Reklama

Obywatel monotematyczny

Obywatel monotematyczny

22.10.2018
Czyta się kilka minut
Wyborcy chcą idealnie dopasować swoje poglądy do partii. Gdy pojawia się choćby jedna niespójność – rezygnują z popierania.
Czarny piątek we Wrocławiu, marzec 2018 r. KRZYSZTOF ĆWIK / AGENCJA GAZETA
G

Gdy 23 marca, w tzw. Czarny piątek dziesiątki tysięcy Polaków wyszły na ulice, protestując przeciwko zaostrzeniu ustawy aborcyjnej, wśród uczestników manifestacji dostrzec można było przedstawicieli co najmniej kilku grup społecznych. Dominowały oczywiście osoby młode i w średnim wieku, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, nie zabrakło jednak i osób starszych, matek z małymi dziećmi, uczniów czy studentów. Łączyła ich nie tylko idea sprzeciwu wobec proponowanych zmian w ustawie, ale i przekonanie, że tej konkretnej sprawie warto poświęcić czas i energię, maszerując we wcale nie najprzyjemniejszej pogodzie.

Podobnie było w lipcu ubiegłego roku, gdy przez Polskę przelała się fala protestów w obronie niezależności władzy sądowniczej. Wielu politycznych komentatorów uznało je za przełomowy moment dla polskiego społeczeństwa. Dzięki relatywnie znacznemu udziałowi młodych, dotychczas krytycznych tak samo wobec PiS, jak i pozostałych partyjnych przedstawicieli postsolidarnościowego porządku, uwierzono, że w Polsce rodzi się opozycja prawdziwie społeczna.

Obywatele mieli wreszcie dość niszczenia trójpodziału władzy i państwa prawa, jakie w przyspieszonym tempie od 2015 r. fundowała im partia Jarosława Kaczyńskiego. W oczach wielu występujących wówczas pod Sejmem polityków Platformy Obywatelskiej, PSL, Nowoczesnej czy nawet SLD paliły się iskierki nadziei. Uznali, że krytyczną sytuację w sondażach uda się wreszcie odwrócić. Lipiec 2017 r. miał być nowym Sierpniem ’80, a hasła „Wolne sądy” i „Nie podpisuj” – nowym wcieleniem okrzyków „Nie ma wolności bez Solidarności”.

Gdy niemal równo rok później PiS wziął się za demontaż Sądu Najwyższego, protestujących było już znacznie mniej. Sytuacja w sondażach też niespecjalnie uległa zmianie – poparcie dla partii rządzącej oscyluje wokół wyniku wyborczego z 2015 r., raz na jakiś czas przekraczając nawet barierę 40 proc. Partiom opozycyjnym słupki też nie drgnęły, co najwyżej pozamieniały się miejscami, z dala za prowadzącą dwójką PiS-PO. Pomimo sporadycznych, choć ważnych wybuchów obywatelskiej złości, polska scena polityczna jest w dużej mierze w tym samym miejscu, w którym była, gdy rząd Beaty Szydło obejmował władzę.

Raz a dobrze

Brak bezpośredniego przełożenia protestów społecznych na uczestnictwo w wyborach i zmianę rządzących tłumaczy niejedna teoria socjologiczna, politologiczna czy psychologiczna. Absencję wyborczą wyjaśnia się zaściankową kulturą polityczną, niskim kapitałem społecznym, kryzysem demokracji liberalnej, brakiem zakorzenienia tradycji wyborów. Zdecydowana większość tych teorii przyjmuje jednak za swój punkt wyjścia instytucje, a nie społeczne jednostki. Przywykliśmy do narracji o erozji demokracji jako systemu, o kryzysie partii politycznych. Raz po raz na listach bestsellerów pojawiają się książki o kasandrycznych tytułach, tłumaczące, dlaczego należy pożegnać się ze światem, w którym demokracja była jedynym akceptowalnym rozwiązaniem.

