Orły pod piaskownicą

Był październikowy ranek, gdy na plac zabaw przedszkola we wsi Sdier wjechała koparka. Miała wykonać dół pod nową, większą piaskownicę. Szybko przerwała pracę: wraz zkolejnymi partiami ziemi na powierzchnię wydobyto hełm, granaty iszkielet.

31.10.2007

Czyta się kilka minut

Fot. GUNTRAM BERNDT /
Fot. GUNTRAM BERNDT /

Najpierw wezwano saperów. A potem do akcji wkroczył Guntram Berndt. Gdy wydobyto już wszystkie szczątki, Berndt i jego ludzie mogli stwierdzić, że kości należą do dziesięciu osób: dziewięciu mężczyzn i kobiety.

Początkowo sądzili, że to żołnierze Armii Czerwonej. Tak sugerowało uzbrojenie: granaty zawieszone jeszcze u pasów, broń. Byłoby to więc kolejne "rutynowe" znalezisko, jakimi zajmowali się w ostatnich latach, gdy podczas prac budowlanych, zwłaszcza wokół Berlina, często odkrywano szczątki żołnierzy niemieckich i sowieckich poległych w 1945 r.

Kiedy jednak zaczęli segregować przedmioty znalezione przy zmarłych - łyżki, okulary, scyzoryk, zapalniczka, mały flakonik (wyposażenie sanitariuszki, a może na kobiece perfumy?) - ze zbutwiałych resztek, które kiedyś mogły być wojskową czapką, wypadł metalowy orzełek. Dziwny, bez korony, w niczym nieprzypominający współczesnego godła Polski. Ale orzeł.

O polskich żołnierzy Guntram Berndt nie troszczył się jeszcze nigdy, choć ekshumacjami zajmuje się od kilku lat. To znaczy od chwili, gdy w 2002 r. wraz z przyjaciółmi założył "Verein zur Klärung von Schicksalen Vermisster und Gefallener". Pod tą rozwlekłą nazwą kryje się stowarzyszenie zrzeszające zapaleńców, którzy, działając społecznie, próbują wyjaśniać losy poległych podczas II wojny światowej, których szkielety ciągle jeszcze znajduje się po polach i lasach Niemiec. Oddają także tym szczątkom ostatnią posługę w postaci godnego przeniesienia ich na cmentarz.

Gdy firma budowlana zgłasza, że na dawnym polu bitwy znalazła szkielety, prócz saperów na miejsce stara się dotrzeć ktoś z 75 członków stowarzyszenia Guntrama Berndta. Nie tylko, by pomagać w ekshumacji, ale także, by zidentyfikować zwłoki - o ile to możliwe.

Nie jest to sztuka dla sztuki: z ośmiu milionów żołnierzy Wehrmachtu, którzy zginęli w latach 1939-45, ciągle około miliona uznawanych jest za zaginionych. Ciągle też żyją ich rodziny, które, bywało, przez lata łudziły się, że ojciec czy mąż nie poległ w przysypanym ziemią okopie, lecz trafił do niewoli, żyje i może wróci. A gdy nie było już nadziei, zostawało choć pragnienie uzyskania pewności: gdzie zginął, gdzie został pochowany?

Dlatego Berndt i jego ludzie wiozą ze sobą nie tylko małe metalowe trumny (zmieszczą się w nich kości dorosłego człowieka), ale także detektory do wykrywania metalu. Oraz szczotki, którymi pieczołowicie oczyszczą z ziemi to, co znaleziono przy zwłokach.

Sdier to niewielka wieś, właściwie przysiółek należący do gminy Grossdubrau, na północny wschód od Budziszyna - niedaleko granicy polsko-niemieckiej. W ostatnich dniach II wojny światowej w okolicy tej trwały krwawe walki: gdy po przekroczeniu Nysy w połowie kwietnia 1945 r. wojska 1. Frontu Ukraińskiego marszałka Koniewa ruszyły dalej na zachód, od południa uderzyło w nie zgrupowanie feldmarszałka Ferdinanda Schörnera.

Ten fanatyczny nazista, dysponujący jeszcze świeżymi dywizjami, postanowił iść na odsiecz Hitlerowi - i przebić się do Berlina. W okolicach Budziszyna wojska Schörnera starły się z dywizjami 2. Armii Wojska Polskiego, wchodzącej w skład zgrupowania Koniewa.

Polscy żołnierze, w większości niedoświadczeni, a przede wszystkim fatalnie dowodzeni przez gen. Karola Świerczewskiego (alkoholika, któremu w Armii Czerwonej, gdzie wcześniej służył, odebrano dowództwo dywizji za nieudolność), wymieszali się z oddziałami niemieckimi. Ludzie Schörnera często nie brali jeńców; wymordowali kilkuset rannych Polaków w zdobytym szpitalu polowym.

