Był mistrzem dla wielu i na wiele sposobów. Także dla piszącego te słowa. Zarażał pasją, kierował ścieżką rozwoju. Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski – filozof, zakonnik, przyjaciel.
Galeria ludzi, na których wywarł wpływ, jest szeroka. To – oczywiście – rodzina i wspólnota zakonna, a w szczególności młodzi bracia studenci. To także środowiska akademickie, prawnicze, artystyczne, ale też pojedyncze osoby, które się z nim przyjaźniły, wierni, dla których był spowiednikiem i kierownikiem duchowym. Wychowankowie z dawnego duszpasterstwa akademickiego „Beczka”, również ci, dla których był wsparciem w okresie komunizmu i stanu wojennego. Słuchacze jego kazań, czytelnicy książek, wszyscy, którzy przyjmowali z jego rąk posługę sakramentalną.
Inspirował tych, którzy podzielali jego poglądy filozoficzne, i tych, którzy się z nim spierali. Zarówno tych, którzy w pełni identyfikowali się ze wspólnotą Kościoła i jego nauczaniem, jak i tych, którzy sytuowali siebie poza jego widzialnymi granicami – niejednokrotnie był dla nich ważnym punktem odniesienia w dyskusji o Bogu, religii, sensie życia, aktualnych problemach Kościoła.
Miał własny, niepowtarzalny styl mówienia
Moje pierwsze spotkanie z o. Janem Andrzejem miało charakter słuchowy. Zawędrowałem kiedyś, jako nastolatek, na krużganki klasztoru dominikanów w Krakowie, w dniach, kiedy o. Kłoczowski wygłaszał rekolekcje dla wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym „Nowe Życie”, bardzo aktywnie działającej w latach 80. dwudziestego wieku. Kościół przy ul. Stolarskiej i przyległe krużganki wypełniał gęsty tłum ludzi. Nie zapamiętałem wiele z treści nauk, zresztą nie słuchałem zbyt uważnie. W pamięci pozostał mi charakterystyczny głos – kaznodzieja mówił wyraźnie, dość wolno, akcentując ważniejsze myśli, w nieco aktorski, ale uwodzący i przykuwający uwagę sposób.
Z treści pamiętam jedynie, że zachęcał charyzmatyków do czytania książek Leszka Kołakowskiego, o którym w tamtym czasie nie miałem najmniejszego pojęcia, choć nazwisko filozofa pojawiało się już w wydawanych w podziemiu czasopismach.
Styl o. Jana Andrzeja był na tyle charakterystyczny, że już lata później, jako klerycy, niejednokrotnie przedrzeźnialiśmy go z tak zwaną „braterską uszczypliwością” – zwłaszcza jeśli chodzi o sposób wypowiadania niektórych słów pochodzących z języka niemieckiego lub greki, na przykład dostojnie wymówione i uroczyście zaakcentowane „psychopompós” (mitologiczny przewodnik, odprowadzający dusze w zaświaty, jak Charon lub Hermes). Gdy raz się je usłyszało, tak wymówione, jasne było, że nie chodzi o grecką wersję baśni z mchu i paproci, ale o sprawy zasadnicze i egzystencjalnie doniosłe.
O. Jan Andrzej Kłoczowski – znakomity wykładowca, serdeczny brat
Kłocz – jak wszyscy go familiarnie nazywali – był bardzo dobrym wykładowcą. Niekiedy wręcz znakomitym. Jego wykłady były ożywcze, inspirujące, wskazujące nam autorów i tematykę, której nie znajdowaliśmy gdzie indziej. Moje studia w Kolegium Dominikanów przypadły na czas, gdy dzięki reformom, wprowadzonym przez ówczesne władze zakonne, wykładali tam tacy profesorowie, jak Barbara Skarga, Juliusz Domański, Klemens Szaniawski, Władysław Stróżewski, Andrzej Półtawski, Zofia Włodek, Karol Tarnowski i inni, nie mniej znakomici. Jan Andrzej Kłoczowski był jednym z nich, na równi inspirujący, świeży, wprawiający w intelektualne drżenie.

Jako promotor prac magisterskich przyciągał najlepszych, ale był też ostatnią deską ratunku dla najsłabszych, którym okazywał wiele cierpliwości i pomocy. Jeżeli ktoś wiedział, o czym chce pisać, dostawał spory kredyt zaufania i wolność, a ze spotkań z promotorem wychodził pełen entuzjazmu do pracy. Z czasów, gdy sam pisałem u niego pracę magisterską, zapamiętałem właśnie tę energetyzującą zdolność do inspirowania i „zagrzewania do boju”.
