Reklama

Niemiec płakał, jak sprzedawał

Niemiec płakał, jak sprzedawał

01.02.2020
Czyta się kilka minut
Sebastian Mikosz, były prezes LOT-u i Kenya Airways: Jeśli w hangarach Condor Air nie czyhają na LOT żadne trupy, przejęcie niemieckiej linii powinno wyjść naszemu przewoźnikowi na zdrowie.
Boeing 757-300, należący do floty Condor Air, Frankfurt, czerwiec 2019 r.
S

Sebastian Mikosz: Na początek generalna uwaga, jeśli Pan pozwoli. Nie miałem wglądu w dokumenty księgowe Condor Air i mogę rozmawiać o tej transakcji bazując wyłącznie na podstawie dostępnych publicznie informacji. No i oczywiście na swojej znajomości branży lotniczej.

Marek Rabij: O więcej nie proszę. Zacznijmy od kwestii kluczowej: czy to dobry moment dla LOT-u na przejęcie niemieckiej linii lotniczej Condor Air?

Zaryzykuję mocną tezę i powiem, że LOT nigdy nie był w lepszej sytuacji. 

Pieniędzy w kasie rzeczywiście przybywa. Ale jeszcze szybciej rosną koszty.

Mam na myśli nie tylko niezłą kondycję finansową spółki, ale także mocne wsparcie ze strony właściciela, czyli Skarbu Państwa. Jedno się zresztą łączy z drugim. Przez lata dyskusja o przyszłości polskiego przewoźnika koncentrowała się na tym, kiedy i komu go sprzedać. Głosów nielicznych ekspertów rynku lotniczego, którzy twierdzili, że problemy LOT-u biorą się ze zbyt małej skali działalności, nie brano poważnie. A za tym szły konkretne decyzje: brak zgody na zakup nowych samolotów i rozbudowę siatki połączeń. Dominowało niezrozumiałe dla mnie przekonanie, że Okęcie może być najwyżej tzw. portem feederowym dla Lufthansy, czyli miejscem, z którego LOT będzie dowozić klientów do większego lotniska, gdzie obsłużą ich większe linie lotnicze. Nikt nie zwracał uwagi, że w znacznie mniejszej od Polski Austrii czy Finlandii lokalni narodowi przewoźnicy radzą sobie nie najgorzej albo wręcz zaczynają odbierać klientów dużym liniom. 

Pamiętam niedowierzanie, kiedy urzędnikom w Warszawie mówiłem, że otwarcie nowych linii do Azji może podebrać Lufthansie część niemieckiej klienteli. Jak to? Niemiec nie poleci niemiecką linią? Tymczasem w Niemczech wielu często podróżujących, a więc bardzo wartościowych klientów ma dosyć dominacji rynkowej Lufthansy, i do Tokio czy Singapuru chętnie latają polskimi liniami, z szybką przesiadką na niewielkim lotnisku w Warszawie, które nie jest takie męczące jak moloch we Frankfurcie.

Kiedy przeglądam teraz w internecie dyskusje wokół zakupu Condor Air, widzę podobne argumenty. Znów słychać opinie, że przejmując niemiecką linię LOT porywa się z motyką na słońce.

Proszę się nie dziwić podatnikom, którzy już dwa razy musieli LOT reanimować pomocą publiczną, że podchodzą ze sceptycyzmem do tej inwestycji.

To może powiedzmy podatnikom, że po dwóch finansowych kroplówkach LOT jednak stanął na nogi, podczas gdy taka AlItalia od kilkunastu lat potrzebuje pomocy praktycznie co dwa lata i końca reanimacji nie widać. Ale nie o taki zdrowy sceptycyzm mi chodzi. Problemem jest wmówione Polakom przez polityków i część ekonomistów przekonanie, że LOT-u nie stać na więcej niż rola regionalnego przewoźnika, który wiecznie balansuje na granicy rentowności. W rezultacie decyzje, które mogą poprawić sytuację firmy, są katalogowane a priori jako rozrzutność, bez chwili namysłu, czy może jednak coś przemawia za taką decyzją. Nawet pan zaczął od pytania, czy to dobry moment na zakupy. A przecież można ten tok rozumowania odwrócić i zapytać: czy LOT może dalej rozwijać się jedynie organicznie?