W czasach PRL-u bitwę pod Budziszynem przedstawiano oficjalnie jako zmaganie krwawe, ale zwycięskie. Przemilczana prawda była taka, że sytuację uratowały posiłki radzieckie, które Koniew rzucił na pomoc Świerczewskiemu. Inaczej doszłoby do masakry.

Ale i tak straty były ogromne: z 90 tys. swych żołnierzy 2. Armia straciła 10 tys. (dla porównania, bitwa o Monte Cassino kosztowała tysiąc zabitych). Z tej liczby za poległych uznano 7 tys. Ciał pozostałych, czyli blisko 3 tys., po bitwie nie odnaleziono i do dziś figurują jako zaginieni.

Pod Grossdubrau między 21 a 26 kwietnia 1945 r. walczyli żołnierze polskiej 5. Dywizji Piechoty - ich to szkielety znajdowały się przez 62 lata pod przedszkolną piaskownicą.

Inna sprawa, że - jak wspominają dziś starsi mieszkańcy Grossdubrau - ciał poległych nie szukano wtedy zbyt dokładnie. Po bitwie wojska pociągnęły dalej na zachód. Na polach wokół wsi pozostały dziesiątki spalonych czołgów. Przez kolejne miesiące ludzie znajdywali tu i ówdzie zwłoki Polaków. Podobno, tak twierdzi 84--letni Walter Pohlan z Grossdubrau, sprawujący władzę w swojej strefie okupacyjnej Sowieci nie przejmowali się specjalnie. - Bywało, że ciała wrzucano po prostu do rowów i przysypywano ziemią - wspomina Pohlan.

Przy szkieletach pod piaskownicą w Grossdubrau odnaleziono broń i amunicję. Być może zginęli w walce, a potem ich stanowisko (okop?) przysypała ziemia. Przy wszystkich szczątkach odnaleziono też polskie symbole: prócz orzełków bez korony - jakie nosili na czapkach żołnierze polskiego wojska walczącego u boku Armii Czerwonej - także guziki z orzełkami, również tymi "ludowymi". Brakowało natomiast identyfikatorów. - Ustalenie z nazwiska, kim byli zmarli, byłoby bardzo trudne - mówi Guntram Berndt w rozmowie z "Tygodnikiem".

Berndt, rocznik 1958, urodził się w nadodrzańskim miasteczku Guben, przy ówczesnej granicy z Polską. Syn oficera armii NRD-owskiej, w 1980 r. uciekł do Niemiec Zachodnich. Dziś mieszka w Bremie, ma własną firmę.

Dlaczego w ogóle się w to zaangażował? Wkrótce po zjednoczeniu Niemiec Berndt odwiedził po latach rodzinny Guben. Podczas spaceru po lesie natknął się przypadkowo na szczątki żołnierza. - Leżał tam, gdzie zginął w kwietniu 1945 r., przysypany tylko cienką warstwą ziemi - mówi. - Okazał się Austriakiem, ustalono jego nazwisko, bo miał tzw. "nieśmiertelnik". Zainteresowałem się tą historią i dowiedziałem się, że w NRD nikogo nie obchodziło poszukiwanie i ekshumowanie poległych podczas wojny.

"Pojednanie nad grobami" - tak Berndt określa sens swej pracy. Chciałby, aby dziesięć metalowych trumien trafiło do Polski, na cmentarz wojenny. - Na niemieckich cmentarzach, tam gdzie walczyła 2. Armia, są wprawdzie kwatery polskich żołnierzy, i my, Niemcy, o nie dbamy. Ale z Polski prawie nikt ich nie odwiedza. Pewnie mało kto w Polsce wie o ich istnieniu. Tymczasem w lasach i na polach w okolicach Budziszyna spoczywają nadal szczątki kilku tysięcy Polaków. Czekają, aż ktoś je znajdzie i godnie pochowa.

***

Czeka też na rozwiązanie zagadka: obok pozbawionych korony orzełków "kościuszkowskich" Guntram Berndt odnalazł jednego orzełka z koroną (na zdjęciu obok). Takiego orła nosili na czapkach polscy żołnierze w 1939 r. Potem był poszukiwanym dobrem wśród partyzantów i powstańców warszawskich z AK: gdy brakowało mundurów, symbolizował przynależność do polskiego wojska.

Jest chyba niemożliwe, by żołnierz Ludowego Wojska Polskiego mógł sobie pozwolić na otwarte noszenie orła z koroną. Kim był więc poległy w Sdier? Byłym AK-owcem? Może nosił na czapce orła "kościuszkowskiego", a w kieszeni - orła z koroną? Czy kiedyś się tego dowiemy?

Współpraca Wojciech Pięciak

Rozmowa z Andrzejem Przewoźnikiem, sekretarzem generalnym Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa

PATRYCJA BUKALSKA: - W Budziszynie znaleziono szczątki polskich żołnierzy. Czy Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa zajmie się tą sprawą?

