Pamiętacie te zakłady fryzjerskie ze zdjęciami stylizacji „na księżną Dianę” albo „na Urszulę”? Co o nas mówiły?

Potrzebujemy świata, w którym istnieją znaki, a gesty nie są przypadkowe. Kłopot w tym, że czasem są.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Wizyta u fryzjera nie tylko sprawiła, że z własnej woli utrudniłam sobie życie i teraz muszę wdrożyć się w tajniki praktyk zwanych w internecie „włosingiem”, ale także sprowokowała do namysłu. Otaczające mnie plakaty przypomniały mi bowiem wystrój starszych salonów fryzjerskich (przy odrobinie szczęścia można jeszcze z usług takich starej szkoły fachowców skorzystać, np. w Łodzi) i charakterystyczne dekoracje – ilustracje z najbardziej szykownymi uczesaniami z okolic roku 1982. Nawet gdy sami fryzjerzy czesali już od dawna całkiem inaczej, to w witrynach ich salonów rok 1982 nigdy się nie kończył. Synonimem tego, co najmodniejsze i najlepsze we fryzjerskim kunszcie, nieodmiennie pozostawali rysowani jakby węglem modele i modelki o kościach policzkowych jak kastety i z dynamicznymi, utapirowanymi fryzurami: „na księżną Dianę”, „na Małgorzatę Ostrowską”, „na Urszulę”.

Pan Śrubka też chce być modnie uczesany // Fot. Olga Drenda

Kiedy jakieś zjawisko uparcie trwa, łatwo obrasta w symbole i sprzyja dopowiadaniu sobie treści zgoła legendarnych. Ostatnio zetknęłam się z takim przypadkiem na jednej z internetowych grup poświęconych starym zdjęciom. Pewna osoba wyjaśniała tam, że popularność uczesania „na baranka” – krótko ogolone włosy na szyi, a u góry gęsta trwała ondulacja à la Martin Gore z Depeche Mode – jak nosiły się dojrzałe kobiety w latach 90., a nawet na początku milenium, wynikała z obowiązującego rzekomo pradawnego zwyczaju, zgodnie z którym w dorosłym wieku należało nosić się krótko. Być może osobie tej pokiełbasiły się postrzyżyny, oczepiny i inne znaleziska z bagażu skojarzeń, który niesie ze sobą zmiana uczesania – kojarząca się w końcu często z jakimś rytuałem przejścia – ale też wiedza etnograficzna nie jest specjalnie rozpowszechniona, więc nie będę się czepiać. W tym przypadku zdecydowanie łatwiej znaleźć prostsze, prozaiczne wręcz wytłumaczenia: czy to wygoda, czy sentyment do uczesania z lat młodości (tym bardziej że dysponujemy wystarczającą liczbą ponadstuletnich zdjęć, by udowodnić sobie, że nie było wielowiekowej tradycji czesania się na baranka ani nawet na krótko).

Brzytwa Ockhama jednak na nic, gdy pojawia się potrzeba symbolicznej nadwyżki. Po prostu czasami potrzeba wyjaśnienia sobie świata naturalnie ciąży w symboliczną stronę, wymyślając na poczekaniu uzasadnienia wręcz mitologiczne. Jeśli coś wydaje się przynależeć do „starego świata”, to niechybnie musi być nasycone sacrum.

Z sacrum niewątpliwie kojarzy się chleb – w ludowym obrazie świata jeden z najmocniej nasyconych symbolicznie obiektów, co zakładało postępowanie z chlebem właściwe dla przedmiotu świętego. Jest takich nakazów i zakazów wiele: by chleba nie wyrzucać czy przeżegnać świeżo upieczony bochenek. Zapewne ich mnogość sprawiła, że na moich oczach powstała taka legenda na poczekaniu – wokół chleba właśnie.

Zdarzyło mi się opublikować w internecie fragment książki królowej poradników Ireny Gumowskiej; dotyczył on bezpiecznego sposobu krojenia chleba. Zgodnie z BHP – wyjaśniała Gumowska – chleb kroimy na deseczce, niebezpiecznie zaś jest trzymać bochenek w powietrzu czy ściskać go ramieniem. Pech chciał, że poradnik pochodził z okolic odwilży październikowej, co u pewnego człowieka z silnym zapotrzebowaniem nadwyżki symbolicznej wywołało oburzenie: komuniści chcieli zabronić tradycji krojenia chleba! Niestety – zabronić nie mogli, bo takiej tradycji po prostu nie było, mimo tak licznych obwarowań chroniących sacrum chleba. Rada Gumowskiej miała znaczenie wyłącznie pragmatyczne (i wiązała się zapewne z rozpowszechnieniem chlebów wypiekanych już przemysłowo, które miały inny kształt niż bochenek z wiejskiego pieca).

Gdy jednak ktoś potrzebuje świata, w którym rzeczy mają nie jedno znaczenie, a wiele, w którym istnieją znaki, a gesty nie są przypadkowe, odruchowo będzie sobie taką opowieść dopisywać. To jak w krążącym wśród archeologów żarcie, że każdy przedmiot z wykopalisk, któremu nie da się przypisać jednoznacznie użytkowego charakteru, musi mieć zastosowanie sakralne. Nawet gdy jest to uroczy jeżyk na kółkach z ok. 1500 roku p.n.e.

Wobec takiego sposobu postrzegania świata ten, kto sięga po brzytwę Ockhama, musi wydawać się skończonym nudziarzem i psujzabawą. Co jednak poradzić na to, że prozaiczny świat może być dla kogoś (i to całkiem licznego) zupełnie nie do zaakceptowania?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Brzytwa i włos