David Runciman, rektor wydziału politologii w Cambridge, pisząc swoją wersję politycznego końca świata, zatytułowaną „Jak kończy się demokracja”, stawia tezę, że obecnego wzrostu popularności antydemokratów nie należy porównywać z rozwojem faszyzmu czy nazizmu, ponieważ demokracja liberalna skończy się w sposób unikatowy. Przyczyną tego będzie szereg zjawisk, od rozwoju technologii, przez przeniesienie aktywności politycznej do mediów społecznościowych, skończywszy na zmianach klimatycznych. Możliwe. Ale co, jeśli przyczyna jest dużo bardziej przyziemna i nie znajduje się w instytucjach czy abstrakcyjnych konceptach, ale po prostu w ludziach?

Jeśli setki tysięcy osób w Polsce są w stanie wychodzić na ulicę, domagając się np. pozostawienia obecnej wersji przepisów o aborcji, co więcej: jeśli blisko siedmiu na dziesięciu Polaków deklaruje taką postawę w badaniach społecznych, przeprowadzonych bez kontekstu czarnych marszy, to dlaczego Partia Razem, która praktycznie jako jedyna siła polityczna konsekwentnie wpisuje prawo do aborcji do swoich postulatów programowych, wciąż balansuje na granicy progu wyborczego?

Dlaczego jeśli (zgodnie z wynikami lipcowego sondażu przeprowadzonego na zlecenie Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia) jedynie 24,8 proc. Polaków popiera zmiany w sądownictwie, nie przekłada się to ani na spadek poparcia dla PiS, ani wzrost wyników opozycji?

Pierwsza, intuicyjna odpowiedź brzmi: Partia Razem to nie tylko aborcja, a PO to nie tylko obrona sędziów. Każda partia ma przecież, przynajmniej w teorii, stanowisko we wszystkich najważniejszych kwestiach związanych z rządzeniem państwem. Wyborcy mogą zatem popierać ją w jednej kwestii, ale sprzeciwiać się jej polityce we wszystkich innych. Realizacja jednego, wybranego postulatu społecznego nie musi zapewniać poparcia w wyborach.


Czytaj także: Rafał Woś: Nic się nie stało, lewico, nic się nie stało...


Głosujący są dziś zdecydowanie bardziej wybredni niż kiedykolwiek w historii wyborów powszechnych. Problem pełnej lub częściowej identyfikacji z postulatami polityków istniał zawsze, jednak dawniej wyborcy dużo chętniej przymykali oko lub ignorowali te części programu, które im nie odpowiadały, pod warunkiem, że zgadzali się z linią partii na płaszczyźnie fundamentalnej.

Dzisiaj wyborcy poszukują idealnego dopasowania swoich poglądów z partią polityczną. Gdy pojawia się choćby jedna drobna niespójność – rezygnują z popierania jej.

Prof. Juan Pablo Luna, chilijski politolog, nazywa to zjawisko rozwojem „obywatela monotematycznego”. Ktoś taki jest gotów na poświęcenia dużo większe niż wrzucenie głosu do urny, ale tylko dla jednej, wybranej kwestii. Na polskim gruncie najlepiej widać to na przykładzie właśnie czarnych protestów. Setki tysięcy ludzi wyjdą na ulicę, domagając się prawa do aborcji, ale na partię polityczną popierającą ten postulat zagłosuje już tylko ich znikomy procent. Według Luny wynika to również z faktu, że wieloma kwestiami, w których partie zajmują stanowisko, ludzie zwyczajnie się nie interesują. Posuwając ten tok myślenia krok dalej, można założyć, że gdyby w Polsce powstała partia, której jedynym postulatem byłoby złagodzenie prawa aborcyjnego, z miejsca mogłaby stać się największą siłą opozycji, a może nawet całej sceny politycznej.