ANDRZEJ PRZEWOŹNIK: - Jesteśmy już w kontakcie z naszym odpowiednikiem niemieckim, Volksbund Deutsche Kriegsgräberfürsorge, który opiekuje się grobami wojennymi. Otrzymaliśmy materiały, także od naszego konsulatu w Lipsku, i teraz sprawdzamy, czy możliwe będzie zidentyfikowanie poległych. Rozważamy też możliwości ich godnego pochówku. Są dwie opcje: w Niemczech lub w Polsce. Skłaniamy się raczej do drugiej. Po wojnie na terenie ówczesnej NRD prowadzono poszukiwania i ekshumacje żołnierzy polskich, którzy zginęli w 1945 r. Tych spod Budziszyna ekshumowano i przenoszono do Polski, do Zgorzelca. Jest tam wielki cmentarz żołnierzy 2. Armii Wojska Polskiego, groby indywidualne i zbiorowe. Pochowano na nim 3392 żołnierzy, z tego 3347 zidentyfikowanych. Cmentarz otwarto w 1947 r., a następnie uzupełniano w 1948 r. i później w latach 60. Rozmawiałem już z władzami, by znaleźć tam miejsce dla tych dziesięciu poległych spod Budziszyna. Ale ostateczna decyzja o miejscu pochówku jeszcze nie zapadła.

- Czy ten przypadek nie pokazuje, że nadal warto szukać? Po tamtej bitwie za zaginionych uznano aż 3 tys. żołnierzy, którzy najpewniej polegli, ale zwłok nie znaleziono.

- To część szerszego problemu, dotyczącego grobów polskich żołnierzy, a także innych grobów Polaków-ofiar wojny, np. robotników przymusowych czy więźniów obozów koncentracyjnych na terenie dawnej NRD. Okazuje się, że wiele tych miejsc w ogóle nie było odkrytych ani urządzonych czy objętych opieką. To się dzieje dopiero teraz. I dopiero teraz dowiadujemy się o wielu miejscach, sami też próbujemy szukać. Rozmawiamy z naszymi niemieckimi partnerami, mamy obietnicę, że otrzymamy wkrótce dokumentację miejsc, które zostały zlokalizowane i zidentyfikowane na terenie dawnej NRD.

- Jak wygląda opieka nad już istniejącymi grobami polskimi w Niemczech?

- Mamy umowę polsko-niemiecką, zasada jest taka: utrzymanie wszystkich grobów Polaków, żołnierzy oraz cywilnych ofiar wojny, znajdujących się na terenie Niemiec jest finansowane z budżetu państwa niemieckiego. Czy z budżetu centralnego, budżetów landów czy samorządów, to już nie nasza sprawa. W każdym razie gmina dostaje środki na opiekę i utrzymanie tych miejsc.

- Jaki jest stosunek lokalnych społeczności do tych grobów?

- To są różne miejsca i różne historie powojenne. Np. w Emsland, regionie ciągnącym się nad granicą niemiecko-holenderską, jedni mieszkańcy bardzo dobrze wspominają żołnierzy z 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, którzy przez kilka powojennych lat tam stacjonowali jako część alianckich sił okupacyjnych. Ale inni źle - choćby dlatego, że w niektóre miejsca trafili wysiedleńcy z terenów, które dziś są w obrębie Polski. To są złożone historie. Niemniej umowa, którą zawarliśmy z Niemcami, precyzuje standardy w postępowaniu z grobami i cmentarzami wojennymi: polskimi w Niemczech i niemieckimi w Polsce. To ramy, które pomagają, ale do każdej konkretnej sprawy trzeba podchodzić indywidualnie.

- Czy będą kolejne odkrycia pod Budziszynem?

-Na pewno. Już dziś mało jest miejscowości na terenie Niemiec, gdzie nie ma grobów Polaków z czasów wojny. Przede wszystkim to cywilne ofiary, w mniejszym stopniu żołnierze. Chcielibyśmy wszystkie te groby odnaleźć. Tym bardziej że wciąż jeszcze są rodziny, które szukają swoich bliskich zmarłych, poległych czy zaginionych na terenie Niemiec.

Rozmawiała Patrycja Bukalska

Rada Ochrony Pamięci, Walk i Męczeństwa opiekuje się m.in. polskimi cmentarzami wojennymi w kraju i za granicą.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
(1935-2020) Dziennikarz, korespondent „Tygodnika Powszechnego” z Niemiec. Wieloletni publicysta mediów niemieckich, amerykańskich i polskich. W 1959 r. zbiegł do Berlina Zachodniego. W latach 60. mieszkał w Nowym Jorku i pracował w amerykańskim „Newsweeku”.… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2007