To może być gorący poniedziałek. Na 3 listopada przewidziane jest pierwsze posiedzenie nowo wybranej Izby Poselskiej czeskiego parlamentu.
Wówczas to do dymisji poda się aktualny centroprawicowy rząd Petra Fiali. Prawdopodobnie do tego czasu powstanie jakiś zarys nowego gabinetu. Na razie można o nim powiedzieć tylko tyle, że każdy scenariusz jest jeszcze możliwy.
Babiš tańczy zwycięski taniec w rytm włoskiego przeboju
Co ma wspólnego hit z festiwalu piosenki w San Remo z lat 80. XX stulecia z Czechami jesienią roku 2025? Więcej, niż byśmy się spodziewali.
Kiedy w sobotę 4 października około godziny 17.30 ogłoszono wyniki z 99 proc. okręgów, a zwycięstwo ruchu „ANO 2011” było już niekwestionowalne, do partyjnego sztabu na praskim Chodovie przybył 71-letni Andrej Babiš, jego lider.
Był w euforii. Wysiadł z auta z głośnikiem w jednej ręce i telefonem w drugiej. Przedzierał się przez tłum równie rozemocjonowanych dziennikarzy i kamerzystów, którzy za wszelką cenę chcieli się dowiedzieć, z kim Babiš będzie rządzić. Oraz czy potwierdzi się snuty jeszcze przed wyborami scenariusz, że będą to partie antysystemowe.
A wszystko to w rytmie tego włoskiego przeboju „Sarà perché ti amo” (Tak będzie, bo cię kocham). Płynął on z głośnika, który założyciel ANO trzymał nad głową – tak aby hałas, jaki robiła armia dziennikarzy, nie zagłuszył jego hymnu, hymnu zwycięzców.
Potem było jeszcze głośniej. Przebój zespołu Ricchi e Poveri (nazwę tej popowej grupy, założonej w 1967 r., gdy mały Andrej miał 13 lat, można przełożyć jako Bogacze i Biedacy) puszczono ponownie z głośników, gdy Babiš przemierzał drogę na scenę.
Drogę usłaną mu przez partyjnych kolegów i koleżanki wprawdzie nie różami, ale brawami, piskami i uśmiechami. Nastrój eskalował, gdy już na scenie Babiš zatańczył i zaśpiewał. „Tak będzie, bo cię kocham” – powtarzał tłum sympatyków.
Praga to bastion konserwatystów i liberałów
Włoski przebój towarzyszy liderowi ruchu ANO już od jakiegoś czasu. Wideo z Babišem, tańczącym do tej piosenki po wygranej w wyborach regionalnych w 2024 r., stało się w Czechach wiralem.
Song wrócił, początkowo w mediach społecznościowych, również w tym roku – po jednej z ostatnich przedwyborczych debat Babiša z premierem Fialą. W poczuciu triumfu nad głównym rywalem, Babiš puścił ją w aucie, śpiewając i relacjonując wszystko online. Zareagował nawet Fiala, udostępniając post Babiša z pytaniem, czy coś mu nie dolega.
W ten sposób teraz, w sobotni jesienny wieczór, sztab ANO – ulokowany kilkaset metrów od siedziby Agrofertu, koncernu należącego do Babiša – stał się na chwilę politycznym epicentrum. Wystrzelono confetti w kształcie serduszek, a gdy muzyka przycichła, usłyszeliśmy od lidera ANO, że to ukoronowanie jego kariery i że ruch jest silniejszy niż kiedykolwiek.
W samej Pradze panował jednak spokój i dystans. Plakatów i billboardów prawie nie było widać. Bo w stolicy zwycięzcę wyborów można łatwo przewidzieć. Od lat, z jednym wyjątkiem, wygrywały tu prawicowe formacje Obywatelska Partia Demokratyczna i TOP 09, a teraz koalicja z udziałem obu tych partii, czyli Spolu.