A co mnie to obchodzi

Dlaczego jednak wyborcy przestali się interesować całością postulatów partii, a jednocześnie najmniejsza nawet niezgodność z nimi odpycha ich coraz dalej od urn? Badacze zjawiska współczesnego populizmu wskazują m.in. na demitologizację zawodu polityka. Osoby zawodowo zajmujące się rządzeniem przestały się jawić jako kasta wybrańców obdarzonych talentami czy lepszym rozumieniem procesów społecznych. Rozwój technologii, powszechny dostęp do informacji spowodowały, że polityk nie jest dziś w żaden sposób wyjątkowy. Co więcej: sukcesy ruchów takich jak Kukiz ’15, które na swoje listy wpuszczają niemal wszystkich chętnych, nie prowadząc żadnej selekcji, dodatkowo potęgują wrażenie, że politykiem może być każdy. Skoro każdy, to ja też – przecież gadające głowy w telewizji nie są mądrzejsze ode mnie. A skoro nie są, dlaczego miałbym powierzać im losy mojej emerytury czy podatków?

Obywateli monotematycznych przybywa. Ich rzesze zasilają ci, którzy przestali wierzyć, że postulaty partii zostaną zrealizowane. W Stanach Zjednoczonych w latach 50. rozkwitała teoria tzw. wyborcy-racjonalnego ignoranta. Zakładała ona, że przeciętny obywatel nie jest w stanie zrozumieć i wyrobić sobie zdania w kwestii wszystkich spraw, którymi zajmuje się rząd. Dlatego powinien głosować na podstawie wyboru w kilku płaszczyznach, które względnie pojmuje, jednocześnie ufając, że we wszystkich pozostałych władza jakoś sobie poradzi. Dziś racjonalnego ignoranta zastępuje obywatel monotematyczny, który owszem, ma wyrobione zdanie nadal tylko w kilku sprawach, ale nie wierzy też, że działalność polityków w pozostałych nie przyniesie katastrofy.

Swój udział ma w tym postępująca fragmentaryzacja świata, coraz głębsze tkwienie w bańkach informacyjnych. Nie jest to zjawisko nowe, ale współczesny obieg informacji tylko je pogłębia. W sposób coraz bardziej rozszczepiony myślimy o problemach krajowych, kontynentalnych i globalnych czy o swoim losie w kontekście sytuacji całego kraju. Ponad 2 miliony Polaków korzystają dziś np. wyłącznie z prywatnej służby zdrowia, a liczba ta będzie stale rosnąć. Osobom takim trudno jest emocjonalnie czy intelektualnie zaangażować się w debatę o publicznym systemie opieki zdrowotnej, bo problemów tego systemu zwyczajnie nie odczuwają. Podobnie jest z edukacją, gdzie rekordowo wysoka liczba rodziców postanowiła w tym roku uchronić swoje dzieci przed chaosem reformy, umieszczając je w placówkach prywatnych.

Czym innym jest pytanie o poparcie dla członkostwa Polski w Unii Europejskiej w dużych miastach, gdzie odbierane jest ono na płaszczyznach ideologicznych lub odnosi się do wolności decydowania o sobie, np. swobody podróżowania, a czym innym w małych miastach i na wsiach, gdzie swoboda ta często spowodowała exodus młodych ludzi i pękanie struktur rodzinnych. Fragmentaryzacja perspektywy sprawia, że coraz mniej interesujemy się sprawami, które z naszego punktu widzenia wydają się abstrakcyjne.

Referendum zamiast wyborów

Postępujący podział polityki na segmenty sprzyja antyliberalnym populistom. Skoro bowiem obywatele wypowiadają się co najwyżej na pojedyncze tematy, jaki sens jest przeprowadzać wybory powszechne, w których trzeba zająć stanowiska wobec wielu kwestii naraz? Spokojnie można je zastąpić referendami, najlepiej z jednym, zbanalizowanym pytaniem.

