Niebezpieczna pora

Otrzymaliśmy piękny plan światów równoległych, niezależnych i obcych, skoncentrowanych wyłącznie na sobie. Smutne? Być może. Na pewno jednak także praktyczne.
Czyta się kilka minut
 / Fot. Przemysław Getka / REPORTER
/ Fot. Przemysław Getka / REPORTER

11 listopada 2012 w Warszawie przybrał obrót najlepszy z możliwych.

Pejzaż skrystalizował się wreszcie i wyostrzył, zdarzenia z ubiegłego roku, przez część dziennikarzy sympatyzujących z prawicą zakłamywane tak długo, że straciły wyrazistość, powtórzyły się na ulicach stolicy ze zwielokrotnioną siłą. Słabsi byli jeszcze słabsi, silniejsi przez dwanaście miesięcy jeszcze nabrali mocy, pojawiła się też nowa propozycja, której kilka dni temu niewielu dawało szansę powodzenia.

I w końcu: zwyczajna logistyka urosła do rangi najważniejszego tego dnia symbolu.


1. Słabsi byli jeszcze słabsi, bo tegoroczny marsz Porozumienia 11 Listopada udowodnił to, co było widać już w roku ubiegłym: środowiska radykalnej lewicy tłumów nie przyciągają, szczególnie jeśli nie towarzyszy im wyraźne wsparcie „Gazety Wyborczej”. Z jakichś przyczyn w tym roku pod Pomnikiem Bohaterów Getta zabrakło polityków i artystów, a kilkusetosobowy pochód miał charakter wybitnie defensywny: ustawieni w ciasne bloki, zasłonięci banerami i kominiarkami demonstranci nie byli grupą agresywną i choćby w najmniejszym stopniu nastawioną na konfrontację. Mityczni lewacy, którymi co bardziej konserwatywni politycy i dziennikarze straszą swoje niegrzeczne dzieci, zamiast blokady wybrali spokojny pochód, co okazało się świetnym rozwiązaniem: nie ma wątpliwości, że to nie oni próbowali podpalić miasto. Kłamstwa Łukasza Warzechy, który na Twitterze napisał, że lewactwo zaatakowało Marsz Niepodległości, dają się wyjaśnić wyłącznie chorobliwą potrzebą szukania winnych po drugiej stronie politycznej barykady, a nie realną oceną sytuacji.


2. Silniejsi urośli w siłę, ponieważ w tym roku Marsz Niepodległości był większy, bardziej radykalny i szybko wymknął się spod kontroli – wewnętrzne służby porządkowe okazały się bezradne w zetknięciu z bojówkami kibolskimi z całego kraju. Oto rodzi się w listopadowej Warszawie tradycja rodem z Wyspiańskiego: „Listopad, niebezpieczna dla Polaków pora” – pisał poeta, choć raczej nie miał na myśli oberwania cegłówką.

Rok temu pseudokibice uderzyli wyłącznie na placu Konstytucji. W tym roku zamieszki objęły znacznie większy teren: bojówkarze zgromadzili się w sile ok. 1,5 tys. na placu Bankowym, żeby rozbić pochód Porozumienia 11 Listopada. Wyparci przez policję, zaatakowali najpierw w pobliżu placu Grzybowskiego, potem pod Dworcem Centralnym, a w końcu na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Żurawiej. Jako naoczny świadek zdarzeń powtórzę: opowieści o prowokatorach można włożyć między bajki. Policjanci z wmieszanych w tłum grup interwencyjnych oznakowani byli wyraźnie i nie sposób było pomylić ich z kibolami. Wypowiedź posła PiS Artura Górskiego, który w wywiadzie dla RMF FM stwierdził, że „zamaskowani policjanci zachowywali się dwuznacznie, byli rozbiegani i dziwni”, jest tak kuriozalna, że powinna trafić do annałów polskiego humoru.

