Słodka pułapka na kobiety

Natalia Fiedorczuk-Cieślak: Mam taką fantazję: matki odnajdują w sobie siłę i zaczynają najeżdżać wózkiem na stopy wścibskich przechodniów albo taranować źle zaparkowane auta. A co?

29.01.2017

Czyta się kilka minut

 / Fot. Maciej Zienkiewicz dla „TP”
/ Fot. Maciej Zienkiewicz dla „TP”

KATARZYNA KAZIMIEROWSKA: Czy po wydaniu „Jak pokochać centra handlowe” nazwano już Panią najgorszą matką w Polsce?

NATALIA FIEDORCZUK-CIEŚLAK: No właśnie nie. Choć spodziewałam się hejtu w mediach i na forach. Gdy brytyjska pisarka Rachel Cusk wydała książkę o macierzyństwie pt. „Praca na całe życie”, w gazetach głośno nawoływano do tego, żeby odebrać jej dzieci. W Polsce na szczęście ludzie krytykują jedynie to, że nie umiem pisać. (śmiech)

To się jeszcze może zmienić, kiedy rozniesie się wieść, że za gorzką opowieść o stawaniu się matką otrzymała Pani Paszport „Polityki”.

Gdy zostałam zaproszona na galę, rozdaliśmy dzieci między przyjaciółkę i nianię. Wsiedliśmy z mężem do samochodu wystrojeni jak do kościoła – to było nasze pierwsze wyjście we dwoje od co najmniej pół roku. Jedziemy autem, w pewnym momencie mąż mówi: „Mam nadzieję, że dostaniesz ten Paszport, głupio by było nie dostać”. I gdy kilka godzin później wracaliśmy, mąż powiedział: „Mówiłem? Gdybyś nie dostała, to wieczór byłby stracony!”. (śmiech)

Zawsze chciałam napisać książkę. Stawiałam sobie za wzór Dorotę Masłowską, która wydała „Wojnę polsko-ruską” już jako maturzystka, a jestem od niej rok młodsza. Dziś wiem, że gdybym nie debiutowała jako trzydziestoparolatka, tylko wcześniej, to nie umiałabym przełożyć mojego patrzenia na świat i rzeczy na język pisania.

Wiedzę i research do książki czerpała Pani z forów internetowych. Niektóre z nich funkcjonują jak grupy wsparcia, „internetowe wspólnoty wychowawcze”, jak nazwała je socjolożka Sylwia Urbańska.

Fora dzielą się na zamknięte i otwarte. Do tych zamkniętych trzeba przejść weryfikację, odsłonić swoją tożsamość. Sama należę do takiego forum rówieśniczego dla matek, które mają dzieci w podobnym wieku. Jest tam przekrój kobiet z całego kraju, są matki wcześniaków, dzieci niepełnosprawnych. To ogromny komponent wspierający. Poruszane są tematy społeczne, opowiada się o kryzysach w związkach, pary się rozchodzą, powstają nowe związki, rodzą się kolejne dzieci. Opowiadałyśmy sobie historie o trudach ciąży i porodzie, których często nikt nie chciał słuchać.

Ta wspólnota działa już kilka lat i czuć w niej solidarność. Z tych i wielu innych historii utkałam, ulepiłam swoją bohaterkę, Lucynę.

Pani bohaterka nie ma wokół siebie wianuszka wspierających przyjaciółek, częściej trafiają się szpile wbijane przez inne matki na forach internetowych. Jak więc jest z tą solidarnością?

Dlaczego Lucyna nie ma koleżanek, matki, teściowej, siostry? Przez tę nieobecność też chciałam coś powiedzieć. W relacjach między kobietami dzieje się dużo dziwnych rzeczy, na przykład ukryta rywalizacja. Nie może być ona przecież prowadzona otwarcie, bo nie jesteśmy w dziewczęcym gangu. Choć pewnie to by załatwiło wiele spraw. Otwarte zachowania konkurencyjne wśród kobiet są tępione w naszej kulturze, bo od małego jesteśmy wychowane tak, że nie wypada dziewczynce okazywać agresji, złości. Ale uczymy się to robić na płaszczyźnie werbalnej, np. dyskredytując kogoś z niewinnym uśmiechem albo stosując ostracyzm, obrażanie się, ignorowanie.

