Pustka po Bogu

Badając przypadek dominikanina Pawła M., próbowaliśmy zrozumieć, jak było to możliwe, że bezkarnie krzywdził wiele osób przez tyle lat.

21.09.2021

Czyta się kilka minut

Podwórko klasztoru dominikanów w Krakowie, listopad 2000 r. / ARTUR PAWŁOWSKI / REPORTER
Podwórko klasztoru dominikanów w Krakowie, listopad 2000 r. / ARTUR PAWŁOWSKI / REPORTER

W tegoroczny Wtorek Wielkanocny pojechałem do klasztoru dominikanów przy ul. Freta w Warszawie na pierwsze zebranie komisji do zbadania sprawy Pawła M.; powołał ją tydzień wcześniej o. Paweł Kozacki, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Braci Kaznodziejów. Wiedziałem, że czeka nas niełatwe zadanie. Nie przypuszczałem jednak, że raport z prac komisji ukaże się dopiero 15 września. I że przeżyję jedne z najtrudniejszych miesięcy w moim życiu.

Przed zebraniem wszedłem do kościoła św. Jacka. Zwykle modli się tam w ciągu dnia co najmniej kilka osób, tym razem nie było żywej duszy. Opustoszałe wnętrze przypomniało mi trudne rozmowy toczone podczas pandemii – z ludźmi, którzy odeszli od chrześcijaństwa lub właśnie od niego odchodzili (nazwałem ich na swój użytek „postwierzącymi”). „W Kościele odkryłem tylko pustkę po Bogu” – powiedział jeden ze znajomych. Jaką odpowiedź mogę dać tym ludziom podczas tak poważnego kryzysu chrześcijaństwa? Czy udział w komisji badającej sprawę Pawła M. będzie miał tu znaczenie?

Ujawnione w marcu 2021 r. informacje na temat działalności tego dominikanina wstrząsnęły opinią publiczną. Przed ponad 20 laty, gdy Paweł M. był duszpasterzem akademickim we Wrocławiu, dopuścił się w ramach prowadzonego przez siebie „kierownictwa duchowego” nadużyć seksualnych względem kilku kobiet. A niedawno pewna zakonnica zgłosiła do prokuratury zawiadomienie o naruszeniu intymności oraz innych krzywdach, których doznała od dominikanina w ostatnich latach.

Do marca nie wiedziałem dokładnie, co naprawdę się stało we wrocławskim duszpasterstwie akademickim. Czytając wypowiedzi pokrzywdzonych, bezsilnie waliłem pięścią w blat biurka. Znałem ­bowiem Pawła M. osobiście.

Zidentyfikować zło

Gdy byłem bardzo młodym człowiekiem, przez kilka lat traktowałem go jako duchowego mentora. ­Historię tej znajomości opisałem na portalu ­ Więź.pl. Opowiedziałem tam też, jak zostałem pobity podczas charyzmatycznej modlitwy wstawienniczej nade mną, gdy odwiedziłem duszpasterstwo Pawła M. we Wrocławiu. Wspomnienie tego pozostaje dla mnie żywe i dziś, choć dotyczy zdarzenia sprzed ponad dwóch dekad. Po raz ostatni Pawła M. widziałem – z daleka – w 2008 r. Wydawało mi się, że związek z tym człowiekiem to już dla mnie rozdział zamknięty, że mam do niego wystarczający dystans.

Po publikacji tekstu odezwało się do mnie wiele osób – głównie ze słowami wsparcia, choć niektórzy wyrażali zdziwienie, jak mogłem kiedykolwiek dać się urzec komuś takiemu. Najwyraźniej nie rozumieli, jak młody, wierzący i właściwie dość wówczas bezbronny (tak siebie pamiętam z tamtych lat) chłopak poddał się psychomanipulacji w ramach czegoś, co wydawało mu się najwyższej jakości „przewodnictwem duchowym”. Te reakcje dały mi wiele do myślenia.


