlań niepodważalne. Pytania, które stawia, są znacznie bardziej przerażające: czy Bóg w ogóle zbawia, czy jest mocen zbawić, czy dotrzymuje obietnic, które złożył człowiekowi? Czy odpowiedzialności za bezbożny świat nie ponosi sam Bóg? Czy mogliśmy żyć i myśleć inaczej, skoro Bóg milczy i się spóźnia? A skoro takie są jego pytania, to czy zadając je i próbując dać odpowiedź, Quinzio pozostaje jeszcze wewnątrz chrześcijańskiej ortodoksji?

Już sam tytuł książki wyzwala niepokój, u niektórych może nawet zgorszenie. Jak Bóg może przegrać? Jednak Quin-

zio wykazuje, że tylko zwolennik radykalnej apokatastazy może się zgorszyć takim tytułem. Jeśli bowiem Bóg pragnie zbawienia wszystkich, co głosi Pismo, to nawet jeden potępiony jest Boską przegraną. Jednak nie tylko o taką przegraną idzie myślicielowi, bo nie zajmuje się on problemem apokatastazy. Zajmuje się tym, o co byśmy chcieli zapytać odnośnie do Boga, ale często boimy się o tym nawet pomyśleć.

Gdy włoski teolog mówi o Bogu, robi to wobec Niego samego. Pisząc, rozmawia z Bogiem. Jego teologia jest osobista, wykrzyczana, przebolana, wydobywa się ze ściśniętych wnętrzności. Gdyby ktoś chciał się oburzyć tezami zawartymi w "Przegranej...", niech wspomni na prorocką mowę Starego Testamentu, na lamentacje, jeremiady, Hiobowe wołania, na krwawy pot Jezusa i krzyk sprawiedliwych z Apokalipsy. To ten sam język i te same pytania. Gdyby ktoś chciał je zwekslować łatwą odpowiedzią, niech pomyśli o Hiobach doby obecnej, których nigdy nie brakuje. Więcej pocieszenia daje uczciwa kłótnia z Bogiem niż łatwa teodycea, spójne, logiczne ciągi słów, które są na nic, gdy przychodzi prawdziwe życie i prawdziwa śmierć.

Quinzio nie pisał budujących książek. To znaczy - nie kłamał. Stawał wobec Boga jak Izraelita z opowieści Zvi Kolitza "Josela Rakowera rozmowa z Bogiem". Tam Żyd, który utracił wszystko nie doczekawszy się Bożej interwencji, woła do Niego: "Czynisz wszystko, bym w Ciebie nie wierzył (...) Nic Ci to nie pomoże (...) będę Cię kochał, zawsze - na przekór Tobie samemu". Jakże podobnie brzmią ostatnie słowa książki odważnego Włocha: "Musimy doskonale kochać Boga, który się nam ofiarował i oczekuje od nas zbawienia [sic! - TK]. Za bardzo jednak nas unieszczęśliwił, rozczarował, zmęczył, abyśmy mogli to czynić".

Mimo goryczy, więcej jednak w tej książce wiary, nadziei i miłości niż w budujących exemplach pobożnych kazań czy wielu pozycjach tak zwanej teologii duchowości.

Sergio Quinzio, Przegrana Boga, przeł. Maciej Bielawski, Kraków-Dębica 2008, Wydawnictwo Homini - Karabus.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]