Denerwuje mnie to wypieranie agresji. Uprawiałam kiedyś boks kobiecy. Pamiętam, jak na początku zajęć niektóre z uczestniczek, którym trenerka nakazywała uderzyć drugą kobietę, wybiegały z płaczem z sali. Ta potrzeba agresji, na co dzień tłumiona, okazywała się tak silna, że konfrontacja z nią stawała się ogromnym wyzwaniem. Złośnice, raptuski na treningach były królowymi, bo miały do tej swojej złości dostęp. A ja jestem raptusem. Potrafię nakrzyczeć, gdy ktoś np. bezsensownie zwraca mi uwagę na moje dziecko. Przestałam bać się swojej złości.

Rachel Cusk w jednym z wywiadów powiedziała, że kobieta w macierzyństwie jest sama. Że nawet w partnerskim związku tylko ją dotyczy zamknięcie w czterech ścianach domu z małym dzieckiem. Jakie były Pani doświadczenia?

Gdy urodziłam pierwsze dziecko, miałam stwierdzoną depresję poporodową. W moim przypadku depresja jest wynikiem różnych wzorców neurotycznych, które realizują się w twórczości. Jednak niezwykle zaskakujące było dla mnie to doświadczenie izolacji – że ono jest tak silne.

Starałam się zapisywać ten stan w pierwszych miesiącach macierzyństwa i wtedy też konstruowała się moja bohaterka. Lucyna do tego stopnia nie wie, co się z nią dzieje, że zaczyna wchłaniać wszystko dookoła w specyficzny, pesymistyczny, krytyczny sposób, charakterystyczny dla osób ze stanami depresyjnymi, kiedy rzeczy widzi się wyraźnie i ostro, ale też bezwzględnie.

Jak Pani udało się z wyjść z izolacji?

Dzięki kontaktom z innymi kobietami. Gorączkowo szukałam towarzystwa i wtedy odkryłam, że są koleżanki z dziećmi czy kluby mam. Ja, dawniej introwertyczka, stałam się bardzo towarzyska, zapraszałam do nas znajomych, którzy mieli wolne zawody, w ciągu dnia. Choć też odkryłam w sobie ogromny komponent lękowy, strach przed wejściem w nową sytuację z dzieckiem. Bo co się stanie, gdy w nowym miejscu ono zacznie płakać? Co, jeśli mu coś zaszkodzi?

W książce przekazuję bohaterce własną hipotetyczną sytuację – co by było, gdybym nie miała znajomych, nie miała możliwości pojechania do mojej mamy na piękną Suwalszczyznę, nie miała wsparcia teściowej? W książce celowo nie ma tych wszystkich osób, ale wiem też, że taka jest sytuacja wielu kobiet w wielkim mieście, gdy dochodzi do oderwania tego podstawowego punktu odniesienia. Depresja, w której znajduje się bohaterka, pogłębia się przez ten brak kontaktu, i choć Lucyna otrzymuje pomoc, to cały czas jest w niej to pęknięcie.

Nerwoból.

Myślę, że on jest w wielu kobietach. To stany pełne skrajnych emocji, bliskie załamaniu nerwowemu, kiedy doświadcza się silnych emocji, euforii i momentów zwolnienia, że nie można wytrzymać ani chwili dłużej. Takie momenty potrafią totalnie wyczerpać.

Podkreśla Pani, że „Jak pokochać centra handlowe” nie jest książką o macierzyństwie, tylko o kryzysie, który pojawia się w życiu i wywraca je do góry nogami, o negatywnych aspektach tej przemiany. Jest aż tak źle?

Chciałam się skupić na tych negatywnych aspektach, chciałam zrobić eksperyment i takim prostym, nieprzeintelektualizowanym językiem napisać o najtrudniejszych momentach. Dziś słyszę zarzuty wobec tego języka, że jest jak z forów internetowych, z blogów, ale to efekt zamierzony. Kiedyś istniał blog frustratka.blox.pl, pisany przez anonimową osobę, która opowiadała tylko o negatywnych stronach bycia matką. Bardzo dobrze napisana rzecz o trudnych doświadczeniach. Ja też nie chciałam pisać książki w stylu słodko-gorzkim, bo nie o to chodzi. To miała być bildungsroman o kryzysie, pisana z perspektywy młodej matki.