Z upływem czasu to doświadczenie – braterskiej wspólnoty z o. Janem Andrzejem – w oczywisty sposób ewoluowało. Najpierw byłem jednym z wielu studentów (zapewne nie najbardziej inteligentnym), później – asystentem, dalej – przyjacielem, co uznałem za zaszczyt, aż w końcu – kimś w rodzaju współbrata-opiekuna.
Gdy jeszcze był w pełni sprawny, jego obecność w codziennym życiu klasztornym nie była bardzo widoczna. Praca wykładowcy, zaangażowanie duszpasterskie, rekolekcje sprawiały, że często był w ciągu dnia nieobecny. A przecież widzieliśmy, jak bardzo był w sprawy wspólnoty zaangażowany. Pełnił w zakonie liczne funkcje – był rektorem Kolegium Filozoficzno-Teologicznego, regensem Polskiej Prowincji Dominikanów, wieloletnim członkiem rady Prowincji. Cieszył się autorytetem wśród młodych braci, którzy widzieli w nim przekonujący i pociągający przykład realizacji ideału życia dominikańskiego. Wszyscy do dziś pamiętamy laudację z okazji nadania tytułu Mistrza Świętej Teologii, napisaną przez młodego patrologa, dr. Damiana Mrugalskiego, zatytułowaną „Chciałem być jak Kłocz”.
Sprawdziły się jego lęki związane ze starością
Ostatnie lata, a w szczególności miesiące, były czasem, kiedy Kłocz wymagał większej troski, organizowania wizyt lekarskich, zabiegów rehabilitacyjnych, także ułatwiania spotkań z rodziną i przyjaciółmi. Nie byłem zdany wyłącznie na siebie – życzliwość i wsparcie ze strony wspólnoty były bardzo duże. Jednak to doświadczenie choroby przyćmiewa – w tej chwili, gdy piszę te słowa – wspomnienia naszej wcześniejszej znajomości.
To, w jaki sposób o. Kłoczowski znosił chorobę, przeżywał jej kolejne etapy, było dla mnie lekcją osobistą – religijną, ale także w pewnym sensie egzystencjalną. W ostatnich miesiącach i tygodniach życia o. Jana Andrzeja spełniło się to, czego się obawiał, a czemu dał wyraz w wywiadzie publikowanym na tych łamach, przeprowadzonym z nim oraz jego przyjacielem i wieloletnim współpracownikiem, prof. Karolem Tarnowskim. Rozmawiali – z okazji swych 85. urodzin – o lękach związanych ze starością. Jednym z nich była obawa przed utratą samodzielności i sprawności intelektualnej. Przyszedł ten moment. Były chwile, gdy pytał mnie, kiedy wrócimy do Krakowa, w przekonaniu, że już tu nie mieszka, że został przeniesiony w inne miejsce. Zauważał, że do zdziwienia przypomina mu ono Kraków, ale przecież nim nie było. Gdy nie widzieliśmy się dwa dni, witał się ze mną, jakby przyjechał z oddali.
Tęsknił za pełnym życiem, które jest w wieczności z Bogiem
Zastanawialiśmy się, skąd mogło brać się to przeświadczenie, że jest w innym miejscu. Może miało związek z remontem, na czas którego musiał zamieszkać przez dwa tygodnie poza swoją zakonną celą. Sądzę jednak, że w tym przekonaniu było coś więcej, jakaś głębsza myśl czy może raczej silne doświadczenie wyobcowania. Poczucie straty życia. To prawdziwe – życie, które od dawna było związane z Krakowem: duszpasterstwo, wykłady, cała sieć relacji międzyludzkich – zniknęło. Z jakiegoś powodu, tak to odczuwał o. Kłoczowski, nie dało się już tego wszystkiego realizować. Wszystko odpłynęło, z niewiadomego powodu. Zostało w Krakowie. Może myślał, że gdyby tylko udało mu się „do tego Krakowa” wrócić, na pewno wróciłoby i to, co od zawsze stanowiło treść jego życia. Znów odprawiałby „dwunastki”, mówił kazania, prowadził wykłady i dyskusje. Znów cieszyłby się obecnością bliskich przyjaciół. Życie pełne treści zostałoby mu zwrócone.
Dla mnie ten wgląd – mimo że fragmentaryczny – w wewnętrzny stan ducha o. Jana Andrzeja jest ważną lekcją o człowieku. Emmanuel Lévinas – filozof, o którym pisał o. Kłoczowski – mówił, że człowiek, nawet jeśli w jego życiu zaspokojone są wszystkie życiowe potrzeby, doświadcza „metafizycznego pragnienia”, które nie może być w pełni zaspokojone – pragnienia życia pełniejszego, w jakiś sposób bardziej prawdziwego niż to, które tutaj na ziemi jest naszym udziałem. Myślę, że o. Jan Andrzej, jako chrześcijanin i kapłan, tęsknił za pełnym życiem, które jest w wieczności z Bogiem. Utracony „Kraków” to symbolizował.