Kontrola kosztów w każdej firmie przypomina dietę: można z nią też przesadzić i sobie zaszkodzić.

To, żeby wrócić od dietetyki do lotnictwa, zapytam: jako prezes LOT podpisałby się pan dziś pod zakupem Condor Air?

A ja powtórzę, że nie znam szczegółów, a od nich zależałaby ostateczna decyzja. W oparciu o dostępne informacje mogę jednak uznać tę transakcję za krok we właściwym kierunku. Kontrolująca LOT Polska Grupa Lotnicza stanie się także właścicielem w miarę dużego gracza, działającego na największym rynku lotniczym Unii Europejskiej, jakim są Niemcy. Condor Air to największy przewoźnik czarterowy w Niemczech. Linie zarabiają na siebie, chociaż mają spore zadłużenie, które nowy właściciel musi spłacić. 

„Niemiec płakał, jak sprzedawał”? Dlaczego w takim razie po Condora nie było długiej kolejki, a w niemieckich mediach branżowych nie brak komentarzy, że po tej transakcji kupioną spółkę czeka w najlepszym razie stagnacja?

Bo ustawili się w niej jedynie ci, którym zakup tych linii z jakichś powodów się opłacał. Dla wielkich przewoźników to żaden interes. Lufthansa nie mogłaby kupić Condora nawet gdyby chciała, nie pozwoliłby jej na to zapewne urząd antymonopolowy. British Airways? One mają własne linie czarterowe. 


Czytaj także: Sebastian Mikosz: Lotnisko dla samolotów, nie dla patriotów


Tymczasem władze LOT-u od dawna mówiły np. o powrocie na rynek przewozów czarterowych, który – chociaż trudny – jest też bardzo opłacalny, bo nie wozi pan powietrza, jak to czasem bywa podczas lotów rejsowych. Proszę też pamiętać, że zakup Condora daje LOT-owi dostęp do jego baz we Frankfurcie. A to, można powiedzieć, najważniejsze polskie lotnisko, bo więcej Polaków lata stamtąd na inne kontynenty niż z Warszawy. 

Tylko czy to wszystko warte jest – jak twierdzą media, bo oficjalnie nie podano jeszcze wartości transakcji – 250 mln euro za samą firmę plus 380 mln euro tytułem spłaty jej zadłużenia?

Nie ma inwestycji nieobarczonych ryzykiem. Szkopuł w tym, że my, komentatorzy, nie jesteśmy w stanie tego ryzyka miarodajnie ocenić. Trzeba zajrzeć głęboko do wnętrza firmy i nie chodzi wyłącznie o kwestie finansowe, jakieś ukryte zadłużenia czy ryzyko sporów sądowych. Problemem mogą być także ewentualne protesty środowiskowe czy konflikty z załogą – a pamiętajmy, że w Niemczech ze związkami zawodowymi nie ma żartów. Ale jeśli w hangarach Condor Air nie ma żadnych tego rodzaju trupów, umiejętnie przeprowadzony zakup tej linii powinien wyjść LOT-owi na zdrowie. Holding, jakim po tej transakcji stanie się PGL, zwiększy znacząco swoje możliwości generowania – jak to się brzydko mówi w zarządzaniu – przychodów przy jednoczesnym obniżeniu kosztów działalności. Oszczędności chociażby na zakupie paliwa i częściach zamiennych powinny być zauważalne. Poprawi się także pozycja holdingu w negocjacjach z producentami samolotów.

LOT od kilku lat buduje swoją flotę długodystansową w oparciu o dreamlinery. W parku maszynowym Condor Air przeważają z kolei znacznie starsze boeingi 757 i 767.

Nie przesadzałbym z eksponowaniem tych różnic. Niemiecka linia ma faktycznie kilkanaście airbusów, którymi my nigdy nie lataliśmy, ale ma też własną bazę i serwisantów. Natomiast z resztą floty nie będzie żadnego problemu: LOT-owscy mechanicy przez kilkanaście lat serwisowali 767, znają tam każdy kabel. Condor Air faktycznie ma starsze samoloty niż LOT, ale to także oznacza, że najpewniej zostały one spłacone i teraz przynoszą czysty zysk. Przychodu z każdego lotu nie obciąża już odpis leasingowy. Jeśli maszyny będą utrzymane w odpowiednim stanie, także wizualnym, jeszcze przez kilkanaście lat będą przynosić spółce zyski. 