Do Warszawy przyjechał tłum młodych mężczyzn, dla których sensem życia jest walka z innymi kibicami, policją lub kimkolwiek, kto zostanie uznany w danym momencie za wroga. Przyjechali z Płocka, Karlina, Białegostoku, Legionowa, Brzeska, Poznania, Krakowa, z dziesiątków miejsc, gdzie wokół piłki nożnej wytworzyły się silne grupy społeczne nastawione wyłącznie na przemoc. Grupy te, wcześniej rozdrobnione i rozbite na zwaśnione kluby, ostatnio zyskały ideologię, mieniąc się strażnikami pamięci o żołnierzach wyklętych czy o powstaniu warszawskim, znalazły przyjaciół wśród polityków oraz dogodne okazje, by na chwilę zawiesić animozje klubowe i wspólnie wystąpić przeciwko najbardziej znienawidzonemu wrogowi, czyli policji. 11 listopada 2012 w Warszawie spełniły się marzenia tej części patriotycznie nastawionej młodzieży, która na Marsz Niepodległości przybyła w kominiarkach. Warszawa po raz kolejny zmieniła się w arenę gwałtownych zamieszek.

Nie da się jednak sprowadzić tego wydarzenia wyłącznie do zadym. To kolejny, po wrześniowym marszu „Obudź się, Polsko”, sprawdzian dla polskiej prawicy – sprawdzian, dodajmy, który wypada niejednoznacznie.

Po pierwsze: pochód podzielił się na dwie części. Kilkaset metrów z tyłu szło kilka tysięcy klubowiczów „Gazety Polskiej”, znacznie lepiej zorganizowanych i znacznie spokojniejszych. Oficjalną przyczyną podziału jest zaproszenie do udziału w Komitecie Honorowym marszu znanego z antysemickich wypowiedzi Jana Kobylańskiego, co doprowadziło do wycofania się z Komitetu m.in. Pawła Kukiza. Zaprotestował również redaktor naczelny „GP” Tomasz Sakiewicz, twierdząc, że jego środowisko nie zamierza identyfikować się ze wszystkimi uczestnikami marszu, jest przeciwne radykalnym i sprzecznym z Polską tradycją tolerancji hasłom oraz przemocy i łamaniu prawa. Co najmniej w części stanowisko to wydaje się dziwne, nie przypominam sobie bowiem, by Tomasz Sakiewicz kiedykolwiek spierał się z poglądami związanego z „GP” Stanisława Michalkiewicza. Jednak nawet jeśli za tą decyzją stoją inne pobudki (choćby apetyty polityczne redaktora naczelnego „GP”), to okazała się ona dobrym manewrem – klubowicze „GP”, od początku trzymający dystans wobec formowanego przez Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolską czoła pochodu, z zamieszkami nie mają nic wspólnego.

Po drugie: podczas pochodu zwracała uwagę oficjalna nieobecność Prawa i Sprawiedliwości. Z czego można wnioskować, że alians z radykalnym skrzydłem prawicy partia Jarosława Kaczyńskiego uznała za szkodliwy. Zaś dla najbardziej radykalnych odłamów demonstrantów partia Jarosława Kaczyńskiego jest podejrzana, ponieważ „sprzyja syjonizmowi”.

Po trzecie wreszcie: nie wiadomo, jak interpretować buńczuczne zapowiedzi z Agrykoli, gdzie ONR, MW wraz z zaprzyjaźnionymi politykami ogłosili powstanie Ruchu Narodowego i nabór do straży Marszu Niepodległości. Nowy ruch ma dążyć do obalenia znienawidzonej republiki „okrągłostołowej”. Kompromisów nie będzie, podobnie jak cackania się z „pedałami i lewakami” (cytat z oficjalnej wypowiedzi szefa MW Roberta Winnickiego). Być może są to przechwałki na marginesach, prężenie muskułów dobre na politycznym mityngu; obecny na wiecu poseł Górski z PiS stwierdził wręcz, że wypowiedź Winnickiego była „literacką przenośnią”. Być może, gdy emocje opadną, a uczestnicy Marszu Niepodległości ochłoną, przekaz rozpłynie się i nie przełoży na ewentualne wyborcze zyski. Wielką niewiadomą są środowiska kibicowskie, na razie dobre do walk z policją i bicia antyfaszystów, ale absolutnie nieprzydatne do konsekwentnej i w gruncie rzeczy nudnej walki politycznej.