CZYTAJ TAKŻE

 

POKRZYWDZONYCH MOŻE BYĆ WIĘCEJ. TOMASZ TERLIKOWSKI, przewodniczący komisji badającej przypadek Pawła M.: Najgorsza jest bezsilność wobec cierpienia i bólu konkretnych osób, trwającego ponad 20 lat. Świadomość, że tych straconych lat, tej młodości potrzaskanej nikt nie jest w stanie im zwrócić >>>


Przed Niedzielą Palmową zadzwonił do mnie Tomasz Terlikowski, proponując udział w komisji badającej sprawę Pawła M. Prowincjał dominikanów, powierzając Tomaszowi jej kierownictwo, zapewnił mu wolność w doborze członków i niezależność działań. Nie chciałem podjąć się takiego zadania i głównym powodem nie była wcale moja dawna znajomość z tym zakonnikiem. Wiedziałem, że skutkiem badań komisji będzie również odsłonięcie aktualnej sytuacji zakonu dominikańskiego w Polsce, jego wewnętrznych problemów i konfliktów. A przecież co najmniej kilku braci z tej wspólnoty niezwykle cenię, dobro zaś, które wnosili i wnoszą dominikanie w życie polskiego społeczeństwa, jest bezsporne.

Terlikowski przyznał mi rację, zapytał jednak, czy nie byłoby dla mnie interesujące zbadanie związków Pawła M. z osławionymi braćmi Thomasem i Marie-Dominikiem Philippe, którzy w końcu też byli dominikanami. W ostatnich latach pojawiało się coraz więcej ­informacji, że obaj dopuszczali się nadużyć seksualnych wobec kobiet w ramach „kierownictwa duchowego”, zręcznie manipulując ich pragnieniem niezwyczajnych doświadczeń religijnych. Sam opublikowałem w „Więzi” esej zatytułowany „Mistyczne wodzenie na pokuszenie”, w którym zestawiałem postępki francuskich braci z tekstami dawnych mistyczek (m.in. bł. Anieli z Foligno i św. Teresy Wielkiej). Za erotycznym językiem doświadczeń mistycznych mogło stać wykorzystanie seksualne kobiet przez ich kierowników duchowych. W 2008 r. Paweł M. obronił rozprawę doktorską „Maryja w teologii mistycznej M.D. Philippe’a”. Tomasz przekonał mnie, że warto temu wszystkiemu przyjrzeć się bliżej.

Gdy ujawniono skład komisji badającej sprawę Pawła M., spotkałem się z zarzutami, że jako ofiara zakonnika nie powinienem brać w niej udziału, bo nie mogę być bezstronny. Tak jakby prace komisji odpowiadały działalności sądu czy też organów śledczych w wymiarze sprawiedliwości. To nieporozumienie – wiedzieliśmy, że sens naszych działań jest inny. Nie tylko dlatego, że Paweł M. został tymczasowo aresztowany, zanim w komisyjnym gronie spotkaliśmy się po raz pierwszy, i do dziś nie mogliśmy go wysłuchać. To, czego się podjęliśmy, bardziej miało odpowiadać działaniom instytucji, które w innych krajach (m.in. w RPA) nazwano komisjami prawdy i pojednania.

Dlatego w raporcie napisaliśmy, że naszym celem było „poszukiwanie wiedzy o bolesnych zdarzeniach z przeszłości, mechanizmów im towarzyszących, by prawdę o tym zadać jako ­odpowiedzialność za przyszłość. W tej relacji, między prawdą o przeszłości a przyszłością, która jest sprawą nam wszystkim powierzoną, chodzi o doświadczenie, które otwiera na prawdziwą odpowiedzialność za drugiego człowieka, budowanie odpowiedniej świadomości mechanizmów zła, umiejętność identyfikacji jego przejawów, nabywanie roztropności i właściwego osądu zdarzeń. Działania te nie zmierzają do postawienia zarzutów czy indywidualnego rozliczenia konkretnej osoby za jej nieprawidłowości. Mierzą się raczej z doświadczeniem zbiorowym, aczkolwiek nie pomijają indywidualnej atrybucji odpowiedzialności”.