Po 1993 r. w Pradze tylko raz prawicowa partia nie otrzymała najwyższego poparcia – był to rok 2017, gdy także tutaj wygrał ruch ANO. Wówczas to Babiš został po raz pierwszy premierem; rządził do 2021 r., gdy musiał oddać urząd Fiali.
Dlatego w Pradze nie warto inwestować w wynajem powierzchni reklamowej. Prawica i liberałowie nie muszą martwić się tu o wynik, a populiści i radykałowie dawno pogodzili się z tym, że nie mają tutaj czego wygrać.
Czeska stolica odporna na populizm – Praga nie dla ANO
Atmosferę tych dni w Pradze dobrze widać było w okolicy tzw. Anděla. To rozległe skrzyżowanie w dzielnicy Smichov. Nazwa pochodzi od nieistniejącego już domu Pod Złotym Aniołem. Ten XIX-wieczny zajazd zburzono w 1980 r., by zrobić miejsce dla stacji metra. Także nazwa miejsca uległa duchowi czasów: stację i pobliskie przystanki tramwajowe przemianowano na Moskiewską. Aby zatrzeć wrażenie narzuconej nazwy, w przedsionku metra powstała mozaika – moskiewski Plac Czerwony.
Do historycznej nazwy powrócono po 1989 r., a dziś Anděl jest jedną z najruchliwszych stacji metra w Pradze. W okolicy powstało też centrum handlowe i biurowiec o nazwie, jakżeby inaczej, Złoty Anioł.
Tradycyjnie już w czas wyborów na pobliskim deptaku stają namioty partii wszelkiej maści, w których spotkać można polityków, porozmawiać, zrobić sobie z nimi zdjęcie. Można też dostać tutaj partyjne gadżety czy poczęstować się napojem lub przekąską, na koszt partii oczywiście. To swego rodzaju przedwyborczy jarmark, który dla Pragi jest tak charakterystyczny, jak bezpośredni kontakt czeskiego polityka z wyborcą. Nawet kosztem obelg ze strony tego ostatniego.
Anděl jest też symbolem klęski komunizmu w Czechach. I choć także dziś w tej okolicy można spotkać komunistów, to w tegorocznych wyborach już drugi raz z rzędu nie przekroczyli oni progu 5 procent i nie znaleźli się w parlamencie. Są jednymi z największych przegranych.
Nowy rząd Babiša może pogłębić wojny kulturowe i podziały w Czechach
Wprawdzie komuniści nie będą rządzić – tego obawiano się w ostatnich miesiącach – jednak zagrożenie ze strony antysystemowców nie znika. Babiš powtarza, że chce utworzyć rząd we współpracy z dwiema formacjami, które do tej pory ustawiały się w kontrze do tego, co nazywają „systemem”: z ksenofobiczną SPD oraz antyekologicznymi Kierowcami dla Siebie.
W czeskich mediach nie brakuje więc obaw o przyszłość państwa i społeczeństwa. O ile mało kto obawia się czexitu, wyjścia Czech z Unii Europejskiej, to pojawiają się głosy, że w kraju może nastąpić eskalacja wojen kulturowych – rozumianych jako polaryzacja wokół tych kwestii, które w zasadzie nie powinny być przedmiotem sporu, ponieważ wpłyną one negatywnie na demokrację i bezpieczeństwo kraju.
Pojawiają się więc obawy o zmiany w systemie edukacji (na wzór tych w USA po objęciu władzy przez Trumpa), ochrony środowiska (przez przyszłą „koalicję trojga” pojmowanej jako narzucane przez „Brukselę” ograniczenia), o politykę energetyczną (kwestia dekarbonizacji), o cięcia finansowania dla „wrogich” organizacji pozarządowych, o polityzację mediów publicznych itd. Znany socjolog Daniel Prokop wyraża wprost obawę, czy nie dojdzie do walki nowej ekipy rządzącej z elitami kulturalnymi i mniejszościami.
Jeszcze inni prognozują „agrofertyzację” państwa – neologizm ten, nawiązujący do nazwy wspomnianego koncernu Agrofert, ma symbolizować podporządkowanie instytucji publicznych interesom Babiša i ich wykorzystywanie dla zwiększania zysków jego rolno-spożywczego imperium.