W Ewangelii św. Jana czytamy, że to w Jezusie-Słowie „było życie, a życie było światłością ludzi”. Akurat w tej Ewangelii Jezus mówi o życiu często i to w dość charakterystyczny sposób – w formie bezprzymiotnikowej. Ten brak dopowiedzenia powoduje, że termin „życie” mieni się całym bogactwem treści. Jakie życie przyszedł dać Jezus swoim uczniom? Całe. Pełne. Ono rozpoczyna się już teraz i znajduje kontynuację po przekroczeniu progu śmierci.
Święcenia przyjmuje się dla ludzi
Gdy zacząłem mu pomagać w przygotowaniu i prowadzeniu niedzielnej mszy o godzinie 12.00 w krakowskim klasztorze dominikanów – słynnej „dwunastki” – zdałem sobie sprawę, ile wysiłku wkładał w przygotowanie liturgii, ułożenie homilii i troskę o osoby w niej uczestniczące. Wiele razy słyszałem świadectwa ludzi, którym pomógł – rozmową, spowiedzią czy po prostu obecnością w chwilach, gdy potrzebowali wsparcia.
Dla mnie jednym z takich wspomnień jest pokuta, jaką zadał mi przed przyjęciem przez mnie święceń kapłańskich. To prawda, spowiedź zostawiłem na ostatnią chwilę, gdy już wszystko było przygotowane. Dostałem za pokutę odprawić drogę krzyżową w intencji pierwszej osoby, która przyjdzie do mnie do spowiedzi. Nie o wytrwanie w kapłaństwie. Drogę krzyżową, pokutę, za kogoś, kto przyjdzie do mnie jako do księdza. Taka została mi z tego nauka: ksiądz nie jest najważniejszy, święcenia przyjmuje się dla innych.
Śmierć przyszła łagodnie, wraz z pytaniem o wolność
Kilka dni przed jego śmiercią zamontowano mu w celi kamerkę, by szybko zareagować, gdyby stało się coś złego, gdyby na przykład zasłabł. Była godz. 7.30 rano, w sobotę, gdy brat, który monitorował obraz, zobaczył, że o. Jan Andrzej ciężko oddycha. Poszedł z pielęgniarką do celi. Kłocz próbował wstać. Bezskutecznie. Po chwili zapytał ich niespodziewanie: „Czym jest wolność?”. Zaskoczony brat nie wiedział, jak zareagować. W końcu odparł, że odpowiedzi na to pytanie szukamy całe życie i czasem trzeba poddać się woli Bożej. Jan Andrzej – nie wiadomo, czy w wyniku tych słów, czy z powodu zmęczenia – położył się, jakby trochę uspokojony. Wezwano przeora i lekarza, który o 7.45, a więc zaledwie piętnaście minut później, stwierdził śmierć. Przyszła łagodnie, wraz z ostatnim oddechem.
Nie jest do końca jasne, jakie znaczenie należałoby przypisać ostatniemu pytaniu Jana Andrzeja, zadanemu tuż przed śmiercią. W tych dniach mówił już czasem sam do siebie, na głos, jakby prowadząc wewnętrzny dialog. Trudno więc oczekiwać, że było to pytanie zadane świadomie. Z drugiej strony – w sytuacji, gdy znikają bariery blokujące treści umysłu czy psychiki, to, co wydobywa się z człowieka, być może ma szczególne znaczenie. Ktoś mógłby przeklinać, kto inny artykułować pretensje do losu. Kłocz zadał pytanie, które za życia na pewno niejednokrotnie zadawał sobie samemu i słuchaczom swoich kazań i wykładów.
Czy zadał je sobie? Czy nam, którzy tu zostaliśmy?
O. Grzegorz Chrzanowski (ur. 1965) jest dominikaninem, uczniem i współpracownikiem o. Jana Andrzeja Kłoczowskiego, a w ostatnich miesiącach jego życia był także jego opiekunem. W zakonie obejmował po o. Kłoczowskim funkcje rektora Kolegium Filozoficzno-Teologicznego oraz regensa prowincji odpowiedzialnego za formację intelektualną dominikanów. W ostatnich latach z o. Janem Andrzejem wspólnie odprawiał niedzielną mszę o godz. 12.00 w krakowskim klasztorze – słynną „Dwunastkę”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