Pamięć skrzywdzonych

Tak też i ja pojmowałem od początku mój udział w komisji. Inaczej niż koledzy, widziałem działalność zakonnika z bliska, choć nigdy nie uczestniczyłem w prowadzonych przez niego duszpasterstwach. Pamiętam jego charyzmę, styl głoszenia kazań i sposób, w jaki się modlił. To doświadczenie na pewno pomogło mi zrozumieć zarówno wypaczenia teologiczne, jak i manipulacje duchowe, których się dopuścił. Nie byłoby to jednak możliwe bez współpracy z innymi członkami komisji, którzy posiadają wysokie kompetencje w zakresie prawa, psychologii i psychoterapii, a także wiedzę na temat form życia konsekrowanego w Kościele. Na początku nie mieliśmy jeszcze pojęcia, z jakim brzemieniem przyjdzie się nam zmierzyć. Byliśmy tylko pewni, że, jak napisał abp Mark Coleridge, przedstawiając sens nowej „rewolucji kopernikańskiej” w chrześcijaństwie, „osoby, które zostały [w Kościele] wykorzystane, nie kręcą się wokół Kościoła, lecz Kościół wokół nich. Odkrywając to, możemy zacząć widzieć ich oczami i słyszeć ich uszami, a kiedy to zrobimy, świat i Kościół zaczną wyglądać całkiem inaczej”.

Wielomiesięczna praca w komisji była doświadczeniem obciążającym psychicznie i duchowo, jestem jednak pewien, że staraliśmy się uważnie, uczciwie, z roztropnością i empatią przyjmować relacje tych, którzy spotkali dominikanina na swojej życiowej drodze. Celem było od początku poznanie świadectw i perspektywy pokrzywdzonych, a nie – jak niektórzy sugerowali – ochrona dobrego imienia zakonu czy Kościoła (choć prawdą jest, że nie uznajemy tych instytucji za przestępcze, co coraz częściej proponują antykatolicko nastawieni uczestnicy debaty publicznej).

Już przy pierwszej lekturze dokumentów, które zachowały się w tzw. tajnym archiwum prowincjała (chodzi o pokaźny segregator z mnóstwem pisemnych relacji pokrzywdzonych, opinii psychologów i psychiatrów oraz różnych innych materiałów na temat Pawła M.), doznaliśmy szoku. Z coraz większym przejęciem czytałem listy, jakie w 2000 r. ofiary zakonnika wysłały do o. Macieja Zięby, ówczesnego przełożonego generalnego polskich dominikanów.

Na przykład opis seansu tortur, który z inspiracji i pod całkowitą kontrolą Pawła M. odbył się podczas wspólnotowej modlitwy charyzmatycznej. Pewna dziewczyna dostała ok. 800 razów skórzanym dominikańskim pasem na nagie pośladki. Bolesne wybroczyny nie chciały zejść przez kilka tygodni.

Celem tego okropnego rytuału miała być „ekspiacja” za to, że nie chciała pójść za duchowym „rozpoznaniem” dominikanina i wstąpić do Karmelu. A życie konsekrowane było wedle zakonnika jedyną akceptowalną przez Boga formą zadośćuczynienia za kilkanaście aborcji, których dokonała matka bitej dziewczyny.

Pozostałe relacje też były bardzo drastyczne. Paweł M. nieustannie tropił w innych „korzeń nieczystości” – źródło i przyczynę grzechu, który najmocniej miał się wyrażać w seksualnych występkach i traumach. W „charyzmatycznym samorozpoznaniu” uznał, że jako „terapeuta” może pomóc ludziom pozbyć się tego „korzenia”. Skutecznym lekarstwem miała być „modlitwa ciałem”, która ostatecznie oznaczała współżycie intymne z członkiniami duszpasterstwa. One miały złożyć Bogu w „ofierze” własne ciało; zakonnik zaś – swoje kapłaństwo i celibat. Miało to być wejście na „wyższy” stopień życia duchowego.