Możliwy jest jednak zupełnie inny rozwój wydarzeń: radykalne skrzydło prawicy od kilku lat przegrupowuje się i rośnie w siłę, która nie znajduje dotąd odbicia w sondażach – jej polem walki jest ulica. Jeśli okaże się, że na jego czele wyrosną liderzy będący w stanie pociągnąć za sobą manifestantów i utrzymać na dłużej ich zainteresowanie, musimy liczyć się z tym, że do oficjalnego obiegu politycznego dostanie się kolor brunatny.


3. Pojawiła się nowa propozycja, która przyciągnęła przedstawicieli milczącej zazwyczaj większości, jednakowo dalekiej zarówno Porozumieniu 11 Listopada, jak Marszowi Niepodległości. Pomysł marszu „Razem dla Niepodległej” pod egidą prezydenta Komorowskiego, początkowo bezlitośnie przez prawicę wyśmiewany (jednym wszystko kojarzy się z seksem, Rafałowi Ziemkiewiczowi wszystko, co planują jego polityczni przeciwnicy, kojarzy się z PRL-em), okazał się sukcesem i potwierdził to, co rok temu przestało być oczywiste: istnieje poważna i, mam nadzieję, nadal dominująca siła społeczna, która 11 listopada chce oglądać ułanów i śpiewać pieśni patriotyczne; siła, dla której zmiana warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza nie jest gestem pustym bądź skłamanym.

Można oczywiście spierać się, czy rajd przez pomniki postaci tak odległych jak Piłsudski i Dmowski ma sens. Wolę jednak myśleć, że składając kwiaty w siedmiu różnych miejscach Warszawy prezydent Komorowski wymknął się w udany sposób z coraz bardziej osaczającej nas wizji historii czarno-białej, złożonej wyłącznie ze śmiertelnych wrogów lub niepokalanych świętych, ze świata, w którym rodakiem jest wyłącznie kibic tej samej drużyny piłkarskiej, z pułapek, jakie zastawia na nas wojna polsko-polsko-polska. Gest może i szaleńczy, ale kto, jak nie głowa państwa, ma obowiązek jego wykonania? Wbrew okolicznościom, wbrew forumowiczom, którzy pytają: „Prezydent? Jaki prezydent?”, wbrew nienawiści i gasnącemu przekonaniu, że łączy nas cokolwiek, poza tym samym, mniej więcej, językiem.


4. To nie zadymy ani gest prezydenta, ale logistyka urosła do rangi najważniejszego symbolu Święta Niepodległości. Jeśli spojrzeć na mapę Warszawy, godziny i trasy przemarszów, wyraźnie widać zamysł, zbudowany na ubiegłorocznych doświadczeniach: władze stolicy i organizatorzy pochodów skonstruowali plan dnia tak, by ich ścieżki się nie skrzyżowały. W ten oto sposób uczestnicy marszu prezydenckiego nie zetknęli się ani z lewicą, ani z prawicą. Zablokowana pod Pomnikiem Bohaterów Getta lewica czekała, aż bojówki kibicowskie odejdą w stronę Dworca. Bojówkarze nie mieli pojęcia, co dzieje się na Nowym Świecie. Aha, byli jeszcze uczestnicy Biegu Niepodległości, najbardziej oddaleni od centrum zdarzeń.

W ten oto sposób otrzymaliśmy piękny plan światów równoległych, niezależnych i obcych, skoncentrowanych wyłącznie na sobie. Smutne? Być może. Na pewno jednak praktyczne. I nienowe, ponieważ tylko naiwność polityczna każe wyobrażać sobie, że wszyscy – wrogowie i przyjaciele – maszerują pod ręce, śpiewając hymn narodowy. Taki stan narodowej nirwany zdarzył się w ostatnich dekadach dwukrotnie: w czasie solidarnościowego karnawału i po śmierci Jana Pawła II – i był wyjątkiem, a nie normą.

To najważniejsza nauka, jaka płynie z tegorocznego święta: skoro nie potrafimy żyć razem, nauczmy się chociaż nie wchodzić sobie w drogę.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 47/2012