Od dyskredytowania wyborów z kolei tylko krok do delegitymizacji instytucji demokratycznych. Po co nam szereg ministerstw, urzędów i ciał legislacyjnych, skoro obywatele chcą, by rządzący reagowali na ich postulaty, a nie tworzyli im rzeczywistość? Doskonale wpisuje się to w narrację o „zwalczaniu elit”, „rozbijaniu kast”, „przywracaniu władzy ludziom”. To dzięki populistom władza wróciła w ręce szarego człowieka, nie dzięki wybieranym w wyborach liberałom, konserwatystom, socjalistom czy innym tradycyjnym formacjom ideowym.

Problem w tym, że populiści tylko sporadycznie potrafią trafnie odpowiadać na potrzeby obywateli, za to władzę sprawować chcą cały czas. I to właśnie w momentach, gdy nikt im nie patrzy na ręce, będą wprowadzać zmiany najbardziej szkodliwe. Widzieliśmy to nie raz w wykonaniu samego Jarosława Kaczyńskiego, który rzucał społeczeństwu kontrowersyjną, polaryzującą reformę, by stworzyć konflikt, w cieniu którego działy się realne zmiany ustrojowe. Będąc obywatelami mono­tematycznymi, sami pozbawiamy się możliwości popatrzenia na całość dorobku rządzących z lotu ptaka.

Wychodzimy z bańki

Jak zatem zmienić ten stan rzeczy? Odpowiedzi wydają się trywialne. Wyjście z własnej informacyjnej enklawy, rozmowa z ludźmi spoza naszych kręgów społecznych, przeprogramowanie się z jednostki na członka społeczeństwa – tyleż oczywiste, co trudne do wcielenia w życie, zwłaszcza na masową skalę. Nie jest to jednak niewykonalne. Wbrew pozorom jest jeszcze kilka zjawisk czy płaszczyzn, które jednakowo dotyczą nas wszystkich. Jak chociażby zmiany klimatyczne. Kolejne fale upałów, huragany czy powodzie nie będą specjalnie zainteresowane naszą orientacją ideologiczną czy stopniem zaangażowania w politykę.

Dlatego powinniśmy wymagać zarówno od polityków, jak i liderów ruchów społecznych, by właśnie kwestie politycznie uniwersalne wypychali na czoło swoich działań. Zmiana ta powoli następuje – tegoroczna kampania samorządowa była pierwszą w historii Polski, w której wszyscy liczący się kandydaci musieli zająć stanowisko w kwestii ochrony środowiska. To dobry początek, choć wciąż debata jest za wąska. Zamiast mówić o warszawskim czy krakowskim smogu, politycy powinni przedstawiać problem degradacji środowiska co najmniej w skali kraju. Imigracja powinna być tematem nie tylko dla dużych miast czy ściany wschodniej, ale dla wszystkich, rąk do pracy brakuje bowiem w wielu sektorach niemal w całym kraju. Jeśli sami nie przełamiemy tendencji do dzielenia polityki na silosy, damy politykom narzędzie do niekontrolowanej manipulacji naszym życiem. Czas wziąć się do roboty – polityka naprawdę lepiej brzmi w stereo. ©

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Problem w tym, że choć dotyczy ono wszystkich, to nie wszyscy w nie wierzą. Podobnie ze szczepionkami. Kłopot zaczyna się na poziomie diagnozy: czy w ogóle mamy do czynienia z globalnym ociepleniem? czy szczepionki szkodzą? czy potrzebni nam imigranci? czy można wcześniej przejść na dobrą emeryturę? Odpowiedzi powinny być oczywiste, ale dla wielu ludzi nie są. Populistyczni politycy cynicznie udają, że nie znają odpowiedzi na te i inne pytania, utrzymując społeczeństwo w niewiedzy. Czasem sami należą do tych osobliwych myślowo grup. Podsycają nadzieje, których nie mogą ziścić: o Bawarii w Polsce już za parę lat, o elektrycznych samochodach, co milionami już miały jeździć po drogach, o promach itd. Ludzie zaczęli świat traktować jak grę komputerową albo telenowelę - coś, co się nie dzieje naprawdę albo jeśli nawet dzieje, to ich nie dotyczy.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]