Do aktów seksualnych dochodziło w ramach modlitwy charyzmatycznej. Dominikanin i krzywdzona przez niego kobieta wzywali Ducha Świętego (także za pomocą „daru języków”, czyli nieartykułowanej glosolalii). Paweł M. twierdził, że dzięki erotycznemu rytuałowi odpokutowane zostaną różnorakie grzechy jego zakonnych współbraci i innych członków duszpasterstwa. Utrzymywał także, że bez takiej „modlitwy” nikt nie dostąpi łaski uleczenia choroby podczas odprawianych przez niego cyklicznie mszy z modlitwą o uzdrowienie.

Opisy powstały w 2000 r. Na niektórych kartach pismo jest ledwo czytelne – atrament wyblakł, ale pamięć skrzywdzonych nie wyblakła. Wkrótce mieliśmy się o tym przekonać, bo zaczęliśmy wysłuchiwać świadków działalności Pawła M. Ostatecznie było to ponad 80 osób; pierwsi zeznania składali dominikanie.

Dominikańska bezwola

Szybko stało się dla nas jasne, na czym polegały zaniedbania zakonu. Paweł M. pozostawał w przyjacielskiej relacji z o. Maciejem Ziębą, który od 1998 r. przez osiem lat pełnił urząd prowincjała. Dominikanie cieszyli się sporym prestiżem, szczególnie w kręgach inteligencji. Doceniano ich poziom intelektualny, ­zaangażowanie w działalność publiczną, zasługi na polu duszpasterstwa. Zięba lubił powtarzać: „Jesteśmy najlepszą prowincją najlepszego zakonu w Kościele” i na takim przekonaniu opierał swoje rządy. Odzywały się w tym echa współczesnej neokalwińskiej teologii sukcesu, rozkwitającej od USA po Koreę Południową. Wedle niej sukces oparty na społecznym prestiżu, skutecznym oddziaływaniu tworzonych przez daną wspólnotę instytucji oraz związanym z tym odpowiednim statusie materialnym należy uznać za znak szczególnego Bożego wybrania.

A w latach 90. Paweł M. mocno przyczyniał się do duszpasterskich sukcesów polskich dominikanów. Na odprawiane przez niego msze i głoszone przez niego rekolekcje przychodziły tłumy. ­Nagrywano kasety z jego kazaniami. Jego siła odsłaniała się zwłaszcza we wspólnotowych modlitwach charyzmatycznych. Sam o. Zięba nie miał do tej duchowości wielkiego przekonania (choć, gdy go wybrano na prowincjała, poprosił Pawła M. o „wyegzorcyzmowanie” biura w klasztorze przy Freta), ale wiedział, że przyciąga ona do Kościoła młodych. Pentekostalizm to obok neokalwinizmu jeden z najprężniej rozwijających się nurtów współczesnego chrześcijaństwa.

Nic więc dziwnego, że prowincjał długo nie przyjmował krytycznych uwag na temat działalności Pawła M. A od początku 1998 r. był sukcesywnie powiadamiany (robili to także zakonni współbracia) o ekscentrycznych, wielogodzinnych (trwających nawet do 4-5 rano) modlitwach we wrocławskim duszpasterstwie akademickim. Zaniepokojone rodziny oraz znajomi uczestników duszpasterstwa pisali o sekciarskiej mentalności grupy; niektórzy jej członkowie zrywali wszelkie kontakty z ludźmi z zewnątrz. Wielu zaniedbywało studia (aż do ich porzucenia). W klasztornych pomieszczeniach stale pomieszkiwało kilka kobiet, co gorszyło starszych dominikanów, ale co przełożony lekceważył. W głośnych nocnych modlitwach z wrzaskiem wyrzekano się diabła. Odprawiano dziwaczne rytuały, jak palenie na stosie na klasztornym dziedzińcu rzekomo udręczonych przez szatana mebli.