Bo młodych matek nikt nie słucha, a to, co mówią, jest spychane w kącik, w taką niszę określonych kodów językowych, i z tymi kodami chciałam pograć.

Jakie kody ma Pani na myśli?

Matki wariatki albo matki ofiary odpieluszkowego zapalenia mózgu. Nie tylko w Polsce, ale też na Zachodzie matek nie traktuje się do końca poważnie. Wszędzie tam, gdzie dominuje indywidualizm, rodzicielstwo spychane jest do sfery prywatnej, izoluje się jednostkę z dzieckiem. Jednocześnie jest silna presja społeczna na to, jak to rodzicielstwo ma wyglądać. Tę presję uosabia komentarz na przejściu dla pieszych czy krzywe spojrzenie w autobusie.

W 2012 r. prof. Zbigniew Mikołejko w swoim felietonie użył określenia „wózkowe”. Wciskając matki w rolę roszczeniowych, leniwych kwok, które gdaczą bez sensu nad piaskownicą. Ponownie w sprawie „wózkowych” odezwał się w 2015 r., dodając, że „Zostały kupione programem 500+ i mają w nosie naszą wolność...”. Miło się Pani zrobiło?

„Wózkowe” to pewien symbol osoby, której społeczeństwo się wstydzi i jednocześnie daje sobie prawo do krytykowania jej. Parę lat temu na Facebooku funkcjonował fanpejdż o nazwie „Beka z mamuś na forach”. Na tej stronie publikowano screeny z pozamykanych grup dla matek. Nabijano się z wpisów osób mających problemy z pisaniem po polsku, czyli borykających się z brakiem wykształcenia, brakiem zaradności, z problemami finansowymi. Publikowano zdjęcia, na których dziecku może nie działa się krzywda, ale to, co robiła z nim matka, jak przekłucie uszu trzymiesięcznemu niemowlakowi, jest piętnowane społecznie. Do tego dochodził cały słownik określeń, jak „madki”, celowo z błędem. Ta strona prezentowała silny „klasizm”, który marginalizuje osoby z małych, często wiejskich miejscowości, bez wykształcenia czy środków. Na pierwszym poziomie widać było hejt na matki kretynki, ale na drugim już hejt na osoby o niższych zasobach.

Miewam nawet taką fantazję, że matki zaczynają odnajdywać w sobie siłę i rzeczywiście najeżdżać wózkiem na stopy wścibskich przechodniów albo taranować źle zaparkowane auta. A co?

Kilka dekad temu czasopisma i poradniki kierowały do obojga rodziców rady, jak mądrze wychować dziecko na moralną osobę i członka społeczeństwa. Dziś te same pozycje kierowane są głównie do mam i radzą, jak wychować dziecko sukcesu, jak zająć się nim już w życiu płodowym. Bo to matki są odpowiedzialne za sukces lub porażkę dziecka. Jak do tego doszło?

To, że matka ma być zawsze przy dziecku, to pomysł końca XVIII i XIX wieku. Wcześniej dzieci – zależnie od zamożności rodziców – albo pracowały od najmłodszych lat, albo miały niańki i guwernantki. Bardzo ładnie jest to opowiedziane w „Historii rodziny” Jeana-Louisa Flandrina. W sferze aspiracji – materialnych, statusowych – dążono do stanu, gdy mąż nie musi pracować, dzieci mają opiekę i żona może pełnić rolę ozdoby, tak jak w rodzinach arystokratycznych. Gdy podczas rewolucji przemysłowej zaczęła się kształtować i bogacić warstwa mieszczańska, mieszczanie mogli realizować swoje aspiracje, wśród nich taką, że żona jest w domu. Tylko że kobiety nie zawsze chętnie chciały wchodzić w tę rolę, chciały robić inne rzeczy, po swojemu. No i pojawiła się książka Rousseau o wychowaniu, gdzie mamy koncept dzikiego dziecka i dzikiej matki w naturze. Szybko podchwycił to Kościół i zaczęto pisać o tym, jak powinna zachowywać się dobra chrześcijanka.

I dobra matka.