Podobnie będzie z siatką połączeń? LOT rozbudowuje ją ostatnio na wschód, podczas gdy Condor Air mocny jest zwłaszcza w kierunkach amerykańskich.

Marzy się panu lot z Warszawy na przykład do Rio de Janeiro na jednym LOT-owskim bilecie? 

Nie wolno? Premier Morawiecki mówi, że LOT będzie po tej transakcji 13. największą linią lotniczą Europy.

Możliwe. Ale do Brazylii i tak pan w ten sposób nie poleci.

Bo?

Niestety, tak to nie działa. Condor Air jest i raczej pozostanie linią czarterową, pracującą dla biur podróży i działającą w Niemczech. Być może będzie częściej obsługiwać klientów polskich touroperatorów, Rainbow czy Itaki. Do tego, żeby LOT wrzucił jego ofertę do swojego koszyka lotów, potrzeba tzw. codeshare’ów, czyli umów handlowych połączonych ze zgodami stosownych urzędów lotnictwa. Tymczasem Condor ma tylko jedną taką umowę z Air Namibia w rejsach do Windhoek. Więcej im nie było trzeba, bo to się zapewne spinało z ich modelem biznesowym, który – przypomnijmy – nie był zły. W problemy wpędziło ich dopiero bankructwo największego klienta, czyli biura Thomas Cook. 

Niemieckie media branżowe piszą, że inwestycja w Condora zwróci się LOT-owi tylko wtedy, kiedy przeniesie linie operacyjnie do Polski i za mniejsze stawki zatrudni w nich Polaków. 

Tego scenariusza chyba nikt nie rozważa na poważnie. Po pierwsze, zapewne stracilibyśmy w Niemczech tzw. sloty, czyli prawo do korzystania z infrastruktury tamtejszych lotnisk o określonych porach. Nie wiadomo też, jak na taką zmianę zareagowaliby niemieccy klienci. A przecież sens zakupu Condor Air sprowadza się do zwiększenia skali działalności holdingu, jakim w wyniku tej transakcji stanie się Polska Grupa Lotnicza. Przenosiny do Polski dałyby oszczędności, zwłaszcza na kosztach pracy, ale obniżyłyby też przychody. 

Dużo w tej rozmowie trybu przypuszczającego. „Zwiększyłoby rentowność”, „obniżyłoby koszty”, „poprawiłoby pozycję przetargową grupy”. Z konkretów mamy tylko miliony euro, które nasz Skarb Państwa wyda na tę transakcję. Nie wiadomo nawet, czy Lufthansa, która na dość preferencyjnych warunkach dowoziła dotąd Condorowi klientów do Frankfurtu z innych niemieckich lotnisk, po zmianie właściciela nie podniesie cen. LOT jest przecież jej konkurentem.

Powtórzę: za mało wiemy o firmie, którą LOT przejmuje. Ale przyznam, że odrobinę niepokoi mnie również polityczna oprawa tej transakcji. Oczywiście rządzący nie byliby sobą, gdyby nie odtrąbili sukcesu, w tym przypadku narracja skręca jednak aż w kierunku rewanżyzmu i sprawiedliwości dziejowej. Chcę jednak wierzyć, że w tym zakupie nie chodzi głównie o to, żeby pokazać Niemcom, że Polak może ich już wykupić.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Redaktorowi mimo dzielnie ponawianych prób nie udało się wydusić z rozmówcy tego, co chciał usłyszeć. No to chociaż zatytułował cytatem z... samego siebie, a na koniec podsuflował ekspertowi wątek propagandowej oprawy transakcji. Odpowiedź eksperta wypadła wprawdzie dość blado w porównaniu z "pytaniem", ale nie o to chodziło. "Важно, как войти в нужный разговор, но еще важнее искусство выхода из разговора", jak trafnie zauważył Maksim Maksimowicz von Stierlitz. A nie mówiłem, że na czym jak na czym, ale na propagandzie to red. Rabij się zna?

Pan Tusk planował sprzedaż naszego narodowego przewoznika , na szczęście w 2015 roku nastąpiła zmiana rządów.