Sekta szybko się rozrastała. Niektórzy postanowili nawet oddać swoje oszczędności na rzecz wymarzonej przez Pawła M. „nowej wspólnoty” (podobnej do francuskiej Wspólnoty Błogosławieństw czy założonej przez M.D. Philippe’a Wspólnoty św. Jana – dziś wiemy, że w obu tych grupach przez lata dochodziło do nadużyć seksualnych w ramach „kierownictwa duchowego”). O. Zięba był informowany o aktach przemocy fizycznej podczas modlitw oraz o stosowanej przez Pawła M. presji psychicznej i duchowej (m.in. o przemocowym wykluczaniu członków wspólnoty jako „niewiernych Bogu Judaszy”). Wiedział także najpewniej o nadużyciach, jakich Paweł M. mógł dopuszczać się podczas spowiadania – spowiedzi trwały nawet po kilka godzin; od ludzi wyciągał opowieści o traumach związanych z życiem rodzinnym i seksualnym. Wyznane grzechy zakonnik ujawniał podczas wstawienniczych modlitw wspólnotowych.

Prowincjał nie chciał przyjąć tych faktów do wiadomości. Zezwolił nawet na absurdalny „ewangelizacyjny” wyjazd Pawła M. i kilku członków duszpasterstwa do Chin, bo Paweł M. „rozeznał”, że został powołany do nawrócenia społeczeństwa Państwa Środka na chrześcijaństwo. Do początków roku 2000 Zięba nie ukrócił jego działalności. Być może głównym powodem było to, że był jego stałym spowiednikiem (czego jako przełożony wedle kościelnych zwyczajów i prawa nie powinien się podejmować). Współbraciom krytykującym Pawła M. powtarzał: „Jak mi przyprowadzisz trzy tysiące ludzi na mszę o uzdrowienie, to porozmawiamy). Zresztą pod koniec lat 90. Paweł M. dla wielu dominikanów był „gwiazdą” czy też, jak powiedział jeden z braci, „wzorem duszpasterza”.

Gdy jednak w 1999 r. do klasztoru we Wrocławiu trafił o. Marcin Mogielski, sytuacja uległa zmianie. Zaczęli przychodzić do niego ludzie, którzy w duszpasterstwie Pawła M. doświadczyli psycho­manipulacji oraz innych form przemocy. Młody duszpasterz postanowił nakłonić pokrzywdzonych do napisania świadectw, które przekazano o. Ziębie. Prowincjał musiał być mimo wszystko poruszony – w Wielkim Tygodniu 2000 r. odwołał Pawła M. z funkcji duszpasterza akademickiego.

W jednym z listów znalazły się informacje o zmuszaniu do współżycia i wielokrotnym zgwałceniu. Mimo to Zięba nie zdecydował się na zawiadomienie prokuratury ani na wszczęcie wobec Pawła M. postępowania kanonicznego, w­ ­którym zebrano by dowody i przesłuchano świadków. Postanowił go „ukarać” (choć, jak wiedzą już studenci prawa, nie można mówić o karach, jeśli nie było procesu) mocą własnego autorytetu. W lipcu 2000 r. wysłał Pawła M. na ­kilkutygodniową pokutę do klasztoru kamedułów w Krakowie, a następnie na prawie rok do pracy w hospicjum dziecięcym w Lublinie.

Zakonnik dostał też zakaz prowadzenia jakiejkolwiek działalności duszpasterskiej związanej z władzą święceń (m.in. nie mógł spowiadać i odprawiać mszy świętej). Wiemy, że zakaz ten łamał, odprawiając „prywatne” eucharystie i głosząc na nich kazania. I choć „kary” o. Zięby nie były karami, dominikanie aż do 2021 r. powtarzali, że nie można Pawła M. wydalić z kapłaństwa ani z zakonu, bo przecież „nie wolno po raz kolejny karać za to samo”. Pod koniec czerwca 2001 r. nałożona przez Ziębę „kara” przestała zresztą obowiązywać, a Paweł M. dostał zgodę na studia doktoranckie i w następnych latach – aż do obrony rozprawy w 2008 r. – zajmował się mariologią M.D. Philippe’a. Mam wrażenie, że z pomocą myśli tego „seksualnego drapieżcy-mistyka” próbował wytłumaczyć ex post uczynione przez siebie krzywdy.