I ta matka jest odpowiedzialna za to, kim dziecko się stanie, za jego maniery, rozwój moralny, czy jest dobrym człowiekiem. Znaleziono kobietom zajęcie i formę zastraszenia, żeby je trzymać w domu. To się oczywiście zmieniało. Wojny pozwalały kobietom trochę się wyemancypować. Pod nieobecność mężczyzn musiały zająć się pracą zawodową, pojawiły się żłobki i przedszkola, również jako wynik pewnej opiekuńczej polityki państw, które dzisiaj uznajemy za totalitarne.
Teraz mamy nowy tradycjonalizm i ekomamy – co oznacza, że matka musi krążyć wokół swojego dziecka i nadal jest w pełni

odpowiedzialna za rozwój jego potencjału – zaś z drugiej strony ogromną nowoczesność, np. technologiczne udogodnienia rodzicielstwa. Oczywiście te ułatwienia świetnie się sprzedają, ale równie świetnie sprzedają się „utrudnienia” – noszenie dzieci w chustach, poradniki, które szczegółowo programują matki na ideały bliskości, pieluchy wielorazowe...

Są matki, które przyjmują to z radością. Codziennie informują znajomych i świat o postępach swoich pociech za pomocą słit foć, wrzucanych na Facebooka. Chcą, żeby wszyscy kupili ich lukrowaną wersję macierzyństwa.

Ale ja to znam i doskonale rozumiem, bo miałam podobnie. Był czas, kiedy codziennie pisałam proste, rymowane wierszyki na Facebooku o trudach macierzyństwa. Wierszyki budziły uciechę wśród moich przyjaciół i te sto lajków bardzo mnie pod koniec mojego znojnego dnia cieszyło. Tłumaczyłam sobie, że takie bardziej zaangażowane rodzicielstwo to też forma samorealizacji.

Ale potem urodziło się moje drugie dziecko i okazało się bardzo różne od pierwszego. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie mam wpływu na to, jakie to dziecko jest, kim jest czy kim się stanie, a ja nie uniknę błędów. I zaczęłam to sobie wybaczać, bo dzieci już się rodzą jakieś, nie wolno traktować ich jak udanych czy nieudanych projektów.

Ogromna presja.

Ale presja na matki wykracza poza opiekę nad dzieckiem. Co z ich wyglądem, z ciałem po porodzie? Oczekuje się od kobiety, że zadba o siebie, a to zajmuje czas, którego kobiety często nie mają. Te hasła: „wróć do ciała po ciąży”. Ono niby już nie jest takie, jak było, ale najlepiej, żeby było, a więc „postaraj się”. Jest tyle aspektów dyscyplinowania matek! To jest niewidoczne, gdy się nie ma dzieci, ale jak nie masz dzieci do pewnego wieku i jeszcze otwarcie mówisz, że ich nie planujesz, to zaraz zbiera się konsylium: no tak, miałaś problemy z matką? Jesteś egoistką! Nie wiesz, co to prawdziwe życie! Jak to jesteś zmęczona?
Pewna osiemdziesięciolatka na spotkaniu autorskim wygarnęła mi, że jak matka może mówić takie rzeczy, powinnam być szczęśliwa! Ona miała trójkę i była szczęśliwa! Bo jak się ma dzieci, to nie ma się prawa mówić o tym, jak to jest trudne doświadczenie.

Pokazała Pani, jak bezbronna wobec świata staje się kobieta, kiedy zostaje matką.

To często zaczyna się już na porodówce. Jak można odmówić kobiecie znieczulenia, kiedy przy każdej mniejszej operacji jest ono aplikowane, a tu mówimy o porodzie! Ta książka jest pisana z perspektywy członka klasy średniej, prekariackiej, ale aspirującej. I te aspiracje bohaterki są proste, bo chce zapewnić dziecku te wszystkie rzeczy, do których namawiają w poradnikach, więc zapożycza się, ma debet na koncie. Ale wie, czego chce, i stara się to kolejnymi śmieciówkami uzyskać. A matka z problemami ekonomicznymi też wie, czego chce, jednocześnie zdaje sobie sprawę, że nigdy to dla niej nie będzie dostępne.