Babišowi marzy się samodzielny rząd mniejszościowy
Na razie trwają więc przymiarki, dyskusje – i także pierwsze protesty. W reakcji na wypowiedzi Kierowców, że ich lider Petr Macinka powinien objąć tekę ministra środowiska, ponad 20 organizacji ekologicznych zaapelowało w liście otwartym do Andreja Babiša, aby nie nominował na to stanowisko nikogo z partii Kierowcy dla Siebie.
Sygnatariusze argumentują, że urząd ten powinien objąć ktoś, kto potrafi połączyć ochronę środowiska z rozwojem nowoczesnego przemysłu, energetyki i rolnictwa, opierając się na wiedzy naukowej i na dialogu z ekspertami. Według nich Macinka to „przeciwnik ochrony środowiska i zwolennik Václava Klausa, który zaprzecza naukowej wiedzy na temat klimatu”.
Wizję rządów Babiša z SPD i Kierowcami psują poniekąd sami zainteresowani. Dzielą skórę na niedźwiedziu, brylując w mediach i niemal tytułując się już ministrami spraw zagranicznych czy środowiska – choć Babiš niczego im jeszcze nie potwierdził. To, jakie stanowiska byłyby obsadzone przez potencjalnych koalicjantów, wiemy od nich samych. Mimo to Tomio Okamura z SPD, polityk z zarzutami i pozbawiony immunitetu poselskiego, zapowiada już, że wymieniłby komendanta głównego czeskiej policji.
Przypomnijmy: Babišowi marzy się rząd mniejszościowy, a nie koalicja. W spełnieniu tego snu mają mu pomóc SPD i Kierowcy, ale nie jako formalni partnerzy. Ci jednak mają swoje ambicje, co jest nie w smak Babišowi, przyzwyczajonemu, że to on rozdaje karty.
Prezydent Pavel ostrzega Babiša i przypomina zasady demokratycznego państwa
Babiš, choć lubi nazywać się przyjacielem Viktora Orbána, jest też biznesmenem, a jego spółki uzależnione są od publicznych dotacji, w tym tych z Unii Europejskiej. Nie narazi Czech na spory wokół praworządności, które mogłyby zagrozić wstrzymaniu pieniędzy dla jego firm. Zdaje też sobie sprawę, że stabilne środowisko polityczne sprzyja rozwojowi gospodarczemu. Można sądzić, że będzie mu więc bardziej zależeć na zachowaniu status quo niż na rewolucji.
Warto tu zaznaczyć, że po tym, jak koalicja Spolu poniosła porażkę, Petr Fiala ogłosił, iż nie będzie ubiegać się ponownie o stanowisko lidera Obywatelskiej Partii Demokratycznej (ODS, jednej z formacji tej koalicji). W mediach pojawiają się też pytania o sens i przyszłość Spolu.
To zaś oznacza, że scenariusz rządu mniejszościowego Babiša, który miałby nieformalne poparcie ze strony ODS i kilku posłów Spolu, nie jest już tak odległy, jak mogło się wydawać przed wyborami. Wprawdzie obie strony nadal twierdzą, że nie zamierzają współpracować, jednak sytuacja jest dynamiczna.
Nie bez znaczenia jest też postawa prezydenta Petra Pavla. Zapowiedział on Babišowi, że przy mianowaniu rządu będzie kierować się zasadami, na których opiera się demokratyczne państwo. Wymienił: zakorzenienie w Unii, polityka zagraniczna kładąca nacisk na prawa człowieka, członkostwo w NATO, niezależność mediów publicznych, sądownictwa, prokuratury i policji, a także innych organów państwowych.
Jeśli zestawi się ten „dekalog” Pavla z wypowiedziami np. Tomia Okamury, widać przepaść. Natomiast politycy Spolu – to gwarancja kontynuacji prozachodniego kursu Czech.
Autorka prowadzi portal Czeskapolityka.pl
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