Pozostała trauma

Przez następne 20 lat przełożeni próbowali sprawować kontrolę nad Pawłem M., wysyłając go np. na badania psychologiczne i krótkotrwałe, raczej nieskuteczne terapie. Zdołał on zebrać w internecie grupę ludzi ślepo wierzących w jego charyzmę. Zakazywano mu spotkań i rozmów na tematy egzystencjalne i teologiczne, potrafił jednak to obejść, używając np. telefonu, komunikatorów internetowych czy CB-radia, co skutkowało następnymi dyscyplinującymi go, a coraz bardziej groteskowymi dekretami. Równocześnie wysyłano go jako kapelana do szpitala psychiatrycznego czy na rekolekcje do sióstr klauzurowych. Rezultatem tych rekolekcji było kolejne wykorzystanie seksualne kobiety w ramach „modlitwy ciałem”.

W „tajnym archiwum” znaleźliśmy rozbieżne opinie psychologiczne i psychiatryczne. Przez dwadzieścia lat sporządzono ich kilka, o różnej jakości warsztatowej i o sprzecznych konkluzjach; o większości można wątpić, czy przygotowano je rzetelnie. Ponieważ Pawła M. nie można było wysłuchać, psychologom z komisji pozostała analiza jego wypowiedzi pisanych – m.in. listów do o. Zięby i następnego prowincjała, o. Krzysztofa Popławskiego.

Przez miesiące wysłuchaliśmy kilkudziesięciu świadków i pokrzywdzonych. Opowieści o dawnych krzywdach przeplatały się z wyznaniami o wciąż trwających traumach. Silne emocje często stawały się także naszym udziałem. Widzieliśmy i potwierdzili to psychologowie pracujący w komisji, że świadectwa należy uznać za wiarygodne. Słuchaliśmy ludzi, u których Paweł M. „rozeznał” niegdyś powołanie do życia kapłańskiego i zakonnego. Próbowali temu sprostać. Niektórym się udało, inni po długiej (czasami nawet kilkunastoletniej) męczarni porzucali stan duchowny czy występowali ze swoich zgromadzeń. Bywa, że stracili wiarę. Są też tacy, którzy próbują do tej wiary wrócić. Jedni i drudzy pytali mnie, jak mógłbym wytłumaczyć im to, czego duchowo doświadczyli w kontakcie z Pawłem M.

Teologia przemocy

Wiedziałem, że ich udziałem były bardzo intensywne przeżycia religijne. Trudno to pewnie zrozumieć postronnym, którzy nie są w stanie pojąć quasi-mistycznego amoku i tego, jak podczas modlitwy charyzmatycznej mogło dojść do okrutnych pobić i seksualnego zniewolenia. Paweł M. świetnie jednak umiał manipulować wiarą powierzonych sobie ludzi.

Należało przyjąć, że rzeczywistość jest skrajnie zdemonizowana i wszyscy (z nielicznymi wyjątkami, wśród których znajdował się oczywiście Paweł M.) podlegamy władzy diabła. Za to poddaństwo musimy Bogu nieustannie odpłacać. Taka „ekspiacja” może pomóc nie tylko nam, ale i innych obronić przed skutkami ich grzechów (a skutki te dotyczyły nie tylko planu indywidualnego czy lokalnego, skoro okrutne zadośćuczynienia nakładane przez Pawła M. miały np. uchronić Chiny przed wybuchem bomby atomowej).

Coraz bardziej przejęty i przybity wyznaniami ofiar nie mogłem znaleźć odpowiedzi, co powodowało Pawłem M. Aż w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, czego w istocie dotyczyła duchowa transgresja Pawła M.