Są kobiety, które stać, by zostać z dziećmi w domu, bo mąż świetnie zarabia – także dlatego, bo to one wzięły na siebie ciężar prowadzenia domu i wychowanie jego dzieci. Takie nazywane są wygodnickimi, leniami, pasożytami, wyobraża sobie pani? I wreszcie kobiety, które w związku chciałyby, żeby mąż także udzielał się wychowawczo, był czasem w domu, jak to mówią „pomagał”, ale argument „ty nie zarabiasz” zamyka im usta.

Nie ma czegoś takiego jak „dziecko lekarstwem na kryzys”?

Dziecko to zupełnie nowa sytuacja w związku, dynamiczny proces, który się rozwija i nie wiadomo, w którym kierunku pójdzie. Pojawiają się sytuacje ekstremalnie kryzysowe, które porównuję do złapania gumy na autostradzie podczas wakacyjnego wyjazdu. To permanentne łapanie gumy i trzeba jakoś tę rzeczywistość związkową łatać, na nowo się układać, negocjować. Kłótnie są na porządku dziennym, bo napięcia narastają i nie ma kiedy spuścić pary. Jeśli wokół nie ma znajomych, to weekend w domu z chorymi dziećmi może być doświadczeniem granicznym.

Tradycyjne małżeństwa pękają w szwach?

W pewnym momencie pomyślałam, że może jednak łatwiej jest w rodzinach, gdzie istnieje jasny podział obowiązków. Robię teraz research do kolejnej książki wśród kobiet, które należą do wspólnot chrześcijańskich, bardzo konserwatywnych. Zawsze mnie interesowało, jak współcześnie tłumaczone jest posłuszeństwo biblijne, a moje rozmówczynie to osoby świetnie wykształcone, bardzo elokwentne. W pewnym momencie zaczęły mnie przekonywać, bo to, co mówią, ma ręce i nogi. Jak w przypadku hebrajskiego zwrotu ezer kenegdo, który nie oznacza wprost, jak głosi przekład, „uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (Rdz 2, 18, 21), rodzaj usłużnego personelu – tylko partnerstwo, wzajemność, opiekę. W przypadku takich rodzin znalezienie się w jasnym systemie kontekstów jest łatwiejsze niż w płynnym partnerskim związku, który cały czas jest negocjowany, cały czas w procesie.

Rachel Cusk powiada, że w pierwszej kolejności jest pisarką, dopiero potem matką. A jak jest z Panią?

Rzeczywiście na pierwszym miejscu stawiam matkę, pewnie dlatego, że moje dzieci są tak małe i tak dużo ode mnie biorą. Jestem z tym pogodzona. To sytuacja z założenia tymczasowa, a równocześnie ujmująca, zwłaszcza gdy się lubi dzieci. Kiedy urodziło się moje drugie dziecko, zanurzyłam się w macierzyństwie. Miałam nawet takie myśli, że to fajne, że ja bym tak mogła cały czas zajmować się głównie wymyślaniem fajnych zabaw z dziećmi i przejmować się jedynie tym, czy tego dnia dziecko zjadło warzywa i czy poszło czyste spać. To jest ta słodka pułapka na kobiety i w tym aspekcie jest akurat fajna, bo procentuje bliską relacją z dziećmi, tworzy silną więź. Ale trzeba pamiętać, że często kobieta chce czegoś innego, albo czegoś jeszcze. Że ma ambicje zawodowe, chce się rozwijać, a to wymaga przecież czasu, którego przy dzieciach brak. I czasem takie bycie z dziećmi może być trochę ucieczkowe, choćby z lęku przed powrotem do pracy. Ja mam wiele zainteresowań i stosuję trójpolówkę: praca, czasem jakiś projekt, jakaś piosenka, wszystkie dodatkowe rzeczy realizowane są po nocach. Kiedy oznajmiłam mężowi, że napisałam książkę, zareagował: „O, kiedy?”. Ale za to płacę, np. kłopotami ze zdrowiem czy też wychodzeniem z mężem na randki raz na pół roku. ©

NATALIA FIEDORCZUK-CIEŚLAK (ur. 1984 r.) jest pisarką, wokalistką. Wydała dwie płyty solowe jako Nathalie and the Loners. Za swój debiut literacki „Jak pokochać centra handlowe” (Wielka Litera 2016) otrzymała właśnie „Paszport” Polityki.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2017