Poczytaj trochę. Tusk udzielił pomocy publicznej ok. 400 mln zł LOTowi, ale musiał ograniczyć siatkę połączeń aby było to możliwe. Zyski LOT ma od roku 2013.

Tusk? A red. Rabij twierdzi, że to podatnicy już dwa razy musieli LOT reanimować pomocą publiczną. Na szczęście tak skutecznie, że już w 2014 roku (pozwolę sobie nieznacznie skorygować) LOT po raz pierwszy od 7 lat osiągnął 99 mln zysku z działalności podstawowej. Rok wcześniej było to nieco poniżej zera, ale i tak o niebo lepiej niż w tragicznym roku 2012. Przypomnijmy sobie, co działo się z firmą w latach 2010-2012, kiedy LOT wyprzedawał wszystko, co się dało, żeby spłacać bieżące zobowiązania, aż w końcu i tę zdolność utracił, chyląc się nieuchronnie ku upadkowi. Dosłownie w ostatniej chwili państwo wyciągnęło pomocną dłoń i tyle wiadomo na pewno, że ta zaskakująca decyzja (bo przedtem rzeczywiście przedstawiano sprzedaż LOTu jako jedyne wyjście) nastąpiła po głośnym upadku innej, prywatnej firmy lotniczej o nazwie będącej anagramem nazwy państwowego przewoźnika. Takie są bezdyskusyjne fakty, a o interpretacjach oczywiście można sobie podyskutować.

" Najwyższy czas zerwać z doktryną, że LOT to jest firma, która należy ratować za wszelką cenę, niezależnie od realiów, tylko dlatego, że nazywa się LOT i ma piękna tradycję"– mówił w 2013 roku Tusk.

politycy co innego mówią, co innego robią oprócz cytowania jakiś tam wypowiedzi, proponuję także zmierzenie się z faktami NIK w 2016 r. krytycznie ocenił restrukturyzację z 2012 r., ale pozytywnie ocenił danie kroplówki LOTowi. Kupienie niemieckiego bankruta z 30-letnimi samolotami to dopiero sukces na miarę Polski. 2 mld zł wywalone w błoto

@nitropl w poniedziałek, 03.02.2020, 00:59. Co innego mówią, co innego robią, kłamią, oszukują, manipulują. Ale Tusk w tym przypadku nie kłamał. Tę "kroplówkę", wówczas jeszcze niezatwierdzoną przez KE, przedstawiał jako pożyczkę, a nie pomoc publiczną dla ratowania państwowej spółki "za wszelką cenę". Plany sprzedaży LOT istniały co najmniej od 2008 roku, kiedy spółka znalazła się na liście projektów prywatyzacyjnych MSP na lata 2008-2010. Dziwnym trafem nie sprzedano jej wtedy, kiedy była jeszcze dość atrakcyjnym nabytkiem dla potencjalnego inwestora zagranicznego. Początek jej przyśpieszonego popadania w ruinę zbiegł się z wykreowaniem nowego podmiotu, tym razem polskiego, o czym pisałem wyżej. Odtworzenie kalendarium wydarzeń wymagałoby kwerendy prasowej, na którą nie mam czasu ani motywacji, upadek OLT w 2012 natomiast pamiętam z bardzo prozaicznego powodu: poleciałem tą linią do Wrocławia i już nie mogłem nią wrócić mimo posiadania biletu powrotnego. Z perspektywy dzisiejszej wiedzy chyba powinienem potraktować te stracone bodajże 40 zł jako uboczny efekt zbiegu okoliczności, który dla LOTu okazał się w sumie pomyślny. A o znaczeniu inwestycji w linie Condor coś mówią nieoficjalne na razie reakcje Lufthansy i Wizzair, które ponoć zamierzają blokować przejęcie właśnie pod pretekstem uzyskania przez LOT w swoim czasie pomocy publicznej. Widać tak kochają konkurencję, że zamierzają ją uratować przed samobójstwem. ;)

Oprócz kupienia dość zabytkowego sprzętu, nasi panowie od propagandy będą jeszcze mieli do czynienia z prawdziwymi związkami zawodowymi które działają w tej firmie. To już nie będzie przybudówka do partii.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]