Nie wiadomo, czy miał kiedykolwiek mistyczną wizję. Uwierzył jednak, że jest prawdziwym „głosem Ducha Świętego” i reprezentantem Boga. Uwierzył nawet, że powinien otrzymać stygmaty, gdyż jego powołaniem jest – jak w przypadku cierpiącego Chrystusa – zbawcze, skuteczne i całkowite cierpienie za innych. Stygmaty się nie pojawiły, ale wina leżała jego zdaniem po stronie tych, w których tkwił ciągle „korzeń nieczystości”. Należało ich zatem odpowiednio ukarać czy „oczyścić”, a przecież tylko on mógł być egzekutorem owej kary i „oczyszczenia”. Takie było źródło przemocy psychicznej, duchowej, a także fizycznej, jaką stosował wobec innych.

Odpowiedź

Paweł M. dopuścił się ogromnych krzywd w imię wypaczonej wizji chrześcijaństwa. Mógł to robić, bo działał w niewydolnej i chorej strukturze macierzystego zakonu (struktura ta jest zresztą tylko egzemplifikacją perwersji, która dotknęła Kościół katolicki, co z każdym rokiem staje się coraz bardziej widoczne).

Raport w sprawie Pawła M. nie przyniósł mi ulgi, choć mam nadzieję, że oddaliśmy sprawiedliwość pokrzywdzonym. Jeszcze wyraźniej zobaczyłem „pustkę po Bogu” w moim Kościele. Jaką teraz mam dać odpowiedź „postwierzącym”? Nie wiem, choć wciąż uważam, że powinienem jej szukać. ©

Autor jest teologiem i publicystą, członkiem komisji badającej sprawę dominikanina Pawła M.

KULTOWY ZAKON

TO W KONTEKŚCIE dominikanów zaczęło się w Polsce mówić o zjawisku churchingu, czyli poszukiwania „własnego” kościoła. W latach 90. do dominikańskich kościołów trafiali wierni niezadowoleni z tego, jak wygląda duszpasterstwo w parafiach. Niektóre msze, jak krakowskie „Dwunastki” o. Jana A. Kłoczowskiego czy młodzieżowe „Dziewiętnastki”, zyskiwały status kultowych, a kościoły pękały w szwach. U dominikanów była gwarancja pięknej liturgii i mądrego kazania. A także znalezienia swojego środowiska, np. w którymś z prężnie działających duszpasterstw.

W POLSCE działa 20 klasztorów dominikańskich, z których ostatni, katowicki, ­powstał 9 lat temu. Zakonnicy ewangelizują według dewizy „Głosić wszystkim, wszędzie i na wszelkie sposoby”. Prowadzą liczne duszpasterstwa (m.in. 11 akademickich, 8 młodzieży, a także duszpasterstwa rodzin, dorosłych, charyzmatyczne itp.) z bogatą ofertą zajęć i spotkań, organizują wykłady otwarte w ramach Dominikańskiej Szkoły Wiary (na temat religii, kultury i problemów współczesnego świata), warsztaty śpiewu i liturgii. W lecie organizują zapoczątkowane przez o. Jana Górę spotkania w Lednicy.

STRONĘ DOMINIKANIE.PL, na której ­zakonnicy publikują profesjonalnie wyprodukowane filmy, nazywa się popularnie „­katolickim Netfliksem”. Dominikańską proweniencję (założycielem był o. Maciej Zięba) ma Instytut Tertio Millennio, popularyzujący katolicką naukę społeczną. Szerzeniu idei św. Tomasza z Akwinu służy z kolei Instytut Tomistyczny. Polska prowincja prowadzi też wydawnictwo książkowe W Drodze i wydaje miesięcznik, o którego nakładzie i sprzedaży katolicka konkurencja może tylko pomarzyć. Przy kilku klasztorach działają Centra Informacji o Sektach i Nowych Ruchach Religijnych.

WIELU BRACI zajmuje się „wędrownym ­kaznodziejstwem”, głosząc w całym kraju rekolekcje. Niektórzy, jak o. Adam Szustak, stają się „katolickimi celebrytami” i zdobywają popularność wychodzącą daleko poza środowiska wierzących.

©(P) MACIEJ MÜLLER

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2021